piątek, 2 stycznia 2015

Amerykańskie kosmetyki - cz. 2 (pielęgnacja twarzy)

W moim docelowo 3-częściowym mini-cyklu "Amerykańskie kosmetyki" przedstawiam rzeczy, które zdobyłam podczas mojego pobytu w Kraju Kwitnącego Hamburgera, a które są niedostępne w Polsce, a przynajmniej tak mi się wydaje. Część 1, włosowa tutaj - KLIK!

Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P



1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.





2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut. 
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.





3. Simple - Soothing Facial Toner, czyli kojący tonik do twarzy z "kochającymi skórę składnikami", takimi jak prowitamina B5, rumianek, oczar wirginijski i alantoina. Nie zawiera za to potencjalnie podrażniających sztucznych substancji zapachowych, barwników czy alkoholu. To dobry sposób na wyrównanie pH po glinkach czy mydle, ale ja zawsze jednak muszę go zmyć. Zmywam wodą wszystkie toniki (inaczej czuję się nieświeżo i moja skóra tego nie lubi) i tak samo jest z tym. Jeśli nie macie wybitnych problemów z trądzikiem, możecie go oczywiście zostawić na skórze. Polecam.





4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)





 5. Reviva Labs - krem z 10% kwasem glikolowym (z amerykańskiego internetu)


 Mój wyjazd do USA przypadł niestety w tym okresie, kiedy w hurtowniach w całej Polsce zabrakło kremu Acne-Derm z 20% kwasem azelainowym. Został się oczywiście Skinoren, który przy takim samym działaniu kosztuje 2 razy więcej. Gdzieś w internetach wyczytałam, że kwas glikolowy ma takie same działanie jak azelainowy, więc kupiłam sobie ten oto kremik na stronie Swanson. Ma to być kontynuacja kuracji tym kwasem rozpoczęta kremem 5%. Ja, szalona i odważna, od razu zabrałam się za 10%, haha. Skończyło się niestety podrażnieniem i marnymi, ba, może nawet żadnymi efektami! Kwas azelainowy jest jednak sto razy lepszy, bo w przeciwieństwie do tego ustrojstwa szybciej wybiela i ma działanie przeciwbakteryjne. Zresztą każdy, kto stosował, wie :) W sumie nie powinnam się aż tak dziwić, bo producent dedykuje ten krem osobom z cerą dojrzałą, w celu rozjaśnienia przebarwień spowodowanych wiekiem i ekspozycją na słońce (czyli też wiekiem, bo obecni seniorzy i ludzie w średnim wieku nie myśleli nawet o używaniu filtrów, a na pewno nie w takim stopniu, co my dzisiaj).
 Skład piękny: wyciągi z rabarbaru, dyni, rumianku, oczaru, witaminy, olej słonecznikowy i wiele innych ekstraktów, ale jednak nie dla młodej cery :) Jeśli ktoś z młodszego pokolenia chce zacząć rozjaśniającą kurację kwasami, lepszy jest azelainowy, lepiej dostępny i tańszy. Natomiast ten kremik do nabycia na stronie Swanson za ok. 15$.





6. Burt's Bees - Radiance eye cream, czyli rozświetlający krem pod oczy z mleczkiem pszczelim.


Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.




Sprawiłam sobie ten kremik ot tak, żeby się trochę porozpieszczać ;) Stosowany regularnie pielęgnuje i delikatnie rozjaśnia skórę pod oczami. Nadaje się pod makijaż, zostawia cienką ochronną warstewkę, ale jest ona dosyć przyjemna i wcale nie tłusta.

Skład długi, ale pełen dobroci. Wystarczy spojrzeć:





7. Pomadki Eos!


Kupiłam w czteropaku za jakieś 8,50$ w Sam's Club. Wyszło ciut taniej, niż pojedynczo. Do wyboru mamy wersję miętową ("słodka mięta"), melonową, truskawkową ("truskawkowy sorbet") i wieloowocową ("letnie owoce").



Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)

Dla ciekawych składu:




***


Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.

Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)

4 komentarze:

  1. Pomadki rozwaliły system, świetne :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej zostałaś przeze mnie nominowana do Liebster Blog Award, będzie mi miło jeśli weźmiesz udział:) http://lawendowepiora.blogspot.com/2015/01/liebster-blog-award-2.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Kosmetyki Simple widziałam bodajże w UK ;) A POMADECZKI kuszące ;)

    OdpowiedzUsuń

Zobacz również: