poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wkurzyłam się i... czyli o samodzielnym podcinaniu włosów




Wkurzona stanem (beznadziejnym) i gęstością (nieistniejącą) moich końcówek, a także ceną i dostępnością fryzjerów w okresie przedsylwestrowym ("Nowy Rok, nowa ja - zacznę od fryzury!" ehh...), w momencie natchnienia chwyciłam za rossmanowskie nożyczki fryzjerskie i zabrałam się za podcinanie wilgotnych jeszcze po myciu końcówek. Zaczęłam od sposobu, który w myślach ochrzciłam sposobem "na babuszkę", czyli zrobiłam przedziałek na środku głowy, związałam pod brodą i ucięłam ogonek (więcej na ten temat pisze Henri w swoim poście TUTAJ). To załatwiło najdłuższe włosy z tyłu, natomiast te z przodu są o wiele krótsze i ten sposób ich "nie sięga", więc nie przestając operować nożyczkami zabrałam się i za nie. Na tą część niestety nie miałam żadnego magicznego sposobu, tym bardziej, że mają się one płynnie łączyć z długim tyłem. Zrobiłam to więc "sposobem fryzjerskim", czyli - dalej z przedziałkiem na środku - czesałam i brałam między palce małe pasma i ucinałam końcówki, tak jak na tym obrazku mniej więcej:


W ten sposób pozbyłam się około 2 cm. Starałam się, żeby to wszystko w miarę ludzko wyglądało i chyba mi się to udało. Wiadomo, że nie jest tak jak po wizycie u dobrego fryzjera, ale zdecydowałam się na to, bo:
  • prawie nigdy nie noszę rozpuszczonych włosów, a w domu w razie co mogę sobie straszyć, więc nie mam nic do stracenia
  • pozostawione same sobie uszkodzenia i rozdwojenia tylko się pogłębiają, idą w górę włosa, niwecząc wiele miesięcy pracy nad poprawą stanu włosów i większym przyrostem - żadne sera ani maski tego nie naprawią, jedynym rozwiązaniem jest niestety odcięcie uszkodzonej części (także reklama Gliss Kur z panią łamiącą nożyczki na pół ma sens tylko wtedy, gdy nasze włosy nie są jeszcze uszkodzone... swoją drogą, jak ona to robi? :D)
  • co prawda bardzo chciałam zrównać (zapuścić) krótszy przód, czyli to, co kiedyś było grzywką, z dłuższym tyłem, ale przez to, że te partie nie były podcinane od co najmniej roku, były niesamowicie zniszczone i obawiałam się, że właśnie przez ten brak podcinania ciągle się kruszą i nie mogą zrównać się z długością tak szybko jak by mogły.
Po podcięciu od razu zabezpieczyłam końcówki serum Marion z olejkiem kokosowym i tamanu (oraz własnoręcznym dodatkiem 2 kropel oleju z pestek malin), potem poprawiłam jeszcze serum Gliss Kur z olejkami (czerwona pompka).

Efekty - pokazać mogę, ale ostrzegam, że w rzeczywistości wcale nie jest tak nierówno jak to może wyglądać, po prostu nie umiem zmusić moich włosów, by się mnie słuchały - są za lekkie, a nadal suche i zniszczone końcówki wykręcają się w różne strony. Na poniższych zdjęciach włosy są jeszcze trochę wilgotne, przez co jeszcze bardziej się nie słuchały. Klikając można powiększyć, ale nie polecam, bo jakość zdjęć jest raczej kiepska:



Widać niestety sterczące krótsze włoski - to te, które kiedyś się ułamały.




Jak włosy już wyschły, zaczęły też lepiej się układać. Nie jest źle :D
Polecam taki sposób, jeśli macie w domu ostre nożyczki oraz zawsze i tak związujecie/upinacie włosy. Końcówki uleczone, pieniądze (i często też nerwy) zaoszczędzone - same plusy :)

Podcinacie same, prosicie kogoś z rodziny czy zawsze idziecie do fryzjera? :)


wtorek, 16 grudnia 2014

Liebster Blog Award


Zostałam nominowana przez FairHairCare i dosyć długo nie miałam czasu adekwatnie zareagować, ale wreszcie mogę sobie posiedzieć i coś napisać, podczas gdy na moich paznokciach schnie pierwszy od nie wiem ilu miesięcy lakier. Pomyśleć, że kiedyś nie pozwalałam swoim paznokciom pozostać bez lakieru przez maksymalnie 2 dni... Ale do rzeczy! :)

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

 Ja (oraz inni nominowani, a raczej nominowane) dostałam takie oto pytania:
1. Która gwiazda ma według Ciebie najpiękniejszą fryzurę? Nie śledzę życia gwiazd - poza tym zawsze mówię, że gwiazdy to są na niebie, a nie w szołbizie ;) Wyguglałam "fryzury gwiazd"... i nic mi to nie pomogło. Ale właśnie sobie uświadomiłam, że z tych niewielu celebrytek, które znam, najbardziej podobają mi się chyba włosy Rihanny. Cokolwiek z nimi ostatnio nie zrobi, zawsze wyglądają na niej bardzo ładnie, nawet jeśli mi osobiście nie podoba się taka fryzura ogólnie - np. golenie włosów z boku głowy, jak na zdjęciu poniżej.
2. Jaki jest Twój cel pielęgnacji włosów? Zagęszczenie, poprawienie stanu, może nawet obniżenie porowatości i przede wszystkim dłuuuuugość! ;) Nigdy nie miałam naprawdę długich włosów, a bardzo chcę mieć takie do kości ogonowej, a nawet dłuższe :) Trochę to nie fair, że jestem wysoka (1.73 m), bo zapuszczenie włosów do kości ogonowej zajmie mi dłużej, niż komuś ze wzrostem np. 1.60 m, ale co zrobić - coś za coś ;)
3. Jaka jest najgorsza rzecz, jaką zrobiłaś kiedykolwiek swoim włosom? W przeciwieństwie do chyba większości obecnych włosomaniaczek, nigdy nie używałam prostownicy ani lokówki i nie katowałam włosów prawdziwymi farbami, jedynie szamponetkami, i to tylko 3 razy w życiu. Ale to, co robiłam swoim włosom na co dzień było dla nich bardzo złe i teraz śmieję się, wspominając swoje ówczesne rozumowanie: otóż miałam (i mam) bardzo przetłuszczający się skalp i rzadkie, cienkie włosy, przez co nigdy nie miały one ani krzty objętości i przez większość czasu były po prostu tłuste. Żeby to "naprawić", codziennie myłam głowę i włosy (pokrywając SLS-ową pianą całą długość, aż po końce!) mocnymi szamponami drogeryjnymi do włosów przetłuszczających się, w dodatku wyglądało to tak, że myłam włosy raz, spłukiwałam i potem jeszcze raz. Nie stosowałam żadnych odżywek, bo wierzyłam, że przyśpieszy to przetłuszczanie. Oczywiście doprowadziło to do niszczenia i wysuszania moich włosów - stały się sianowate, co poczytywałam za objaw objętości :D O losie... Nie wspomnę o tym, że codziennie suszyłam je gorącym nawiewem, modelując na okrągłej szczotce i kopiując sposób fryzjerski, czyli dotykając włosy wylotem suszarki.


4. Jaka jest Twoja ulubiona forma pielęgnacji włosów? Chodzi pewnie o to, czy OMO, MOMO czy OM NOM NOM? :) Nie mam ulubionego. Lubię OMO, ale zajmuje więcej czasu, więc przeważnie pierwsze O to po prostu olej nałożony na całą noc i dopiero drugie O to odżywka lub maska.



5. Dokończ zdanie: moje włosy byłyby idealne, gdyby... były gęstsze i ewentualnie grubsze.

6. Maska czy odżywka? I jedno, i drugie! Większą miłością pałam chyba do odżywek, bo zapewniają lepszy efekt wizualny, z tym że maski z kolei działają głębiej, prawdziwie regenerują i tak dalej.

7. Od kiedy i dlaczego zajęłaś się bardziej profesjonalną pielęgnacją włosów? "Profesjonalizacja" pielęgnacji moich włosów odbywała się stopniowo, więc ciężko powiedzieć od kiedy... Zaczęło się od kupna odżywki, potem kolejnej, potem próba olejowania, potem maska; półprodukty miały swój debiut dopiero niedawno... Pełen (no, prawie) zestaw produktów do pielęgnacji włosów zagościł u mnie niecały rok temu, w styczniu 2014. A czemu? Po pierwsze, niektóre osoby z mojego otoczenia wyrażały się niepochlebnie o moich włosach, co skłoniło mnie trochę do refleksji... Po drugie, natknęłam się pewnego dnia na blog urodowy, w którym było trochę o włosach. Zaciekawiło mnie to, potem zobaczyłam jakie blogi czyta autorka i tak odkryłam włosomaniaczki :) Po trzecie, zaczęłam zarabiać własne pieniądze, więc pomyślałam sobie: "wszyscy używają odżywek, to może i ja spróbuję?" :D
8. Gdybyś na jeden dzień mogła mieć wymarzone włosy, jak by one wyglądały? Byłyby długie - za pośladki! :D - grube, gęste i proste. Jeśli chodzi o kolor, to mój obecny by mi odpowiadał, ale na jeden dzień mogłabym mieć jednorożcowe - niebiesko-różowo-fioletowe :D


9. Jaki jest Twój ulubiony kosmetyk do włosów? Ojej, nie lubię, jak ktoś każe mi wybrać jedną rzecz, bo to takie trudne! Moje poszukiwanie włosowego Graala dalej trwa, ale na dzień dzisiejszy powiedziałabym, że moim ulubionym kosmetykiem do włosów jest chyba odżywka do spłukiwania Nivea Long Repair. Jest wydajna i fantastycznie działa na moje włosy.
10. Czego nigdy nie odważyłabyś się zrobić swoim włosom? Nie utleniłabym ich do blondu. Czasem mnie kusi, jak to prawie każdą kobietę ;) Ale nie, nigdy im tego nie zrobię.
11. Dokończ zdanie: mój ulubiony blog o świadomej pielęgnacji włosów to... I teraz powinnam wstawić blog osoby nominującej, tak? ;P Żartuję, ale faktycznie jest to jeden z moich ulubionych blogów ;) Nie mam jednego ulubieńca, bo z każdego biorę co innego. Lubię blog Aliny Rose, chociaż nie jest to blog wyłącznie włosowy, Blondregeneracja, Martusiowy Kuferek, blog Henri, Uroda i włosy, Włosowelove. Znam i cenię blog Anwen, ale jak widać z powyższej listy najbardziej korzystam z blogów tych znawczyń, których włosy są bardziej podobne do moich.



Ciężko było mi znaleźć mniej znane blogi wśród tych, które obserwuję, w dodatku są one o różnej tematyce, więc do zabawy zapraszam:

Moje pytania do Was:

1. Dlaczego założyłaś swojego bloga?
2. Gdybyś musiała wyprowadzić się z Polski i mogła wybrać jakiekolwiek państwo na świecie, gdzie byś zamieszkała? (zakładamy, że język nie stanowi bariery)
3. Jaka piosenka jest szczególnie bliska twojemu sercu i dlaczego?
4. Jaką książkę/książki możesz polecić?
5. Gdybyś miała spędzić resztę życia tylko z 3 kosmetykami, które byś wybrała?
6. Ulubiona potrawa?
7. Jakie - poza głównym tematem twojego bloga - masz hobby, pasje, zainteresowania?
8. W rzeczywistości którego filmu lub serialu chciałabyś się znaleźć?
9. Gdybyś była zapachem, to jakim?
10. Jaka jest jedna rzecz, którą najbardziej chcesz w sobie zmienić, duchowo lub fizycznie?
11. Gdybyś mogła być kimkolwiek lub czymkolwiek zechcesz, kim lub czym byś była?


Zapraszam do zabawy - to dobry sposób na powiedzenie swoim czytelnikom czegoś więcej o sobie, a jeśli kogoś irytują takie tagi, z góry przepraszam :)
Jeśli zdecydujecie się napisać posta z odpowiedzią, dajcie mi znać w komentarzach, bardzo chętnie poczytam! :)


niedziela, 30 listopada 2014

Denko październikowo-listopadowe + piosenka na poprawienie humoru :)


Zagapiłam się z wstawieniem październikowego denka (chociaż kto powiedział, że denka muszą być koniecznie comiesięczne?), więc bez zbędnego wstępu przedstawiam swoje ostatnie zużycia, zdradzam czy je polubiłam i czy kupię ponownie.

PAŹDZIERNIK:

1. Original Source, kokosowy żel pod prysznic - super, uwielbiam! Jako jeden z niewielu żeli ten zupełnie mnie nie wysuszał (zresztą jego "funkcja" ma być właśnie nawilżająca), pięknie pachniał, był dosyć wydajny, no i często można go dorwać na promocjach. Kiedy znów zapragnę kokosowego żelu pod prysznic, na 100% wezmę ten. W ogóle bardzo lubię Original Source :)
Czy kupię ponownie: TAK

2. Ziaja, maska do włosów farbowanych "intensywny kolor". Zawiera olej rycynowy, kondycjonery, witaminę B5 - i niewiele poza tym. Dosyć krótki skład, co dla jednych jest zaletą, ale dla mnie była niestety za lekka, plus moje włosy nie lubią się z olejem rycynowym. Ta jej lekkość sprawia również, że można ją stosować bez spłukiwania, co również zaleca producent na opakowaniu. Rzeczywiście nie przeciąża wtedy włosów. Stosowałam ją na sto różnych sposobów - jako oba O w OMO, tudzież tylko jako pierwsze lub tylko jako ostatnie, nakładałam na krótko, na długo... Za każdym razem było kiepsko - włosy nie miały żadnego blasku, były niesforne i nie wyglądały zbyt dobrze (tak jak w zdjęciach z lipca w tej aktualizacji włosowej). Maska dobrze służyła mi jednak jako baza do tuningowania - wymieszana z olejem kokosowym i nawilżającą odżywką granatową z Alterry dawała bardzo dobre efekty. Ale solo nie. W dodatku nie ma na opakowaniu informacji co do przydatności do użycia po otwarciu - przekonałam się dopiero na własnej skórze, kiedy po 3 miesiącach wróciłam do domu i zastałam na słoiczku... grzyb. Dokładnie na wieczku od wewnątrz i na zrębach wokół otwarcia. Not cool...
Czy kupię ponownie: NIE

3. Jantar, odżywka do skóry głowy. Tego pana nie muszę chyba nikomu przedstawiać :P Wcieramy go w czysty, suchy skalp, co nie jest dla mnie takie proste, bo bardzo przyśpiesza mi on przetłuszczanie. W związku z tym wcieram go tylko po powrocie do domu jak już wiem, że nigdzie nie będę wychodzić. Sam w sobie jest w porządku, a w połączeniu z piciem pokrzywy daje świetne efekty w postaci nowych baby hair. Co prawda nie jest ich u mnie tyle co u innych blogerek, ale są i bardzo mnie to cieszy. Obecnie chyba znowu zmieniła się formuła... być może nastąpił powrót do starego składu, bo Jantar ma nowe opakowania i napis "tradycyjna formuła". Nie sprawdzałam co to dokładnie znaczy, ale jakieś różnice rzeczywiście są. Ciekawe, ciekawe.
Czy kupię ponownie: TAK

4. Alterra Cellulite Hautoel pomarańcza i brzoza. Jest to olej do ciała, szczególnie do masażu partii dotkniętych cellulitem, ale wiadomo, że włosomaniaczki używają go do olejowania czupryny. W razie czego można wykorzystać go zgodnie z jego pierwotnym zastosowaniem i w tej roli też się sprawdza :) Chociaż mi było go szkoda tak lać na siebie (do masażu bańkami chińskimi idzie u mnie całkiem sporo produktu), więc do tego celu wymieszałam go z oliwką dla dzieci. Jeśli chodzi o olejowanie włosów - wspaniale! W dodatku ten zapach... <3 Sto razy lepszy od oliwy z limonką tej samej firmy, której obecnie używam. Producenci chyba zauważyli ten popyt na pomarańczową Alerrę, bo kiedy ją kupowałam ho ho, dawno temu, to wszystkie te olejki były w tej samej cenie, a teraz pomarańcza jest kilka złotych droższa od pozostałych dwóch.
Czy kupię ponownie: za każdym razem wypróbowuję nowe oleje, ale kiedyś pewnie TAK :)

5. Joanna Naturia odżywka bez spłukiwania z cytryną i miodem. Wiele osób chwali sobie te odżywki, ale są to chyba osoby o włosach wysokoporowatych, bo moje niskopory nie akceptują alkoholu izopropylowego, który tam niestety straszy... A fe, a fe! Włosy były po tej odżywce sztywne, pozbawione blasku, a na wszystkich końcówkach widać było białe kulki. Niektórzy używają tych odżywek do mycia, ale w tej roli też się u mnie nie sprawdziła. W dodatku pachnie jakoś mdło.
Użyłam tej odżywki do serów sprayu, szczególnie do rozjaśniającego, bo dobrze rozpuszcza się w wodzie i emulguje oleje.
Czy kupię ponownie: NIE

6. Mrs. Potter's balsam do włosów farbowanych z ginko biloba. Używałam go tylko do mycia włosów i sprawdzał się dobrze. Ze względu na dużą pojemność (pół litra) i niską cenę (ok. 6 zł) jest to idealna odżywka do tego celu.
Czy kupię ponownie: być może, ale prawdopodobnie inne wersje

7. Timotei odżywka "lśniący blask". Rzeczywiście nadawała włosom blask, fajnie pachniała. Z tym, że opakowanie krzyczy: "z olejem sezamowym!" a w składzie okazuje się, że to tylko ekstrakt. Mimo to odżywka robiła co powinna. W dodatku kupiłam ją na promocji za śmieszne pieniądze, więc - tyle wygrać :D
Czy kupię ponownie: pewnie TAK

8. Green Pharmacy, olej łopianowy ze skrzypem. Olej jak olej. Mój skalp nie lubi się z olejami i z tym też się nie polubił. Natomiast do olejowania długości wolę po prostu inne oleje, szczególnie takie, które ładnie pachną i/lub które można wykorzystać do innych celów (spożywczych, do pielęgnacji ciała), ten natomiast jest dedykowany tylko do włosów.
Czy kupię ponownie: NIE




LISTOPAD:

1. Le Petit Marseilais, żel pod prysznic mandarynka i limonka. Ma nawilżać i odświeżać. Odświeża, a czy nawilża... Jakoś strasznie mnie nie wysuszał, ale przeważnie musiałam użyć potem nawilżającego mleczka, by poradzić sobie ze uczuciem ściągnięcia.
Czy kupię ponownie: nie wiem, ale chyba NIE

2. Isana, krem do rąk z rumiankiem. Taka mała, bo to opakowanie "samolotowe", czyli 100 ml. Po zużyciu miniaturki mam ochotę dać szansę pełnowymiarowej wersji, bo działa świetnie! Co prawda było lato kiedy ją testowałam i nie wiem czy poradziłaby sobie zimą, ale jestem pełna optymizmu. Mój chłopak, kiedy dotknął moich dłoni po użyciu tego kremu, stwierdził, że są "przerażająco gładkie" i że czuje się bardzo nieswojo, bo ma wrażenie, że dotyka niemowlaka :D Dobra rekomendacja, czyż nie? :)
Czy kupię ponownie: TAK

3. Isana Hair Birkenwasser - woda brzozowa do włosów z prowitaminą B5. Bubel! Składa się z alkoholu, wody brzozowej, prowitaminy B5 i zapachu (niekoniecznie w tej kolejności). Ten zapach jest szczególnie paskudny. W dodatku woda sama w sobie nic nie zdziałała. Kupiłam ją dawno, dawno temu, więc nie wiem czy jest w ogóle jeszcze dostępna. Na zdjęciu widać jeszcze trochę na dnie, ale wylewam. Beznadzieja.
Czy kupię ponownie: NIE

4. Naturalny olejek eteryczny sandałowy. Zapałałam miłością do olejków eterycznych i moja kolekcja sukcesywnie się powiększa. Olejek sandałowy świetnie sprawdza się jako dodatek do kąpieli - ładnie pachnie i relaksuje. Gdzieś widziałam też zastosowanie w domowym toniku na wągry, ale na mnie nie podziałał.
Czy kupię ponownie: TAK

5. Isana Med mleczko do ciała Urea+. Smarowałam nim łydki kiedy używałam depilatora. Bardzo dobrze nawilża. Nie pachnie, więc nie podrażni. Jedyna wada - bardzo się lepi i długo się wchłania.
Czy kupię ponownie: być może

6. Lady Speed Stick Invisible - antyperspirant w żelu. Ten bezbarwny żel pozostawił białe ślady na czarnych ubraniach. Jak to możliwe? Nie wiem :D Jeśli chodzi o ochronę przed potem, ocenię ją jako przeciętną. Spodziewałam się nie wiadomo czego po tych reklamach z Marią Szarapową (wieki temu, ale co tam!), a tu taki raczej średniaczek. Zapach też nie powala na kolana. Wolę inne.
Czy kupię ponownie: NIE

7. Ziaja Sopot, rozjaśniający krem pod oczy. Kupiłam go wieki temu i dopiero niedawno zmobilizowałam się, by go zużyć. Podczas tego intensywnego zużywania zgubiłam zakrętkę. Krem po oczy - jak to krem. Czy rozjaśnia cienie? Moich nie ruszył, aczkolwiek nie mam nadziei, że cokolwiek da radę. Bardzo wydajny, zużywałam go naprawdę w nieskończoność. Ociupina jeszcze została, ale mam dość i mówię mu już papa.
Czy kupię ponownie: NIE

***

I obiecana piosenka! Raz na jakiś czas (ostatnio coraz częściej!) robię sobie przerwę od metalu i innych ciężkich brzmień na rzecz takich dziewczyńskich, wesołych rytmów. Ta piosenka bardzo poprawia mi humor i sprawia, że mam ochotę kupić bieliznę American Apparel :P




To tyle! Znacie te produkty? Jak sprawdziły się u Was? No i jak podoba się piosenka? :)


niedziela, 23 listopada 2014

Niedziela dla włosów VI - awokado i mąka

Dawno nie chwaliłam się moimi niedzielami włosowymi, ale też nie bardzo było czym. Wiele moich weekendów wyglądało tak jak poprzednia NDW - jajko, olej, maska... Nic ciekawego. Za to dzisiaj ociupinę zaszalałam. :)




Dziś w roli głównej wystąpiły:

  • 1/4 awokado
  • łyżeczka mąki ziemniaczanej (jeśli pierwsze skojarzenie po zobaczeniu zdjęcia było inne - IDŹ NA ODWYK! :D)
  • 2 czubate łyżeczki maski Biovax intensywnie regenerującej do włosów suchych i zniszczonych
  • parę kropel nafty kosmetycznej z dodatkiem wit. A i E.

Awokado (lub jak mówi moja babcia - adwokato) rozciapciałam widelcem na gęstą papkę, którą wymieszałam ze skrobią, a następnie z maską i naftą. Powstała taka przyjemna, ufoludkowa masa:


Wygląda trochę jak guacamole, ale zdecydowanie nie polecam próbować:D


Jeśli chodzi o to co zrobiłam z włosami:
  • naolejowałam je na noc olejem kokosowym (od uszu w dół)
  • następnego dnia umyłam szamponem z slseskami Joanna Rzepa - dzięki temu, że końcówki były wcześniej naolejowane, nie uległy wysuszeniu przez mocne detergenty zawarte w tym szamponie
  • nałożyłam na odciśnięte z wody włosy zieloną maskę z awokado i trzymałam pod czepkiem foliowym i ręcznikiem przez ok. 40 minut
  • spłukałam pobieżnie maskę wodą, a następnie płukanką ze skrzypu
  • pozostawiłam włosy do naturalnego wyschnięcia.

Teraz widzę na innych blogach, że większość osób zmywa awokado szamponem... Hmm. Gdy rozczesałam włosy na mokro, były takie jakieś sztywne i nieco posklejane, ale gdy wyschły zrobiły się na szczęście bardzo mięciutkie.

Oczywiście kiedy włosy całkowicie już wyschły, zrobiło się ciemno i nie było mowy o zrobieniu zdjęcia w świetle dziennym. Zamieszczam więc zdjęcia w sztucznym świetle z łazienki, ale ostrzegam, że są one zafałszowane. Nie wiem czemu ale szczególnie światło z tej łazienki sprawia, że moje włosy wyglądają na o wiele bardziej błyszczące niż w rzeczywistości. W świetle naturalnym były po tej masce o wiele bardziej matowe.




Ciuchy po domu ;)




Efekty, czyli moje włosy po tej kuracji są:
nawilżone,
+ dociążone, ale nieprzeciążone - CUD!
miękkie,
+ mięsiste,
- ALE niestety wcale nie błyszczące,
- nieco się strąkują.

Myślę, że aby rozwiązać dwa powyższe problemy, wystarczyłoby umyć włosy delikatnym szamponem i nałożyć potem odżywkę, np. Nivea Long Repair (lub w ogóle pominąć mycie szamponem i od razu przejść do odżywki). Wtedy włosy powinny nabrać blasku i przestać zbijać się w strąki.


Awokado świetnie sprawdza się również jako maseczka do twarzy, dekoltu i pleców. W połączeniu z jogurtem i paroma kroplami soku z cytryny doskonale nawilża i nawet chyba rozjaśnia i wyrównuje koloryt, bo taki efekt na sobie zaobserwowałam, gdy jej kiedyś użyłam :) Dziś wieczorem planuję znów jej użyć, już nie mogę się doczekać :)

To dobry sposób na "pozbycie się" przejrzałego awokado, jeśli nie jesteśmy zbyt wielkimi fankami jego smaku (ja jem przez rozum, ale tylko cienkie plasterki lub wymieszany z tuńczykiem lub łososiem z puszki).

Próbowałyście? Lubicie adwokato na włosach? :)



sobota, 15 listopada 2014

Jak bez żalu pozbyć się starych niepotrzebnych rzeczy? Złota zasada.



Przychodzi czasem taki czas w życiu każdej kobiety, ale i mężczyzny, kiedy szuflady komody nie chcą się domknąć od nadmiaru ubrań, a szafa w żaden sposób nie pomieści już ani jednego wieszaka więcej. Poranne kompletowanie stroju trwa wieki, bo trzeba przekopać się przez stertę ubrań, w których dawno już nie chodzimy.
Często nadmiar rzeczy obejmuje nie tylko ubrania, ale też np. firanki, zasłonki, obrusy, resztki materiału, buty itp., itd.

Co zrobić?

Odpowiedź brzmi oczywiście: wyrzucić stare niepotrzebne rzeczy! Tylko jak, skoro wszystko jest mi potrzebne? Przecież gdybym tego nie potrzebował/a, nie trzymał(a)bym tego w domu!


Złota zasada, którą należy się kierować przy tego typu porządkach zawiera się w jednym pytaniu:

Czy użyłaś/założyłaś tą rzecz w ciągu ostatniego roku?

Czyli innymi słowy, czy w ciągu 365 dni poprzedzających dzień dzisiejszy chociaż raz założyłaś/eś lub użyłaś/eś daną rzecz?

Jeśli odpowiedź brzmi nie - zadaj sobie dwa dodatkowe pytania: Czy ta rzecz ma dla mnie dużą wartość sentymentalną? Czy nie chodziłam/em w niej przypadkiem tylko dlatego, że zapomniałam/em o jej istnieniu? Czy jest to tzw. klasyczny strój ponadczasowy (proste dżinsy, prosta biała bluzka itp.) lub strój biznesowy?

Jeśli odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi nie - WYRZUĆ TO!



Nie jest to jednak tak łatwe, zawsze mamy jakieś "ale":

1. ALE kiedyś jeszcze schudnę i będę w tym chodzić! 
Ok, ale czy robisz coś w tym kierunku? Czy jesteś na diecie, chodzisz na siłownię czy zajęcia fitness, czy ćwiczysz w domu? Jeśli do tej pory nie zaczęłaś/eś nic robić, by schudnąć, to nie oszukujmy się - najprawdopodobniej nigdy już nie zaczniesz. Nie ma nic złego w byciu większym niż kiedyś, każdy kształt jest piękny, więc nie dołuj się. Czuj się dobrze w obecnych, większych o jeden rozmiar ubraniach, a ten malutki fatałaszek po prostu wyrzuć.
Poza tym, nawet jeśli ten wpis zmotywuję Cię do podjęcia pracy nad sobą i rzeczywiście zrzucisz parę kilogramów, to dany ciuszek może już być wtedy niemodny i w efekcie tak czy siak nie będziesz w nim chodzić.
Należy też dodać, że wiele osób katuje się, by zmieścić się w ubrania z czasów liceum, podczas gdy powrót do tamtych rozmiarów jest po prostu niemożliwy - nasze ciała wtedy jeszcze się kształtowały; dojrzewanie kończy się około 19. roku życia u kobiet i 21. roku życia u mężczyzn (cytuję tu podręczniki do biologii z moich czasów szkolnych, więc proszę nie krzyczeć). Obecnie nasze ciała mają większą masę mięśniową, większy procent tłuszczu, jesteśmy być może nieco wyżsi - nawet jak schudniemy nie wiadomo ile, nie wbijemy się w ciuchy z liceum. Są wyjątki, ale właśnie - to są wyjątki. Nie powinniśmy się nimi sugerować.




2. ALE kiedyś jeszcze znowu będzie modne! Przecież moda powraca, prawda?
Prawdą jest, że moda powraca. Jednak za każdym razem dane trendy powracają w innej, nowej postaci. Jest teraz (lub dopiero co przeminęła?) moda na koronki i koronkowe dodatki, ale koronkowe wdzianko twojej babci zamiast zachwytu może wywołać najwyżej politowanie. Teraz po prostu robi się to inaczej. To samo np. z kwiecistymi sukienkami w stylu retro - obowiązują teraz inne kroje niż kiedyś. Bardzo, bardzo rzadko zdarza się, żeby daną rzecz rzeczywiście można byłoby nosić, kiedy wróci moda na podobne ubrania. Poza tym nie mamy pewności, że dopóki tak się stanie, naszej bluzeczki nie zjedzą mole ;)
Poniżej porównanie dwóch sukienek w tym samym stylu: pierwsza z lat 60-tych, a druga z czasów obecnych.






3. ALE przerobię to na coś innego! Utnę rękawy, poszerzę, skrócę, dodam aplikacje i znów będę mogła/mógł chodzić!
A ile czasu ta rzecz czeka już na swoje drugie życie? Oczywiście rozumiem, że każdy może nie mieć czasu, a niektóre okresy w roku są cięższe niż inne, więc powiem tak: daj sobie 3 miesiące. Jeśli do tej pory nie oddasz tej rzeczy do krawcowej lub nie zaczniesz samodzielnie jej przerabiać, to znaczy, że raczej nigdy tak się już nie stanie, więc - wyrzuć to!


4. ALE będę w tym chodzić "po domu"!
A ile masz "rzeczy po domu"? Potrzebujesz tylko dwóch zestawów, żeby mieć w czym chodzić podczas gdy jeden zestaw jest w praniu. Sama byłam winna posiadania miliona t-shirtów do chodzenia po domu, ale obecnie doskonale radzę sobie z dwoma. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na pory roku, więc proponuję mieć 2 bluzki na ramiączka na lato, 2 t-shirty na jesień i wiosnę oraz 2 bluzki z długim rękawem na zimę, aczkolwiek ja w chłodne dni radzę sobie zakładając t-shirt i rozpinaną bluzę z kapturem (taką tylko po domu). Jeśli chodzi natomiast o dolną część garderoby: 2 pary szortów na lato i 2 pary dresów na pozostałe pory roku w zupełności wystarczą.
Resztę - wyrzuć!




5. ALE będzie na szmaty! Do mycia okien, podłogi itp.
To podrzyj to na szmaty TERAZ  i odłóż w miejsce, gdzie trzymasz środki czystościowe. Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, bo Ci na przykład za szkoda, to znaczy, że nie jesteś na to gotowa/y i powinnaś się tego pozbyć.


6. ALE szkoda wyrzucić... To w gruncie rzeczy całkiem porządna rzecz...
Jest wiele serwisów, na których można sprzedać swoje używane rzeczy, nie tylko Allegro i ogłoszenia lokalne, ale też grupy na Facebooku i takie strony jak Vinted. A jeśli mamy w rodzinie lub wśród przyjaciół pasjonata szycia, przeróbek czy innych DIYs, możemy oddać niechcianą rzecz w jego ręce, a na pewno to doceni.
Są też inne osoby, które z chęcią przygarną twoje niechciane ubrania, obrusy, firanki itp. Możesz im pomóc zanosząc swoje rzeczy do najbliższego kościoła (a raczej do działającego przy prawie każdym kościele Caritasu), domu dziecka, Monaru, noclegowni dla bezdomnych, organizacji zapewniających pomoc humanitarną... Możliwości jest mnóstwo, a korzyści obopólne: obdarowana przez Ciebie osoba zyska coś porządnego do zarzucenia na grzbiet, a Ty - więcej miejsca w szafie, nie mówiąc o tym miłym, ciepłym uczuciu, które zawsze towarzyszy kiedy robimy dla kogoś coś dobrego.



Ta zasada bardzo pomogła mi przewietrzyć moją garderobę i przygotować miejsce na nowe ciuszki.
Szkoda, że nie mogę przetłumaczyć tego mojej babci... Narzeka na brak miejsca, ma mnóstwo obrusów, a w ciągu ostatnich lat kładzie tylko te białe, poza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą stół stoi bez obrusu. Nie pozbędzie się pozostałych, bo jest święcie przekonana, że kiedyś będzie regularnie kładła kolorowe obrusy na stół. Tylko dlaczego teraz ich nie kładzie? I czy na pewno będzie w stanie zrobić to w przyszłości z powodów zdrowotnych? To samo tyczy się sterty firanek i zasłonek. Niestety, starsze osoby mają często tendencję do kolekcjonowania staroci, czego nie można im przetłumaczyć, bo z wiekiem obniżają się ich możliwości intelektualne spowodowane związanym z wiekiem upośledzeniem inteligencji płynnej, a więc ciężko jest im zmienić zdanie na jakiś temat. Dlatego też osoby starsze wychowane w rodzinach i środowiskach nietolerancyjnych prawdopodobnie nie staną się na starość tolerancyjne. Ale to tylko taka dygresja. My natomiast korzystajmy z pełnych możliwości rozumowania i przetłumaczmy sami sobie, że nie potrzebujemy 10 bluzek po domu czy 3 par wydartych spodni, w które kiedyś się jeszcze wbijemy! :)

niedziela, 2 listopada 2014

Amerykańskie kosmetyki - cz. 1, włosowa

Dzisiaj pokażę Wam ciekawostki kosmetyczne z Kraju Kwitnącego Hamburgera, czyli kosmetyki, których nie ma w Polsce (a przynajmniej których ja nie widziałam nigdzie w Warszawie :) ).

Byłam w Teksasie przez prawie 3 miesiące (ach te studenckie wakacje :D), więc trochę tego jest. Dlatego podzielę post o amerykańskich kosmetykach na kilka części. Zacznę od włosowych.

Dodam, że kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Dla zainteresowanych - cenowo celowałam raczej w tańsze produkty; nie pamiętam dokładnie cen wszystkich kosmetyków, ale jeśli chodzi o zawartość tego posta, to żadna z cen nie przekroczyła chyba 8 dolarów.

W Stanach Zjednoczonych jest wiele ciekawych, nieznanych polskiemu konsumentowi marek, jak również te, które mamy w Polsce, z tym że oferowane przez nie produkty są całkowicie inne lub wybór jest o wiele większy. Np. jeśli chodzi o Garnier, to nie znalazłam nigdzie produktów z serii Ultra Doux ani odżywki Oleo Repair, ale natknęłam się na inne produkty, np. większy wybór odżywek z serii Fructis lub olejek do włosów i olejek do twarzy przeznaczony m. in. do używania w metodzie OCM. Ogromny jest też wybór produktów Herbal Essences.
Większy jest też wybór produktów do stylizacji: wosków, produktów bez spłukiwania podkreślających skręt lub przeciwnie - prostujących włosy, żeli i Bóg wie czego jeszcze. Wiele z nich jest kierowanych do czarnoskórych kobiet z charakterystyczną dla nich problematyczną bujną czupryną.


  • Herbal Essences Color Me Happy - odżywka do spłukiwania do włosów farbowanych, z ekstraktem z róży, 300 ml. Obiecuje nam o 50% więcej blasku i rzeczywiście nadaje blask, ale tylko potrzymana przez parę minut. Ułatwia rozczesywanie, pokrywa włosy ochronną warstewką silikonów. Zapach charakterystyczny dla produktów Herbal Essences + słabiutki zapaszek różany. W składzie rzeczywiście posiada różne fajne ekstrakty roślinne i to wcale nie w śladowych ilościach, wow! Są to: jedwabny wyciąg z kukurydzy (?), wyciąg z róży i wyciąg z kwiatu passiflory. Skład (przepraszam za poblask, ale 20 września dalej było 30 stopni):


***

  • Herbal Essences, Hello Hydration - nawilżająca odżywka do spłukiwania z ekstraktem z kokosa, 700 ml. Jak do tej pory najlepsza dla kręconych włosów mojego lubego, rzeczywiście dobrze nawilża, włosy są po niej bardzo miękkie, szczególnie przy regularnym stosowaniu. Tak samo jak poprzednia, zawiera 3 ekstrakty roślinne przez zapachem: znowu ten jedwabny wyciąg z kukurydzy (chyba że źle tłumaczę), potem wyciąg z kwiatu storczyka męskiego i wyciąg z kokosa. Jak na odżywkę sklepową ma całkiem nieskomplikowany skład (czyli na plus!). Skład:


***

  • Herbal Essences, Smooth Collection - wygładzająca odżywka do spłukiwania z owocami róży, witaminą E i ekstraktem z jojoby, 1 litr (tak, wszystko jest większe w Teksasie!). Kupiliśmy tą odżywkę ze względu na jej pojemność, bo mój luby serdecznie nienawidzi kupowania czegokolwiek i najbardziej lubi rzeczy, które nigdy się nie kończą. Niestety, odżywki sprzedawane w takiej pojemności są przeważnie gorsze niż te w mniejszych opakowaniach. Tą odżywkę porównałabym do wspomnianej wcześniej Color Me Happy, bo obie zawierają ekstrakty z róży, z tym że Color Me Happy lepiej wygładza niż Smooth Collection, mimo że nie to jest jej głównym zadaniem. Po użyciu tej odżywki moje włosy nie były wygładzone, tylko trochę bardziej... puszyste (ale nie spuszone!). Na obronę Smooth Collection powiem jednak, że producent nie oszukuje i wszystkie obiecane bajery rzeczywiście w niej są, a witamina E jest nawet w dwóch postaciach (tocopherol i tocopheryl acetate)! Niestety jest to jeden z przykładów kiedy dobry skład nie przekłada się bezpośrednio na działanie, przynajmniej nie na naszych włosach (moje - proste, cienkie, wysokoporowate; jego - kręcone, grube, średnioporowate). Skład:


***

  • Finesse - odżywka do spłukiwania dla wszystkich typów włosów, o zapachu lawendy, 384 ml. Kupiłam ją za niecałe 2 dolary, głównie do mycia głowy. W tej roli spisała się bardzo dobrze, ale okazało się, że w roli zwykłej odżywki też spisuje się zaskakująco dobrze :) Pachnie rzeczywiście olejkiem lawendowym, dyscyplinuje włosy, ułatwia rozczesywanie i wygładza. Z ciekawszych rzeczy zawiera puder jedwabny i hydrolizowane proteiny sojowe. Skład:


***

  • Renewing Argan Oil of Morocco, OGX - odżywka do spłukiwania z olejkiem arganowym, 7 ml. Kupiłam ją tylko dlatego, że z jakiegoś powodu myślałam, że to odżywka bez spłukiwania... Tak to jest, jak KTOŚ stoi nad głową i jęczy, żeby już iść! :P W dodatku zawiera alkohol izopropylowy, jak wszystkie dobrze zapowiadające się odżywki tej firmy (a wybór jest naprawdę duży). Jeśli komuś nie przeszkadza isopropyl alcohol w składzie - go for it. Ale moje włosy go nie lubią. Po tej odżywce są jakby tępe i kompletnie bez blasku. Chociaż wydają się nieco grubsze w dotyku. Skład uroczy: olej arganowy już na 6 miejscu, potem hydrolizowana keratyna, masło kakaowe, olej z awokado, sok z aloesu, jakiś czas potem olej kokosowy. Tylko ten wysuszający alkohol... Skład:


***



  • Garnier Fructis Style: Sleek&Shine Blow Dry Perfector - prostujący włosy balsam z olejkiem arganowym, bez spłukiwania, 150 ml. Producent obiecuje 3-dniową ochronę przed puszeniem, a także szybsze, łatwiejsze suszenie suszarką i gładkie włosy pełne blasku. Ojejejej. Bez zbędnego rozwodzenia się powiem, że to wszystko prawda na moich włosach :) Są rzeczywiście idealnie proste, szybciej schną - zarówno z użyciem suszarki, jak i bez. Generalnie nie mam problemu z nadmiernym puszeniem się i myję głowę codziennie, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście chroni przed panem puszkiem, i to przez 3 dni. Znacząco ułatwia rozczesywanie i pokrywa końcówki ochronną warstwą silikonów bez obciążania, dlatego zabrałam go ze sobą do Polski. Bardzo wydajny - kupiłam go w lipcu i w listopadzie dalej go mam, chociaż nie używam go codziennie. Skład:



***



  • Garnier Fructis Style: Sleek & Shine Anti-humidity hairspray - lakier do włosów przeciw wilgoci (w domyśle przeciw puszeniu się włosów spowodowanym wilgocią) z ekstraktem z bambusa, zapewnia sprężyste utrwalenie. Czegoś takiego na 100% nie mamy w Polsce - lakier od Garniera? :D Bardzo ładnie pachnie, utrwala bez sklejania, dozownik się nie zacina i działa poprawnie. Plus za ładne opakowanie, jeszcze nie widziałam zielonego lakieru :) Tak szczerze mówiąc nie jestem w stanie ocenić utrwalenia, bo na moje cienkie, proste i śliskie włosy nic nie działa tak, jakbym sobie tego życzyła - chyba mam jakieś nierzeczywiste wymagania :) Mimo to byłam bardzo zadowolona, spryskane nim koki się nie rozwalały, więc polecam.

***




  • Spożywczy olej kokosowy extra virgin marki Kelapo, organiczny, z certyfikatem Fair Trade, wyciskany na zimno i nierafinowany. Tyle bajerów za 5 dolarów :) Czyli taniej niż w Polsce. Używałam go głównie do włosów - dodawałam do masek, olejowałam na mokro i na sucho na całą noc, nakładałam na skalp i jestem zachwycona! Pominąwszy fakt, że uwielbiam zapach kokosa - jeśli chodzi o działanie, nie ma lepszego oleju dla moich włosów. Efekty regularnego stosowania pokazywałam w tej aktualizacji włosowej. Używałam tego oleju też w celach spożywczych, np. do smażenia naleśników - bardzo przechodzą wtedy kokosowym aromatem! Użyty na ciało nawilża, ale w niewielkim stopniu. Zostawia skórę jedwabiście gładką w dotyku. I ten zapach! Czy mówiłam już, że moim ulubionym mleczkiem do ciała jest kokosowe Ziai? No właśnie :) 


To tyle jeśli chodzi o amerykańskie ciekawostki włosowe :) Gdy polecę znowu do Stanów, na pewno zakupię kolejny słoiczek oleju kokosowego, bo tam bardziej się opłaca. Z reszty produktów też jestem generalnie zadowolona - oprócz OGX Renewing Argan Oil of Morocco i HE Smooth Collection - i kupiłabym je ponownie, gdyby nie to, że srocza ciekawość każe mi testować za każdym razem inne kosmetyki :) Aczkolwiek jeśli nie znajdę innego produktu podobnego do Garnier Sleek&Shine Blow Dry Perfector, to już przy nim zostanę.

Następnym razem napiszę co nieco o upolowanych w Teksasie kosmetykach do twarzy i tym podobnych.



Czy te kosmetyki są rzeczywiście niedostępne w Polsce? Jeśli nie, dajcie znać i wyprowadźcie mnie z błędu :)
Jeśli możecie polecić mi jeszcze inne amerykańskie kosmetyki, to chętnie zapoznam się z sugestiami :)




niedziela, 26 października 2014

Niedziela dla włosów V - jajco :)

Mniej więcej raz w tygodniu kładę na skalp i włosy domową maskę jajeczną. Nic tak nie wzmacnia i pogrubia moich wątłych kosmyków jak właśnie żółtko - czyli proteiny. Keratyna to niby też proteiny, ale nie pogrubia tak moich włosów, tylko wygładza. Teoria stojąca za tym fenomenem jest taka, że żółtko jaja to proteiny wielkocząsteczkowe, a hydrolizowana keratyna - małocząsteczkowe.

Robię to w ten sposób, że myję głowę szamponem z SLS (obecnie Joanna Rzepa), mieszam żółtko z olejem rycynowym, sokiem z cytryny i ewentualnie innymi bajerami. Jeśli będę nakładać miksturę na skalp, to dodaję odżywkę do skóry głowy, np. łyżeczkę Jantara lub sprayu Green Pharmacy przeciw wypadaniu. Często wkraplam też kilka kropelek olejku eterycznego, np. cytrynowego, z drzewa herbacianego czy lawendowego (wszystkie mają właściwości antyseptyczne, co przydaje się tłustym skalpom). Po nałożeniu na skalp "rozwadniam" to, co zostało większą ilością jakiegoś oleju i wcieram w długość, szczególnie w końcówki. Po ok. 30 minutach zmywam szamponem Alterry, nakładam jakąś odżywkę do spłukiwania (obecnie Timotei Shine Recharge z olejem sezamowym), po wyschnięciu wcieram w końcówki serum Gliss Kur - dla ochrony.

Jednak tym razem nie miałam oleju rycynowego, więc zastąpiłam go olejem łopianowym ze skrzypem Green Pharmacy. Cytrynę zastąpiłam octem jabłkowym, znanym ze swoich właściwości domykających łuski włosów i ograniczających przetłuszczanie się skalpu. Na długość dodałam oliwę z oliwek.


Trochę za bardzo zaszalałam z ilością octu, ale mimo wszystko było ok :) Nie zrobiłam zdjęć, bo też nie miałam niczego ciekawego do pokazania ;) Włosy w lepszej kondycji, pogrubione, szczególnie końcówki, chociaż nie miały szczególnego blasku. 

Wy też stosujecie stare dobre jajco? :)

niedziela, 5 października 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 2

Denko jest przedwyjazdowe, a teraz jest już dawno po wyjeździe, oj kiepsko z tym moim pisaniem na bloga, kiepsko... Ale część pierwsza była (tu: klik!), więc i druga musi być. 

Część pierwsza była włosowa, ta będzie bardziej "ciałowa". No to jedziemy! ;)


1. Perfecta: Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu z wyciągiem z bawełny i świetlikiem. Dostałam go na święta i mimo standardowej pojemności sukcesywnie zużywałam go przez pół roku, a to dlatego, że kiepsko radzi sobie z makijażem wodoodpornym i do tego celu musiałam jednocześnie używać innych produktów. W ogóle nie rozpuszcza wodoodpornej maskary; usuwałam ją właściwie mechanicznie, czyli mocno pocierając oczy wacikiem. Z drugiej strony jest cudowny do zmywania zwykłego makijażu - całkiem dobrze sobie z nim radzi i przede wszystkim redukuje uczucie zmęczonych oczu i zaczerwienienie. Dla tego działania używałam go z rana, mimo że wtedy niczego nie zmywałam - wyciąg ze świetlika delikatnie rozjaśnia i łagodzi. Ten płyn micelarny potrafił "postawić moje oczy na nogi" z samego rana, ale to chyba za mało, bym kupiła go ponownie. Podobne działanie wykazują kompresy z herbatki ze świetlika.

2. Garnier Czysta Skóra Active: Ultrazłuszczający peeling z kwasem salicylowym i Herbarepair. Zajęło mi dobre 5 lat, by wreszcie uświadomić sobie, że nie powinnam używać mechanicznych peelingów, bo podrażniają moją naczynkową trądzikową cerę, fundując efekt buraka i dodatkowe wypryski. Jednak przez pewien czas byłam z tego produktu bardzo zadowolona - na tyle, że zużyłam 2 czy 3 jego opakowania. Jest to najbardziej odpowiedni dla cery takiej jak moja peeling mechaniczny, a to dlatego, że jest bardzo drobnoziarnisty i zawiera kwas salicylowy, pomocny w leczeniu trądziku. Robi co powinien i pozostawia przyjemne uczucie świeżości. Zawiera SLS, ale jakoś się nie pieni i nie wysusza. Gdyby moja cera nie była tak kapryśna, dalej bym go używała. 
Gdzie i za ile: drogerie, ok. 16 zł

3. Hean Cosmetics: Slim No Limit (kuracja ujędrniająca) Peeling Masaż solankowy do ciała z miłorzębem japońskim i d-panthenolem. Zakupiony jako peeling do całego ciała, a w szczególności do miejsc dotkniętych cellulitem. I tu nie jestem ekspertką, bo nigdy nie zauważyłam u siebie by jakiekolwiek peelingi poprawiały stan mojej pomarańczowej skórki, chyba że domowy peeling kawowy, który daje efekty dzięki dużej zawartości kofeiny. Ujędrniający masaż solankowy średnio ściera, ujędrnienia natomiast nie zauważyłam na żadnej części ciała. Powiedziałabym, że prawie bubel. Więcej raczej nie kupię - są lepsze peelingi, które dodatkowo przyjemniej pachną, a najbardziej kocham domowe sposoby, ścierające rękawice i szczotkowanie na sucho (sposób podpatrzony u Aliny).
Gdzie i za ile: Rossman, ok. 13 zł

4. Nivea Supreme Touch z masłem shea i olejkiem z orzechów macadamia (żel pod prysznic). Przyjemnie pachnie. Producent obiecuje uczucie nawilżenia także po wytarciu ręcznikiem i rzeczywiście ten żel wysusza moją skórę mniej niż inne ;) Być może kupię ponownie, ale tylko na promocji, bo cena regularna wydaje mi się nieco za wysoka jak na taką pojemność.
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena promocyjna: 7 zł

5. Facelle Waschlotion, duftneutral, mit Avocado- und Kamillenextrakt, czyli bezzapachowy płyn do higieny intymnej Facelle z ekstraktem z awokado i rumianka. Hit włosowej blogosfery i dobry płyn do mycia wszystkiego. Mi jednak średnio przypadł do gustu, bo jest taki jakby śliski i ciężko go zmyć ze skóry, natomiast włosy po umyciu nim są jakby tępe i splątane, ogólnie ciężko umyć nim głowę, a po wysuszeniu jest jeszcze gorzej. No cóż, co kto lubi - ja akurat lubię co innego. ;)
Gdzie i za ile: Rossman, cena ok. 4 zł, w promocji za 2 zł (!)



6. Nie wiem czemu pominęłam jeszcze antyperspirant Adidas Pro Clear Cool&Care, roll-on, widoczny na zbiorczym zdjęciu powyżej. To już moje kolejne rozczarowanie dezodorantami Adidas. Od marki sportowej wymagam maksymalnej ochrony, a on sprawuje się przeciętnie. O wiele lepiej działają na mnie antyperspiranty Garniera. Więcej nie kupię, chyba że będzie w mega promocji ;)
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena do 13 zł


7. Dołączam też kolejny produkt, który nie załapał się na żadne zdjęcie grupowe (ale nieogar!), czyli Seboradin: Maska przeciw wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Poniżej przedstawiam obietnice producenta...


Ale super! Żeby tylko jeszcze tak to działało :D Włosy po tej masce są bardziej sprężyste i lśniące, to prawda, ale tak jak wypadały, tak dalej wypadają. Stosowałam tą maskę tylko na skalp, bo zależało mi tylko na działaniu ograniczającym wypadanie, trzymałam dłużej niż zalecane 5 minut - i nic. 
Skład:


Na pewno nie kupię ponownie. Jest za droga jak na takie działanie i pojemność, w dodatku nie spełnia swojego głównego zadania, czyli nie ogranicza wypadania.
Gdzie i za ile: niektóre apteki i niesieciowe drogerie, internet (np. doz.pl), cena 25 zł.

To wszystko! Tak długo zwlekałam z tym denkiem, że niedługo będzie chyba następne :D
A jak Wam idzie zużywanie kosmetyków?

poniedziałek, 8 września 2014

Maska Biovax Latte - recenzja

Od dawna polowałam na Biovaxa, ale nie mogłam zdobyć się na kupno żadnej z tych masek w pełnej cenie, czyli co najmniej 20 zł. Pewnego słonecznego dnia znalazłam promocję w Naturze, gdzie można je było dostać za ok. 14 zł. Nie było tam jednak żadnej z masek, które mnie interesowały (do włosów jasnych lub zniszczonych lub przetłuszczających się), więc zdecydowałam się na tą z proteinami mlecznymi, bo tak czy siak chciałam wypróbować kosmetyk z tym składnikiem.




Opakowanie: w papierowym pudełku jak zawsze znajduje się plastikowy słoiczek z maską oraz plastikowy czepek i mała saszetka serum z witaminą A i E. Słoiczek nie jest odkręcany, tylko otwierany, a wieczko nie ma możliwości uciec, co jest bardzo wygodne.

Zapach: budyń waniliowo-śmietankowy z odrobiną chemii

Konsystencja: budyniowa :)

Wydajność: dobra

Skład: przyjazny zdrowiu, bez SLSów, parabenów czy wysuszających alkoholi, proteiny mleczne i laktoza dosyć wysoko w składzie. Niestety skład nie jest dostępny na pudełku, tylko na słoiczku, więc trzeba szukać go w internecie albo zapoznać się z nim dopiero w domu, po rozpakowaniu pudełka.

Składniki: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth - 20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Amodimethicone, Isopropyl Myristate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Acetylated Lanolin, Glycerin, Lawsonia Inermis Extract, Mel (Honey) Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Silk, Parfum, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Cinnamal, Potassium Sorbate.


Działanie: po nałożeniu na włosy nie wchłania się natychmiastowo, co bardzo cenię. Włosy są śliskie od maski. Nie potrzeba dużej ilości by dobrze pokryć włosy, dzięki czemu jest dosyć wydajna. Producent zaleca trzymanie jej przez ok. 15 minut lub dłużej - wreszcie ktoś jest świadomy, że 5 minut to generalnie za mało :P  Zalecane jest również użycie dołączonego plastikowego czepka i owinięcie głowy dodatkowo ręcznikiem, co sprawia, że składniki lepiej penetrują włos. 
Maska całkiem dobrze nawilża, chociaż nie spektakularnie. Powiedziałabym, że dobrze jak na swoją cenę. Czy rzeczywiście trwale odbuduje osłabione włosy - przekonamy się, gdy skończę kurację (została mi ilość na jeszcze jedno użycie). Bardzo wygładza włosy, o co podejrzewam płynny jedwab, jednak efektem ubocznym jest przyklap, który jest tym większy, im dłużej trzymamy maskę na włosach, ale nie zrażajcie się - moje włosy są permanentnie oklapnięte, plus te u nasady są w całkiem dobrej kondycji, więc łatwo je obciążyć (nałożyłam maskę na całą długość, aż po skalp). Ale przyznam, że tak ekstremalnej płaskości czupryny nie zauważyłam od dawna :)

Zastosowałam tą maskę w ten sposób:

- przed myciem: maska Biovax Latte na ok. 10 minut, pod czepek i ręcznik
- mycie: żółty szampon Johnson's dla dzieci
- maska: maska Biovax Latte na ok. 25 minut pod dołączony do opakowania czepek foliowy i ręcznik


Efekty (2 pierwsze zdjęcia zostały użyte też w mojej ostatniej aktualizacji włosowej):



Z lampą błyskową: 


Bez lampy błyskowej, w naturalnym (jakkolwiek słabym) świetle:




Oraz w sztucznym świetle żarówek:




Plusy maski Biovax Latte:
  • nawilża włosy w stopniu dostatecznym
  • wygładza
  • nadaje blask
  • prawdopodobnie pomaga odbudować włosy
  • dosyć wydajna

Minusy:
  • przyklap :(
  • końcówki fruwają na wietrze
No właśnie, jak to możliwe, że po tej masce włosy są płaskie i oklapnięte u nasady, a końcówki żyją własnym życiem? ;) Podejrzewam o to glicerynę i bardzo wysoką wilgotność powietrza (humektanty + punkt rosy itd...).

Ogólna ocena: 4/5

Byłoby 5/5, gdyby nie oklap stulecia i gliceryna, w dodatku efekt wygładzenia nie jest aż tak spektakularny jeśli nie użyję szczotki z naturalnego włosia, a zapach jest przyjemny tylko na pierwszy niuch - potem czuć dziwny chemiczny zapaszek, który rujnuje efekt budyniu. Za taką cenę mogłoby być lepiej. Konewka poleciła mi Pilomaxa, który jest tańszy i ponoć lepszy niż Biovax, znacie? :)




czwartek, 28 sierpnia 2014

Aktualizacja włosowa + obecna pielęgnacja

Aktualizacja włosowa, w sumie pierwsza, ale od czegoś trzeba zacząć. Chociaż nie wiem jak często będę mogła zamieszczać aktualizacje, bo ciężko mi zrobić odpowiednie zdjęcia. Teraz akurat mi się udało, więc zamieszczam efekty poniżej.



Te zdjęcia zostały zrobione 2 lipca, kilka dni po podcięciu końcówek (w kształcie bardzo delikatnej litery U) u bardzo miłej fryzjerki chyba z Ukrainy. Nie było nam się łatwo komunikować, ale pani na szczęście doskonale wiedziała, co robi i wszystko było ok :) Cieszę się też, że zapłaciłam za to 10 zł, a nie 40 lub 60, jak w prawie wszystkich innych salonach... No litości, błagam. 

Na tym zdjęciu musiałam wetrzeć w końcówki trochę olejku Alterra Pomarańcza i Brzoza, bo zupełnie nie chciały współpracować. Wyczesałam też włosy szczotką z włosia dzika (taką z dodatkiem grubszych włosów syntetycznych).


Teraz aktualizacja z 22 sierpnia, czyli prawie 2 miesiące później:

Wyglądam tu na rudą :D


A z lampą błyskową kolor jest już normalny. Przed zdjęciem również wyczesałam włosy szczotką z dzika, ale nie wcierałam żadnych olejków.
Niestety mój fotograf nie zna tajników fotografowania włosów dla włosomaniaczek i niestety stoję tu trochę bokiem, co nieco utrudnia ocenę przyrostu, ale moim zdaniem widać różnicę, chociaż włosy nie rosną mi ostatnio jak na drożdżach...

Różnicę widać szczególnie w wyglądzie włosów, czego się nie spodziewałam. Odkąd przyjechałam do Ameryki, czyli od lipca, używam zupełnie innych produktów niż w Polsce, mimo że wiele z nich jest tam dostępnych, a niektóre, np. maska Biovax Latte z proteinami mlecznymi przywiozłam ze sobą. Więc od 2 miesięcy moja pielęgnacja włosów wygląda o tak:
- olejowanie: ekologiczny olej kokosowy (jest tu tańszy!);  Sesa (zakupioną online) - także na skalp (2-3 razy w tygodniu) i przywieziony z Polski olejek Alterra Pomarańcza i Brzoza
- maska: Biovax Latte z proteinami mlecznymi (około 1-2 razy w tygodniu), sporadycznie: maska z żółtek i oleju sojowego lub kokosowego
- szampony: Johnson&Johnson żółty szampon dla dzieci (z rodzaju No More Tears), rosyjski ekologiczny szampon różany marki krzak, przynajmniej dopóki nie ogarnę cyrylicy (zakupiony online), sporadycznie drogeryjny szampon z SLS i SLES Pantene Pro-V Smooth and Sleek (nie jest zbyt mocny)
- odżywki: Herbal Essences Color Me Happy z ekstraktem z róży, Pantene Pro-V Smooth and Sleek, Finesse All Hair Types z lawendą głównie do mycia, OGX Argan Oil of Morocco - malutkie opakowanie, z jakiegoś powodu myślałam, że to odżywka b/s, ale jest d/s; zawiera alkohol izopropylowy. Odżywka bez spłukiwania, ułatwiająca rozczesywanie: Garnier Fructis Style Sleek & Shine Blow Dry Perfector Straightening Balm (ale długa nazwa!)

I porównanie:








Oj ciężko tu cokolwiek porównać, wiem. Ale ja widzę mały przyrost i na pewno dużą różnicę w wyglądzie włosów.

Będę tu jeszcze ok. 3 tygodnie, potem wracam do Polski i starej pielęgnacji. Na pewno zabiorę ze sobą parę rzeczy stąd, bo naprawdę są fajne. Na pewno napiszę też oddzielny post o moich amerykańskich zakupach włosowych i kosmetycznych, bo jest o czym :) 


niedziela, 17 sierpnia 2014

Zmiana składów odżywki Aussie?



Ulubioną odżywką mojego ukochanego jest australijska Aussie 3 Minute Miracle Moist, która działa na jego włosy tak dobrze, że używa jej tylko sporadycznie - efekty (i zapach) utrzymują się całkiem długo jak na odżywkę. Poza tym jest dosyć droga, co również jest powodem do oszczędzania na specjalne okazje. Ponieważ zawartość opakowania zbliżała się do końca, wybraliśmy się do sklepu po nowy zapas. Jak widać na zdjęciu powyżej, zmienił się wygląd (po lewej stare, po prawej nowe). Jednak po przeczytaniu składów w domu okazało się, że zmian było więcej...


Skład starej wersji wygląda cudownie:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Glutamic Acid, Fragrance/Parfum, Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone.

Czyli woda, emolienty, kondycjoner, emulgator, lekki silikon (niekoniecznie w tej kolejności) na wstępie, za nimi mnóstwo dobroci, które w największej mierze przyczyniają się do cudownego działania odżywki, a także jej wysokiej ceny, czyli dobroczynne wyciągi i oleje (zaznaczone na zielono). Potem mamy aminokwas i zapach, czyli zaznaczony na czerwono Fragrance/Parfum. Dlaczego na czerwono? A no dlatego, że składy kosmetyków rządzą się takim prawem, że składniki występują w kolejności według najwyższego stężenia/ilości. W tej wersji odżywki widać, że naturalne wyciągi oraz oczywiście substancje zaznaczone na niebiesko występują w dużej ilości. Zapach jest taką jakby czerwoną granicą, bo jeśli coś jest w składzie po zapachu, to znaczy, że są to śladowe ilości, które nijak nam nie pomogą. Zwykle po zapachu występują głównie konserwanty. Albo wątpliwej jakości olej arganowy w podejrzanie tanich kosmetykach, które chwalą się jego zawartością :P

Tak więc tu wszystko wygląda dobrze. Teraz spójrzmy na skład z nowego opakowania...



Różni się on od starego jednym ważnym szczegółem:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, DimethiconeFragrance/ParfumAloe Barbadensis Leaf Extract (wyciąg z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone, Glutamic Acid. 

Widzicie gdzie jest zapach? Przed tym, co najważniejsze! Czerwona granica została przesunięta praktycznie na sam początek, tuż po silikonach, emulgatorach i chemicznych kondycjonerach. Poza tym kwas glutaminowy - aminokwas - został przesunięty na samiusieńki koniec. Oprócz tego jeszcze stężenie ekstraktów wydaje się inne: wcześniej pierwszym z ekstraktów był wyciąg z alg, teraz jest on ostatni. Sok z liści aloesu zmienił się w wyciąg.

Czyżby Australijczycy podstępnie zmienili recepturę, by zaoszczędzić na drogich składnikach i zarobić jeszcze więcej pieniędzy? (cena pozostaje taka sama).
I tak i nie.
Z jednej strony może tylko stężenie mieszanki zapachowej wzrosło tak bardzo, że zwyczajnie wyprzedziło wszystko inne? Nie da się zaprzeczyć, że nowa wersja jest o wiele bardziej aromatyczna. Mój luby po jej użyciu pachnie jak mała perfumeria. Nie zauważył on natomiast żadnej znaczącej różnicy w działaniu między starą a nową wersją, no ale nie oszukujmy się, to przecież facet... (Być może różni się od innych typowych facetów w tym, że używa odżywek do włosów, ale ich dobór jest raczej przypadkowy. Nie usłyszę od niego elaboratów na temat różnicy w dociążeniu, nawilżeniu, skręcie itd.) Ja zorientowałam się, że użył tej odżywki właśnie z powodu zapachu, wyczuwalnym już z odległości pół metra ;) ale nie zauważyłam radykalnej różnicy w wyglądzie włosów. Może tylko trochę lepszy skręt. Ale włosy na czubku głowy są nadal spuszone, chociaż odrobinę mniej niż przedtem.

Z drugiej strony rzeczywiście nie da się zaprzeczyć prawom rządzącym zamieszczaniem składów na opakowaniach i temu, że zapachy czy barwniki zawsze występują w bardzo niewielkich stężeniach i to, co pojawia się za nimi, ma stężenie jeszcze niższe, wręcz śladowe. Nawet jeśli w nowej wersji rzeczywiście jest więcej zapachu niż w starej, to nie może go być aż tyle, by było możliwe utrzymanie takich samych stężeń wyciągów roślinnych mimo tego, że są one PO ZAPACHU. Więc moim zdaniem skład uległ zmianie: obniżone zostały stężenia dobroczynnych składników. Nie wiadomo tylko jak bardzo.

Wcześniej kupno tej odżywki było opłacalne, a teraz - nie wiadomo. Bo jeśli rzeczywiście mam płacić dwadzieścia ileś złotych za przeciętną odżywkę z fikcyjnymi ekstraktami nawilżającymi, to mogę równie dobrze kupić coś tańszego, z takim samym początkiem (tym na niebiesko).

Konkluzja: zawsze sprawdzać skład! A najlepiej to do celów nawilżenia kupować po prostu maski, z bogatszym składem, ewentualnie dokupić sobie glicerynę czy butelkę soku z aloesu i dodawać do masek i odżywek.

Wszystko co dobre musi kiedyś się skończyć... :( Aussie, Garnier Ultra Doux Avocado i Karite (dodano wysuszający Isopropyl Alcohol), Jantar (radykalnie odmienna formuła)... Jeśli znacie jakieś inne produkty, których składy zostały cichaczem zmienione, dajcie znać! :)

Zobacz również: