Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2016

Kosmetyczna czystka!

Nie robię sobie żadnych noworocznych postanowień - ale jest to dobra okazja, żeby się za coś w końcu zabrać! Na przykład za wyrzucanie starych, nieużywanych i/lub przeterminowanych kosmetyków do makijażu. Biorąc pod uwagę jak rzadko i skromnie się maluję, moja kolekcja kosmetyków do makijażu jest całkiem zdumiewająca.

Natknęłam się na ten artykuł, w którym autorka pomaga pożegnać się z niepotrzebnymi i przeterminowanymi elementami kolorówki. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, jaki może być termin ważności takich produktów... szczególnie, że od jakiegoś czasu noszę soczewki.
Według powyższego artykułu wygląda to tak:

• Pudry, np. podkłady, róże i cienie do powiek: 1 rok
• Tusz do rzęs i eyelinery w płynie: 3 miesiące (!) - chcemy uniknąć wprowadzania bakterii do oczu
• Kredki: 6 miesięcy
• Formuły kremowe, np. korektory i róże: 6-12 miesięcy
• Szminki: 1 rok
 • Gąbki: 1 miesiąc lub krócej, jeśli nie są czyszczone po każdym użyciu

Ile z nas wyrzuca żelowe eyelinery po 3 miesiącach? Lasu rąk na pewno nie zobaczę! :P
Oczywiście robiąc czystkę kosmetyczną nie trzymałam się sztywno tych reguł, bo come on, gdybym miała wyrzucać kredki do oczu lub konturówki po 6 miesiącach, to prawie wcale bym się nimi nie nacieszyła. Co nie zmienia faktu, że wiele rzeczy trafiło do kosza. Czas tak szybko zleciał... studniówka była wczoraj... kosmetyki, które kupiłam na tamtą okazję walają się po szufladzie... a jestem już po studiach. D:

Wyszła z tego taka mała torebka (a nie obejmuje to szminek i błyszczyków, które trzymam w oddzielnej kosmetyczce, do której nie chciało mi się dzisiaj dokopywać):

Chcecie wiedzieć, co było w środku? Niektóre kosmetyki zostały wyrzucone ze względu na wiek, a niektóre ze względu na to, że są po prostu beznadziejne :D



  • Astor, puder matujący Anti Shine Matitude nie jest stary, ale wyleciał, bo po dwóch użyciach mnie zapchał, a odcień jest mimo wszystko nieco za blady.
  • Maybelline Dream Mat Powder - nie mam pojęcia ile ma lat, ale więcej niż 2! Używałam go namiętnie, aż połamał się do takiej formy i stał się bardzo niewygodny w użyciu. Był już stary, więc zamiast bawić się w sklejanie go (wiem, że jakoś się da), kupiłam nowy.
  • Cienie do powiek Lovely - kupione na chybił trafił dawno temu, kiedy nie miałam pojęcia, jakie kolory pasują do mojej karnacji i urody. Ze względu na nietwarzowe kolory i bardzo słabą pigmentację przeleżały, sporadycznie używane, w takim stanie aż do dziś.
  • Dwukolorowe cienie Lovely, Essence lub Wibo (nie pamiętam). Mocna pigmentacja, kolory jednak za bardzo nasycone jak na mój typ urody, a teraz już produkt mocno się przeterminował (3-4 lata D:)
  • Essense, biały perłowy cień do oczu. Jedna wielka pomyłka. Kupiłam go sugerując się uniwersalnymi radami makijażowymi typu "każda dziewczyna w swojej kolorówce powinna mieć...". Jak mówiła mama, "ty nie jesteś wszyscy" :D
  • Paletka korektorów Wibo - zupełnie nie trafiła w moje potrzeby pod żadnym względem.


  • Podkład w sztyfcie (chyba Avon) - miał dobre 6 lat. Ostatni raz używałam go 4 lata temu. No i po co człowiek trzyma takie coś w szufladzie po tyle lat, no po co? :P
  • Rimmel, czerrrrwona szminka. Na warszawskiej ulicy robiłam z nią furorę, szczególnie wśród obcokrajowców na starówce - zdaniem niektórych dlatego, że wyglądałam jak prostytutka. :D Krwiście czerwone usta to jednak nie moje klimaty, więc po paru użyciach wylądowała w ciemnym kącie, gdzie przewalała się przez jakieś 3 lata.
  • MaxFactor 2000 Calorie, maskara - przeterminowała się, ale zanim to się jeszcze stało, bardzo szybko wyschła. Nie wiem czemu parę miesięcy trzymałam w domu prawie puste opakowanie po wyschniętej maskarze.
  • Kredka do ust jednej z bardzo tanich marek (chyba Lovely). Dostałam ją chyba jeszcze w gimnazjum! O zgrozo! Nie wspominając o tym, że ten prawie neonowy róż z brokatem nie pasuje NIKOMU :D
  • Icing, zielony eyeliner i tusz do rzęs w jednym. Nigdy nie działał za dobrze - po prostu nie krył rzęs jako tusz. Jako eyeliner nie był zły, ale rzadko używam eyelinerów, a teraz jest już przeterminowany - zwyczajnie się zwarzyło, jak widać na zdjęciu).
  • MySecret, różowy eyeliner w płynie.Użyty dosłownie 2 razy (raz na Sylwestra 2014/2015, a drugi raz nie pamiętam, więc mógł się on nawet nie wydarzyć!). W opakowaniu wygląda znośnie, ale na powiekach zamienia się w neonową żarówę.
  • Eveline, korektor pod oczy (nazywał się chyba 8w1 coś tam). Bardzo szybko starły się napisy na opakowaniu. Sam korektor nie pasował mi kolorystycznie - za bardzo żółty i ciemny, poza tym słabo krył.
  • Kobo, Perfect Cover Stick - korektor głównie pod oczy w formie sztyftu. Niemożliwy do współpracy, połamany w środku i suchy, a jak już jakimś cudem udało się go zaaplikować, to był za jasny i odkładał się w zmarchach. Leżał w szufladzie co najmniej 2 lata.

 Wywaliłam także stare i brudne pacynki do makijażu, które chyba jeszcze nigdy nikomu (poza dziewczynkami z podstawówki) się nie przydały.

Staram się takie czystki robić regularnie, nie tylko w kosmetykach, ale i dokumentach czy ubraniach.

A Wy? Trzymacie w domu jakieś kosmetyczne trupy? Zachęcam do przejrzenia zawartości kuferków tudzież szuflad, bo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile bezużytecznych bubli w nich przechowujemy! :)

sobota, 12 września 2015

Denko!


Które to już denko? A nie wiem, czy to ważne? :P Ważne, że jest! Zapraszam :)

1. L'Oreal Elseve Total Repair 5, odżywka wypełniająca. Twierdzi, że zawiera "cement", który "wypełnia ubytki" we włosach. Brzmi to jak jakieś voodoo, a chodzi tak naprawdę o jakieś aminokwasy i keratynę, czyli składniki protein i proteiny, które owszem, wypełniają ubytki we włosach. Jeśli chodzi o faktyczne działanie, to było okej. Bez szału. Konsystencja dosyć wodnista, zapach typowy dla kosmetyków Elseve - nie jest to mój ulubiony zapach. Szybko wchłania się we włosy, co dla mnie nie jest zaletą. Było okej, ale bez szału i dlatego nie kupię ponownie. Całe szczęście kupione było na promocji, chyba za ok. 8 zł w SuperPharm.

2. Alterra, emulsja z granatem do oczyszczania twarzy. Nie, nie i jeszcze raz nie. Myślałam, że będzie to kompromis między OCM i normalnym oczyszczaniem, ale niestety kompletnie się na mojej twarzy nie spisało. Lepka konsystencja, niedokładne oczyszczanie, a po zmyciu wodą (co było konieczne ze względu na okropny dyskomfort na twarzy) - brak nawilżenia! Moja tłusta skóra domagała się nawilżenia mimo tego, że ta emulsja jest przeznaczona do skóry suchej! Użyłam kilka razy, potem przez długi, długi czas stało to to na półce, aż w końcu wylądowało w koszu. Zdecydowanie nie kupię ponownie tej emulsji ani żadnego produktu stworzonego w ten sam sposób.

3. Alterra, szampon nadający objętość, papaja i bambus. Jest to ulubiony, oprócz wersji z pszenicą, szampon wielu osób - ale nie mój. Pachnie jak proszek do oranżady, co nie musi być koniecznie wadą. Natomiast jeśli chodzi o działanie, to nie lubię efektu, jaki daje na moich włosach. Trochę skrzypiący, ale nie do końca. Po użyciu mam wrażenie, że czegoś moim włosom i skórze głowy brakuje. Wolę delikatniejsze szampony, uzupełniane raz na jakiś czas mocniejszym szamponem z SLS, niż takie pół na pół. Tej wersji nie kupię ponownie; pozostanę wierna Alterze migdałowej, nawilżającej z granatem i tej z pszenicą. Polecam polować na promocje, bo cena regularna to 9,99 zł, a w promocji 6,99 czy nawet 5,99! Zawsze wtedy wrzucam do koszyka nawet po 4 butelki ^^

Produkty Alterry są dostępne wyłącznie w drogeriach Rossman.




4. Intimelle, delikatny żel do higieny intymnej z rumiankiem. Dowiedziałam się o nim na jakimś blogu, teraz nie mam już pojęcia, gdzie dokładnie... Ale była tam dokładna analiza składu m. in. właśnie tego żelu i tak w skrócie chodzi o to, że to żel idealny! Niedrogi (nie pamiętam dokładnie ile, ale poniżej 10 zł, w promocji nawet po 4 zł!), bez ani jednego niebezpiecznego składnika, z kwasem mlekowym i łagodzącym rumiankiem, a jednocześnie skuteczny :) Trzeba jednak uważać biorąc inne wersje, bo np. wersja z różą zawiera już jakieś SLeS lub SLS. Obecnie używam wersji z korą dębu, która jest oczywiście bezpieczna pod tym względem, a w kolejce czeka wersja z aloesem, również sprawdzona przeze mnie pobieżnie pod kątem niefajnych substancji. Czy kupię ponownie? Już kupiłam! :P Rewelacja.

Dostępna tylko w drogeriach Natura.

5. Nivea Pure&Natural, tonik oczyszczający. Stał na półce przez ponad pół roku, bo nie wiem czemu nie spojrzałam w sklepie na skład, no i przypłaciłam za brak konsumenckiej przezorności... Dlaczego? Na pierwszym miejscu w składzie woda, na drugim... denaturat! Próbowałam mimo to używać toniku, w końcu poza tą wadą skład nie budzi większych zastrzeżeń, ale nie dało się - nie pomagał w niczym, wręcz przyczynił się do powstawania pryszczy i pogorszenia stanu skóry. W końcu wylewanie na twarz denaturatu nigdy nie jest dobrym pomysłem, szczególnie na cerę skłonną do zaczerwienień, jak moja. Nigdy nie kupię ponownie i nie polecam nikomu, bo taki zakup jest kompletnie bez sensu. Ten tonik przez wiele miesięcy służył mi do... przecierania zlewu. W tej roli spisywał się znakomicie.

6. Garnier Mineral Invisible, antyperspirant w kulce. Teraz wszystkie antyperspiranty Garniera w kulce wyglądają w ten sposób, ale przeszły też metamorfozę składową, bo wersji, którą wcześniej kochałam, nie widzę już wśród nowego asortymentu. Ta wersja - może być. Działa. Czy kupię ponownie? Być może.


Trochę to denko wyszło negatywne, ale czy to moja wina, że producentom czasami po prostu się nie chce? :P

A jak idzie Wam walka z efektami braku silnej woli podczas zakupów? ;)

sobota, 15 sierpnia 2015

Denko maseczkowe


W tym tygodniu zdenkowałam tylko i aż 2 maski do włosów, co uznaję za tym większy sukces, że obie były w litrowych opakowaniach. Obie spisały się świetnie!

1. (z prawej) Serical Crema al Latte chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. A jeśli trzeba, to powiem, że to świetna, niedroga (ok. 12 zł za 1 litr) maska, do kupienia np. w drogeriach Hebe, których przynajmniej w Warszawie widzę coraz więcej. Jej głównym składnikiem są proteiny mleczne (dla kompletnie niezaznajomionych z tematem tutaj można poczytać m. in. o proteinach i czemu są takie ważne). Poza tym jest bardzo lekka, nie obciąża włosów, ale odpowiednio je też dociąża, można jej używać do mycia głowy i włosów bez szamponu. Kiedy nałożyłam jej naprawdę dużo, radziła sobie nawet z całkowitym emulgowaniem oleju ze skalpu i z włosów.

2. (z lewej) Seri Natural Line, Intensive Hair Care, maska miodowo-migdałowa. Pisała o niej Henrietta (tutaj), więc odsyłam do jej wpisu po pełną recenzję. Od siebie dodam tyle, że jeszcze lepiej niż Serical al Latte emulguje oleje i myje głowę. Dobrze nawilża, ale moje końcówki potrzebują dociążenia i ochrony silikonowej, chociaż przeważnie tak się dzieje, niezależnie od maski. Fantastycznie pachnie! :) Ten zapach jest spotykany w różnych kosmetykach, przypomina mi np. żel pod prysznic Palmolive z miodem. Uwielbiam te zapachy :) Też jest jej cały litr, do kupienia m. in. w drogeriach Natura, gdzie czasami jest w promocji; cena regularna to chyba coś około 18 zł.
Poniżej skład dla zainteresowanych:


Obie maski są również wydajne, więc zawsze można się z kimś podzielić, jeśli nie lubicie używać tego samego produktu przez 6 miesięcy (lub macie krótkie włosy i będziecie tego używać przez rok :D) - ja tak zrobiłam :)

Mam ochotę wypróbować inne litrowe maski Seri... Co o tym sądzicie? Używałyście? :)



P.S. Zaczęłam pisać bloga o żarciu - Dziś na talerzu, więc jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam :)

wtorek, 11 sierpnia 2015

5 kremów z filtrem - jak się sprawdziły?



Od zeszłego roku świadomie przetestowałam łącznie 5 kremów z filtrem, widocznych na zdjęciu. W połowie wakacji (albo może i pod koniec dla niektórych) taki post może być średnio przydatny, ale może komuś kończy się właśnie krem z filtrem i szuka inspiracji do kupienia nowego... Tak czy siak, zapraszam, jeśli chcecie się dowiedzieć, jak spisały się podane kremy z filtrem.

Będę je oceniała pod kątem wykończenia (matowe/świecące), zapychania, bielenia i komfortu użytkowania oraz oczywiście czy obietnice z opakowania są spełnione. 
A, i czytając moje recenzje weźcie proszę pod uwagę, że moja skóra twarzy jest tłusta, skłonna do zapychania. 
Kolejna uwaga: nie testowałam pod kątem wodoodporności.

1. Garnier Hydra Adapt, Ochronny krem-eliksir, SPF 20. Cała linia Hydra Adapt wywołuje u większości osób mieszane uczucia. Używałam wersji zielonej, do skóry tłustej, więc na wiosnę i wczesne lato postanowiłam kupić sobie wersję z filtrem, w końcu co złego może się stać? Niestety może. A poza tym, to czy te kremy są jeszcze w ogóle w sprzedaży? Nie zwróciłam uwagi.


  • Wykończenie: skóra tuż po wklepaniu kremu odrobinę się błyszczy, a efekt ten nasila się z biegiem czasu. 
  • Zapychanie: nie mogę używać go do twarzy, bo po ok. tygodniu użytkowania stan mojej cery pogarsza się. Nie powiem wprost, że zapycha - być może moja twarz po prostu nie lubi tak ciężkich formuł, nawet jeżeli krem nie ma żadnych zapychających składników?
  • Bielenie: nie bieli.
  • Komfort użytkowania: nie jest to najlżejszy krem do twarzy, ale mogło być gorzej. Twarz po nałożeniu cały czas trochę się lepi.
  • Obietnice: krem ma zapewniać stały poziom nawilżenia - prawda, i to aż za bardzo. Nietłusta konsystencja - moim zdaniem nieprawda, czuje się to jeszcze bardziej nakładając kosmetyk na inne części ciała niż twarz.
  • Dodatkowe uwagi: zużyłam na nogi, bo one i tak nigdy się nie opalają choćbym nie wiem co robiła, więc mogę nałożyć na nie tak słaby filtr, żeby zapewnić im jakąś tam ochronę. Jak wspomniałam wcześniej, nakładając krem na nogi czuje się tą tłustawą konsystencję, ale na nogach bardziej się wchłania po jakimś czasie (też nie od razu i nie w 100%).
  • Czy kupię ponownie: NIE.

2.  Soraya, Balsam wodoodporny do opalania, SPF 30. Te kremy możemy znaleźć właściwie wszędzie, nawet w Lidlu, dlatego go kupiłam z zamiarem zużycia na ramiona, plecy i dekolt.


  • Wykończenie: skóra błyszczy się tak samo tuż po aplikacji, jak i pod koniec dnia. 
  • Zapychanie: używałam na dekolt i plecy, które potrafią się czasami zapchać od niewłaściwych kosmetyków, ale tutaj nie zauważyłam niczego takiego.
  • Bielenie: bieli, ale po minucie dobrego wcierania (i kolejnych 2 minutach czekania) całkowicie się wchłania.
  •  Komfort użytkowania: ŻADEN. Strasznie się lepi! Skóra cały czas pokryta jest śluzem, do którego przykleja się każdy kurz i brud, nawet pod koniec dnia. Ładnie to wygląda na zdjęciach, ale na tym zalety się kończą. W dodatku krem jest biały, ale lekko żółtawy i jeśli nie uważamy podczas aplikacji (a nie uważamy, a jakże), lekko barwi białe ubrania na żółto.
  •  Obietnice: "doskonała ochrona" - nie do końca, bo ramiona bardzo grubo nim posmarowane opaliły się za szybko i za mocno jak na filtr UVA/UVB o faktorze 30 SPF. Nawilżanie i ochrona przed przesuszeniem - tłusta warstwa, którą krem zostawia na skórze faktycznie nie pozwala na żadne wysuszenie, ale jakim kosztem... Łagodzenie podrażnień i wygładzanie - nie wiem, moja skóra w tych rejonach nie jest podrażniona i nie wymaga wygładzenia. Lekka konsystencja, nie klei się, nie tłuści - kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo.
  • Dodatkowe uwagi: to już moje drugie opakowanie tego samego kremu. Dlaczego? Bo kiedy kupiłam go po raz pierwszy, nie nakładałam wystarczającej ilości kremu i rzadko go używałam, a poza tym rzadko wychodziłam na intensywne słońce, więc te wady nie przeszkadzały mi aż tak bardzo. Aż do teraz. Producent zaleca jeszcze używanie go na twarz, ale ja w życiu się nie odważyłam!
  • Czy kupię ponownie: NIE.

3.  Iwostin, Solecrin Capillin, krem ochronny do twarzy, SPF 50+. Mój najnowszy nabytek z SuperPharm.


  • Wykończenie: na pewno bardzo daleko mu do matowego, które obiecuje producent! W miarę upływu czasu skóra świeci się bardziej i bardziej, aż w końcu nawet po zachodzie słońca jest jasno jak w dzień, bo nasza twarz genialnie spisuje się w roli gwiazdy. Nawet przypudrowanie pudrem matującym na niewiele się zdaje, bo tłuścioch przebija się spod wszystkiego. Jakimś rozwiązaniem jest użycie bibułek matujących (po 20 min. od aplikacji, kiedy filtry zwiążą się już ze skórą i zaczną de facto działać), ale wiecie ile tych bibułek muszę zużyć? 10. Serio. Nie opłaca się.
  • Zapychanie: po ok. 5 dniach codziennego użytkowania zauważyłam objawy niewielkiego zapychania, więc musiałam go odstawić. Teraz stosuję go na zmianę z Neutrogeną. Tak samo jak w przypadku Garnier Hydra Adapt, moja skóra nie wytrzymuje tak ciężkiej formuły, szczególnie w lato.
  • Bielenie: bieli, ale po paru minutach prawie całkowicie się wchłania.
  • Komfort użytkowania: ŻADEN, tak samo jak Soraya niesamowicie się lepi! Twarz po nim niesamowicie się błyszczy, mimo że ma być matowa. Z biegiem czasu ten efekt tylko się wzmaga. Uczucie tak ogromnej tłustości na twarzy z pewnością nie jest komfortowe. 
  • Obietnice: jest ich mnóstwo i to przez nie skusiłam się na ten krem! Zaczynamy: hamowanie powstawania rumienia, zmniejszanie nadwrażliwości skóry: moja skóra ma duże skłonności do rumienienia się, i to nie w ten uroczy sposób, tylko w taki, że ludzie patrzą się na mnie, zastanawiając się, czy wezwać karetkę. Niestety nie miałam możliwości do końca przekonać się, czy ten krem pomaga temu zapobiec, bo nie używam go codziennie, ale potwierdzam, że samo nałożenie go nie powoduje rumienia, co już liczę na plus. Regularnie stosowany może faktycznie spełnić swoją rolę. Po drugie, krem ma mnóstwo filtrów, zarówno chemicznych jak i mineralny (dwutlenek tytanu), więc obietnica jest taka, że ma prawie całkowicie blokować możliwość opalenia twarzy i tu jest też na plus. Obietnica matowego wykończenia to, jak napisałam wcześniej, wierutne kłamstwo, to samo z szybkim wchłanianiem się (ten krem nigdy się nie wchłania! Na twarzy cały czas pozostaje tłusta warstewka).
  • Dodatkowe uwagi: brak parabenów i innych niebezpiecznych składników.
  • Czy kupię ponownie: niestety NIE, gdyby tylko nie to świecenie...



4. Neutrogena Clear Face, Break-out free Liquid Lotion Sunscreen, SPF 55. Pisałam o nim już w tym wpisie więc tutaj będę się raczej streszczać. Kupiłam go w amerykańskiej drogerii, bo w Polsce mamy właściwie tylko kosmetyki nawilżające z serii "Neutrogena formuła norweska", a to wbrew pozorom nie jedyne, co ta marka ma do zaoferowania.


  • Wykończenie: matowe, wchłania się nie pozostawiając żadnej warstwy.
  • Zapychanie: nie.
  • Bielenie: nie.
  • Komfort użytkowania: duży, dzięki braku tłustej warstwy. Nadaje się pod makijaż. Niestety czasami, kiedy skóra jest nieco podrażniona, występuje uczucie pieczenia podczas nakładania i krótko po nałożeniu.
  • Obietnice: właściwie tylko taka, że nie zapycha i chroni przed negatywnymi skutkami promieni słonecznych. Prawda i prawda, chociaż trzeba nałożyć dużo tego kremu, by zapewnić sobie odpowiednią ochronę, ale można robić to warstwami, bo każda z nich doskonale się wchłania.
  • Dodatkowe uwagi: zawiera filtr o nazwie oxybenzone w stężeniu 4,5%, którego bezpieczeństwo jest dyskusyjne, chociaż większość niezależnych badań wskazuje, że wieloletnie użytkowanie kremów z zawartością oxybenzone nawet do 10% nie prowadzi do absorpcji na poziomie powodującym zachwianie równowagi hormonalnej, co stanowiłoby ryzyko nowotworów. Dozwolona maksymalna dawka w Unii Europejskiej to 10%, w USA 6%, a tutaj mamy 4,5%, więc chyba nie ma się czego obawiać?... Mimo wszystko wolałabym, żeby go nie było; mógłby zostać zastąpiony przez jakiś filtr mineralny.
  • Czy kupię ponownie: TAK.

5. Dax Sun, Wysoko wodoodporny krem ochronny do twarzy na słońce, z olejem arganowym, SPF 50+. Kiedy tylko widzę coś, co na opakowaniu chwali się brakiem parabenów czy zawartością oleju arganowego, wzdycham ciężko. Cokolwiek, by zachęcić klienta. Dodam, że ten krem był najtańszym kremem do twarzy z filtrem 50. Biorąc pod uwagę tę cenę oraz fakt, że producent chwali się zawartością oleju arganowego, pozostaje nam tylko z politowaniem powiedzieć "ta, na pewno", a następnie tak czy siak włożyć go do koszyka - chyba tylko po to, żeby przekonać się, jak bardzo ten produkt jest beznadziejny.


  • Wykończenie: tłustawe, twarz cały czas się świeci.
  • Zapychanie: tak, i to bardzo! Zawiera parafinę, co prawda dopiero dalej w składzie, ale twarzom skłonnym do zapychania nawet tyle może wystarczyć.
  • Bielenie: nie.
  • Komfort użytkowania: podobnie jak z kremem Iwostin, żaden ze względu na nieprzyjemną konsystencję i uczucie tłustości na twarzy, ale nie jest to tak ciężka tłustość jak w przypadku Iwostin. 
  • Obietnice: nawilżanie - tak, ale gratis dostajemy również zbędne natłuszczanie! Wysoka ochrona: żeby uzyskać maksymalną ochronę, musimy nałożyć tyle kremu, że nie da się potem dotknąć do twarzy. W przeciwnym przypadku - trochę się opalimy, nawet chodząc tylko po mieście (versus opalanie cały dzień na plaży, wtedy na pewno twarz byłaby jeszcze ciemniejsza).
  • Dodatkowe uwagi: olej arganowy na pewno zawiera, ale olej olejowi nierówny. Te oleje w tanich kosmetykach są takiej jakości, że równie dobrze można byłoby w nich użyć oleju do smażenia, który miałby więcej dobroczynnych właściwości niż ten tani, rafinowany, uzyskiwany chemicznie olej arganowy. Zużyłam do dłoni i stóp, bo one chyba najbardziej mi się opalają. Nawet tam krem średnio się spisał. Przez to, że tak się klei, moje stopy w sandałkach czy klapkach bardzo szybko się brudziły, bo w końcu wszystko się łatwo do nich przylepiało. 
  • Czy kupię ponownie: NIE. Czy ten krem jest w ogóle dalej w sprzedaży? Być może jest teraz pod inną nazwą lub wygląda inaczej, ale formuła została pewnie prawie taka sama. 



Jak widać, ciężko mnie zadowolić. Szukam teraz dobrego kremu z filtrem 50, który faktycznie by matowił lub chociaż nie powodował błyszczenia większego niż normalnie, nie zapychał i chronił przed promieniowaniem... Znacie taki? Wiele osób poleca matujący Vichy. Muszę więcej o nim poczytać i prawdopodobnie na niego w ostateczności wyłożyć pieniądze.

A jak idzie Wasza walka ze słońcem?

niedziela, 2 listopada 2014

Amerykańskie kosmetyki - cz. 1, włosowa

Dzisiaj pokażę Wam ciekawostki kosmetyczne z Kraju Kwitnącego Hamburgera, czyli kosmetyki, których nie ma w Polsce (a przynajmniej których ja nie widziałam nigdzie w Warszawie :) ).

Byłam w Teksasie przez prawie 3 miesiące (ach te studenckie wakacje :D), więc trochę tego jest. Dlatego podzielę post o amerykańskich kosmetykach na kilka części. Zacznę od włosowych.

Dodam, że kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Dla zainteresowanych - cenowo celowałam raczej w tańsze produkty; nie pamiętam dokładnie cen wszystkich kosmetyków, ale jeśli chodzi o zawartość tego posta, to żadna z cen nie przekroczyła chyba 8 dolarów.

W Stanach Zjednoczonych jest wiele ciekawych, nieznanych polskiemu konsumentowi marek, jak również te, które mamy w Polsce, z tym że oferowane przez nie produkty są całkowicie inne lub wybór jest o wiele większy. Np. jeśli chodzi o Garnier, to nie znalazłam nigdzie produktów z serii Ultra Doux ani odżywki Oleo Repair, ale natknęłam się na inne produkty, np. większy wybór odżywek z serii Fructis lub olejek do włosów i olejek do twarzy przeznaczony m. in. do używania w metodzie OCM. Ogromny jest też wybór produktów Herbal Essences.
Większy jest też wybór produktów do stylizacji: wosków, produktów bez spłukiwania podkreślających skręt lub przeciwnie - prostujących włosy, żeli i Bóg wie czego jeszcze. Wiele z nich jest kierowanych do czarnoskórych kobiet z charakterystyczną dla nich problematyczną bujną czupryną.


  • Herbal Essences Color Me Happy - odżywka do spłukiwania do włosów farbowanych, z ekstraktem z róży, 300 ml. Obiecuje nam o 50% więcej blasku i rzeczywiście nadaje blask, ale tylko potrzymana przez parę minut. Ułatwia rozczesywanie, pokrywa włosy ochronną warstewką silikonów. Zapach charakterystyczny dla produktów Herbal Essences + słabiutki zapaszek różany. W składzie rzeczywiście posiada różne fajne ekstrakty roślinne i to wcale nie w śladowych ilościach, wow! Są to: jedwabny wyciąg z kukurydzy (?), wyciąg z róży i wyciąg z kwiatu passiflory. Skład (przepraszam za poblask, ale 20 września dalej było 30 stopni):


***

  • Herbal Essences, Hello Hydration - nawilżająca odżywka do spłukiwania z ekstraktem z kokosa, 700 ml. Jak do tej pory najlepsza dla kręconych włosów mojego lubego, rzeczywiście dobrze nawilża, włosy są po niej bardzo miękkie, szczególnie przy regularnym stosowaniu. Tak samo jak poprzednia, zawiera 3 ekstrakty roślinne przez zapachem: znowu ten jedwabny wyciąg z kukurydzy (chyba że źle tłumaczę), potem wyciąg z kwiatu storczyka męskiego i wyciąg z kokosa. Jak na odżywkę sklepową ma całkiem nieskomplikowany skład (czyli na plus!). Skład:


***

  • Herbal Essences, Smooth Collection - wygładzająca odżywka do spłukiwania z owocami róży, witaminą E i ekstraktem z jojoby, 1 litr (tak, wszystko jest większe w Teksasie!). Kupiliśmy tą odżywkę ze względu na jej pojemność, bo mój luby serdecznie nienawidzi kupowania czegokolwiek i najbardziej lubi rzeczy, które nigdy się nie kończą. Niestety, odżywki sprzedawane w takiej pojemności są przeważnie gorsze niż te w mniejszych opakowaniach. Tą odżywkę porównałabym do wspomnianej wcześniej Color Me Happy, bo obie zawierają ekstrakty z róży, z tym że Color Me Happy lepiej wygładza niż Smooth Collection, mimo że nie to jest jej głównym zadaniem. Po użyciu tej odżywki moje włosy nie były wygładzone, tylko trochę bardziej... puszyste (ale nie spuszone!). Na obronę Smooth Collection powiem jednak, że producent nie oszukuje i wszystkie obiecane bajery rzeczywiście w niej są, a witamina E jest nawet w dwóch postaciach (tocopherol i tocopheryl acetate)! Niestety jest to jeden z przykładów kiedy dobry skład nie przekłada się bezpośrednio na działanie, przynajmniej nie na naszych włosach (moje - proste, cienkie, wysokoporowate; jego - kręcone, grube, średnioporowate). Skład:


***

  • Finesse - odżywka do spłukiwania dla wszystkich typów włosów, o zapachu lawendy, 384 ml. Kupiłam ją za niecałe 2 dolary, głównie do mycia głowy. W tej roli spisała się bardzo dobrze, ale okazało się, że w roli zwykłej odżywki też spisuje się zaskakująco dobrze :) Pachnie rzeczywiście olejkiem lawendowym, dyscyplinuje włosy, ułatwia rozczesywanie i wygładza. Z ciekawszych rzeczy zawiera puder jedwabny i hydrolizowane proteiny sojowe. Skład:


***

  • Renewing Argan Oil of Morocco, OGX - odżywka do spłukiwania z olejkiem arganowym, 7 ml. Kupiłam ją tylko dlatego, że z jakiegoś powodu myślałam, że to odżywka bez spłukiwania... Tak to jest, jak KTOŚ stoi nad głową i jęczy, żeby już iść! :P W dodatku zawiera alkohol izopropylowy, jak wszystkie dobrze zapowiadające się odżywki tej firmy (a wybór jest naprawdę duży). Jeśli komuś nie przeszkadza isopropyl alcohol w składzie - go for it. Ale moje włosy go nie lubią. Po tej odżywce są jakby tępe i kompletnie bez blasku. Chociaż wydają się nieco grubsze w dotyku. Skład uroczy: olej arganowy już na 6 miejscu, potem hydrolizowana keratyna, masło kakaowe, olej z awokado, sok z aloesu, jakiś czas potem olej kokosowy. Tylko ten wysuszający alkohol... Skład:


***



  • Garnier Fructis Style: Sleek&Shine Blow Dry Perfector - prostujący włosy balsam z olejkiem arganowym, bez spłukiwania, 150 ml. Producent obiecuje 3-dniową ochronę przed puszeniem, a także szybsze, łatwiejsze suszenie suszarką i gładkie włosy pełne blasku. Ojejejej. Bez zbędnego rozwodzenia się powiem, że to wszystko prawda na moich włosach :) Są rzeczywiście idealnie proste, szybciej schną - zarówno z użyciem suszarki, jak i bez. Generalnie nie mam problemu z nadmiernym puszeniem się i myję głowę codziennie, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście chroni przed panem puszkiem, i to przez 3 dni. Znacząco ułatwia rozczesywanie i pokrywa końcówki ochronną warstwą silikonów bez obciążania, dlatego zabrałam go ze sobą do Polski. Bardzo wydajny - kupiłam go w lipcu i w listopadzie dalej go mam, chociaż nie używam go codziennie. Skład:



***



  • Garnier Fructis Style: Sleek & Shine Anti-humidity hairspray - lakier do włosów przeciw wilgoci (w domyśle przeciw puszeniu się włosów spowodowanym wilgocią) z ekstraktem z bambusa, zapewnia sprężyste utrwalenie. Czegoś takiego na 100% nie mamy w Polsce - lakier od Garniera? :D Bardzo ładnie pachnie, utrwala bez sklejania, dozownik się nie zacina i działa poprawnie. Plus za ładne opakowanie, jeszcze nie widziałam zielonego lakieru :) Tak szczerze mówiąc nie jestem w stanie ocenić utrwalenia, bo na moje cienkie, proste i śliskie włosy nic nie działa tak, jakbym sobie tego życzyła - chyba mam jakieś nierzeczywiste wymagania :) Mimo to byłam bardzo zadowolona, spryskane nim koki się nie rozwalały, więc polecam.

***




  • Spożywczy olej kokosowy extra virgin marki Kelapo, organiczny, z certyfikatem Fair Trade, wyciskany na zimno i nierafinowany. Tyle bajerów za 5 dolarów :) Czyli taniej niż w Polsce. Używałam go głównie do włosów - dodawałam do masek, olejowałam na mokro i na sucho na całą noc, nakładałam na skalp i jestem zachwycona! Pominąwszy fakt, że uwielbiam zapach kokosa - jeśli chodzi o działanie, nie ma lepszego oleju dla moich włosów. Efekty regularnego stosowania pokazywałam w tej aktualizacji włosowej. Używałam tego oleju też w celach spożywczych, np. do smażenia naleśników - bardzo przechodzą wtedy kokosowym aromatem! Użyty na ciało nawilża, ale w niewielkim stopniu. Zostawia skórę jedwabiście gładką w dotyku. I ten zapach! Czy mówiłam już, że moim ulubionym mleczkiem do ciała jest kokosowe Ziai? No właśnie :) 


To tyle jeśli chodzi o amerykańskie ciekawostki włosowe :) Gdy polecę znowu do Stanów, na pewno zakupię kolejny słoiczek oleju kokosowego, bo tam bardziej się opłaca. Z reszty produktów też jestem generalnie zadowolona - oprócz OGX Renewing Argan Oil of Morocco i HE Smooth Collection - i kupiłabym je ponownie, gdyby nie to, że srocza ciekawość każe mi testować za każdym razem inne kosmetyki :) Aczkolwiek jeśli nie znajdę innego produktu podobnego do Garnier Sleek&Shine Blow Dry Perfector, to już przy nim zostanę.

Następnym razem napiszę co nieco o upolowanych w Teksasie kosmetykach do twarzy i tym podobnych.



Czy te kosmetyki są rzeczywiście niedostępne w Polsce? Jeśli nie, dajcie znać i wyprowadźcie mnie z błędu :)
Jeśli możecie polecić mi jeszcze inne amerykańskie kosmetyki, to chętnie zapoznam się z sugestiami :)




niedziela, 5 października 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 2

Denko jest przedwyjazdowe, a teraz jest już dawno po wyjeździe, oj kiepsko z tym moim pisaniem na bloga, kiepsko... Ale część pierwsza była (tu: klik!), więc i druga musi być. 

Część pierwsza była włosowa, ta będzie bardziej "ciałowa". No to jedziemy! ;)


1. Perfecta: Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu z wyciągiem z bawełny i świetlikiem. Dostałam go na święta i mimo standardowej pojemności sukcesywnie zużywałam go przez pół roku, a to dlatego, że kiepsko radzi sobie z makijażem wodoodpornym i do tego celu musiałam jednocześnie używać innych produktów. W ogóle nie rozpuszcza wodoodpornej maskary; usuwałam ją właściwie mechanicznie, czyli mocno pocierając oczy wacikiem. Z drugiej strony jest cudowny do zmywania zwykłego makijażu - całkiem dobrze sobie z nim radzi i przede wszystkim redukuje uczucie zmęczonych oczu i zaczerwienienie. Dla tego działania używałam go z rana, mimo że wtedy niczego nie zmywałam - wyciąg ze świetlika delikatnie rozjaśnia i łagodzi. Ten płyn micelarny potrafił "postawić moje oczy na nogi" z samego rana, ale to chyba za mało, bym kupiła go ponownie. Podobne działanie wykazują kompresy z herbatki ze świetlika.

2. Garnier Czysta Skóra Active: Ultrazłuszczający peeling z kwasem salicylowym i Herbarepair. Zajęło mi dobre 5 lat, by wreszcie uświadomić sobie, że nie powinnam używać mechanicznych peelingów, bo podrażniają moją naczynkową trądzikową cerę, fundując efekt buraka i dodatkowe wypryski. Jednak przez pewien czas byłam z tego produktu bardzo zadowolona - na tyle, że zużyłam 2 czy 3 jego opakowania. Jest to najbardziej odpowiedni dla cery takiej jak moja peeling mechaniczny, a to dlatego, że jest bardzo drobnoziarnisty i zawiera kwas salicylowy, pomocny w leczeniu trądziku. Robi co powinien i pozostawia przyjemne uczucie świeżości. Zawiera SLS, ale jakoś się nie pieni i nie wysusza. Gdyby moja cera nie była tak kapryśna, dalej bym go używała. 
Gdzie i za ile: drogerie, ok. 16 zł

3. Hean Cosmetics: Slim No Limit (kuracja ujędrniająca) Peeling Masaż solankowy do ciała z miłorzębem japońskim i d-panthenolem. Zakupiony jako peeling do całego ciała, a w szczególności do miejsc dotkniętych cellulitem. I tu nie jestem ekspertką, bo nigdy nie zauważyłam u siebie by jakiekolwiek peelingi poprawiały stan mojej pomarańczowej skórki, chyba że domowy peeling kawowy, który daje efekty dzięki dużej zawartości kofeiny. Ujędrniający masaż solankowy średnio ściera, ujędrnienia natomiast nie zauważyłam na żadnej części ciała. Powiedziałabym, że prawie bubel. Więcej raczej nie kupię - są lepsze peelingi, które dodatkowo przyjemniej pachną, a najbardziej kocham domowe sposoby, ścierające rękawice i szczotkowanie na sucho (sposób podpatrzony u Aliny).
Gdzie i za ile: Rossman, ok. 13 zł

4. Nivea Supreme Touch z masłem shea i olejkiem z orzechów macadamia (żel pod prysznic). Przyjemnie pachnie. Producent obiecuje uczucie nawilżenia także po wytarciu ręcznikiem i rzeczywiście ten żel wysusza moją skórę mniej niż inne ;) Być może kupię ponownie, ale tylko na promocji, bo cena regularna wydaje mi się nieco za wysoka jak na taką pojemność.
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena promocyjna: 7 zł

5. Facelle Waschlotion, duftneutral, mit Avocado- und Kamillenextrakt, czyli bezzapachowy płyn do higieny intymnej Facelle z ekstraktem z awokado i rumianka. Hit włosowej blogosfery i dobry płyn do mycia wszystkiego. Mi jednak średnio przypadł do gustu, bo jest taki jakby śliski i ciężko go zmyć ze skóry, natomiast włosy po umyciu nim są jakby tępe i splątane, ogólnie ciężko umyć nim głowę, a po wysuszeniu jest jeszcze gorzej. No cóż, co kto lubi - ja akurat lubię co innego. ;)
Gdzie i za ile: Rossman, cena ok. 4 zł, w promocji za 2 zł (!)



6. Nie wiem czemu pominęłam jeszcze antyperspirant Adidas Pro Clear Cool&Care, roll-on, widoczny na zbiorczym zdjęciu powyżej. To już moje kolejne rozczarowanie dezodorantami Adidas. Od marki sportowej wymagam maksymalnej ochrony, a on sprawuje się przeciętnie. O wiele lepiej działają na mnie antyperspiranty Garniera. Więcej nie kupię, chyba że będzie w mega promocji ;)
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena do 13 zł


7. Dołączam też kolejny produkt, który nie załapał się na żadne zdjęcie grupowe (ale nieogar!), czyli Seboradin: Maska przeciw wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Poniżej przedstawiam obietnice producenta...


Ale super! Żeby tylko jeszcze tak to działało :D Włosy po tej masce są bardziej sprężyste i lśniące, to prawda, ale tak jak wypadały, tak dalej wypadają. Stosowałam tą maskę tylko na skalp, bo zależało mi tylko na działaniu ograniczającym wypadanie, trzymałam dłużej niż zalecane 5 minut - i nic. 
Skład:


Na pewno nie kupię ponownie. Jest za droga jak na takie działanie i pojemność, w dodatku nie spełnia swojego głównego zadania, czyli nie ogranicza wypadania.
Gdzie i za ile: niektóre apteki i niesieciowe drogerie, internet (np. doz.pl), cena 25 zł.

To wszystko! Tak długo zwlekałam z tym denkiem, że niedługo będzie chyba następne :D
A jak Wam idzie zużywanie kosmetyków?

poniedziałek, 8 września 2014

Maska Biovax Latte - recenzja

Od dawna polowałam na Biovaxa, ale nie mogłam zdobyć się na kupno żadnej z tych masek w pełnej cenie, czyli co najmniej 20 zł. Pewnego słonecznego dnia znalazłam promocję w Naturze, gdzie można je było dostać za ok. 14 zł. Nie było tam jednak żadnej z masek, które mnie interesowały (do włosów jasnych lub zniszczonych lub przetłuszczających się), więc zdecydowałam się na tą z proteinami mlecznymi, bo tak czy siak chciałam wypróbować kosmetyk z tym składnikiem.




Opakowanie: w papierowym pudełku jak zawsze znajduje się plastikowy słoiczek z maską oraz plastikowy czepek i mała saszetka serum z witaminą A i E. Słoiczek nie jest odkręcany, tylko otwierany, a wieczko nie ma możliwości uciec, co jest bardzo wygodne.

Zapach: budyń waniliowo-śmietankowy z odrobiną chemii

Konsystencja: budyniowa :)

Wydajność: dobra

Skład: przyjazny zdrowiu, bez SLSów, parabenów czy wysuszających alkoholi, proteiny mleczne i laktoza dosyć wysoko w składzie. Niestety skład nie jest dostępny na pudełku, tylko na słoiczku, więc trzeba szukać go w internecie albo zapoznać się z nim dopiero w domu, po rozpakowaniu pudełka.

Składniki: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth - 20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Amodimethicone, Isopropyl Myristate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Acetylated Lanolin, Glycerin, Lawsonia Inermis Extract, Mel (Honey) Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Silk, Parfum, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Cinnamal, Potassium Sorbate.


Działanie: po nałożeniu na włosy nie wchłania się natychmiastowo, co bardzo cenię. Włosy są śliskie od maski. Nie potrzeba dużej ilości by dobrze pokryć włosy, dzięki czemu jest dosyć wydajna. Producent zaleca trzymanie jej przez ok. 15 minut lub dłużej - wreszcie ktoś jest świadomy, że 5 minut to generalnie za mało :P  Zalecane jest również użycie dołączonego plastikowego czepka i owinięcie głowy dodatkowo ręcznikiem, co sprawia, że składniki lepiej penetrują włos. 
Maska całkiem dobrze nawilża, chociaż nie spektakularnie. Powiedziałabym, że dobrze jak na swoją cenę. Czy rzeczywiście trwale odbuduje osłabione włosy - przekonamy się, gdy skończę kurację (została mi ilość na jeszcze jedno użycie). Bardzo wygładza włosy, o co podejrzewam płynny jedwab, jednak efektem ubocznym jest przyklap, który jest tym większy, im dłużej trzymamy maskę na włosach, ale nie zrażajcie się - moje włosy są permanentnie oklapnięte, plus te u nasady są w całkiem dobrej kondycji, więc łatwo je obciążyć (nałożyłam maskę na całą długość, aż po skalp). Ale przyznam, że tak ekstremalnej płaskości czupryny nie zauważyłam od dawna :)

Zastosowałam tą maskę w ten sposób:

- przed myciem: maska Biovax Latte na ok. 10 minut, pod czepek i ręcznik
- mycie: żółty szampon Johnson's dla dzieci
- maska: maska Biovax Latte na ok. 25 minut pod dołączony do opakowania czepek foliowy i ręcznik


Efekty (2 pierwsze zdjęcia zostały użyte też w mojej ostatniej aktualizacji włosowej):



Z lampą błyskową: 


Bez lampy błyskowej, w naturalnym (jakkolwiek słabym) świetle:




Oraz w sztucznym świetle żarówek:




Plusy maski Biovax Latte:
  • nawilża włosy w stopniu dostatecznym
  • wygładza
  • nadaje blask
  • prawdopodobnie pomaga odbudować włosy
  • dosyć wydajna

Minusy:
  • przyklap :(
  • końcówki fruwają na wietrze
No właśnie, jak to możliwe, że po tej masce włosy są płaskie i oklapnięte u nasady, a końcówki żyją własnym życiem? ;) Podejrzewam o to glicerynę i bardzo wysoką wilgotność powietrza (humektanty + punkt rosy itd...).

Ogólna ocena: 4/5

Byłoby 5/5, gdyby nie oklap stulecia i gliceryna, w dodatku efekt wygładzenia nie jest aż tak spektakularny jeśli nie użyję szczotki z naturalnego włosia, a zapach jest przyjemny tylko na pierwszy niuch - potem czuć dziwny chemiczny zapaszek, który rujnuje efekt budyniu. Za taką cenę mogłoby być lepiej. Konewka poleciła mi Pilomaxa, który jest tańszy i ponoć lepszy niż Biovax, znacie? :)




niedziela, 17 sierpnia 2014

Zmiana składów odżywki Aussie?



Ulubioną odżywką mojego ukochanego jest australijska Aussie 3 Minute Miracle Moist, która działa na jego włosy tak dobrze, że używa jej tylko sporadycznie - efekty (i zapach) utrzymują się całkiem długo jak na odżywkę. Poza tym jest dosyć droga, co również jest powodem do oszczędzania na specjalne okazje. Ponieważ zawartość opakowania zbliżała się do końca, wybraliśmy się do sklepu po nowy zapas. Jak widać na zdjęciu powyżej, zmienił się wygląd (po lewej stare, po prawej nowe). Jednak po przeczytaniu składów w domu okazało się, że zmian było więcej...


Skład starej wersji wygląda cudownie:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Glutamic Acid, Fragrance/Parfum, Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone.

Czyli woda, emolienty, kondycjoner, emulgator, lekki silikon (niekoniecznie w tej kolejności) na wstępie, za nimi mnóstwo dobroci, które w największej mierze przyczyniają się do cudownego działania odżywki, a także jej wysokiej ceny, czyli dobroczynne wyciągi i oleje (zaznaczone na zielono). Potem mamy aminokwas i zapach, czyli zaznaczony na czerwono Fragrance/Parfum. Dlaczego na czerwono? A no dlatego, że składy kosmetyków rządzą się takim prawem, że składniki występują w kolejności według najwyższego stężenia/ilości. W tej wersji odżywki widać, że naturalne wyciągi oraz oczywiście substancje zaznaczone na niebiesko występują w dużej ilości. Zapach jest taką jakby czerwoną granicą, bo jeśli coś jest w składzie po zapachu, to znaczy, że są to śladowe ilości, które nijak nam nie pomogą. Zwykle po zapachu występują głównie konserwanty. Albo wątpliwej jakości olej arganowy w podejrzanie tanich kosmetykach, które chwalą się jego zawartością :P

Tak więc tu wszystko wygląda dobrze. Teraz spójrzmy na skład z nowego opakowania...



Różni się on od starego jednym ważnym szczegółem:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, DimethiconeFragrance/ParfumAloe Barbadensis Leaf Extract (wyciąg z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone, Glutamic Acid. 

Widzicie gdzie jest zapach? Przed tym, co najważniejsze! Czerwona granica została przesunięta praktycznie na sam początek, tuż po silikonach, emulgatorach i chemicznych kondycjonerach. Poza tym kwas glutaminowy - aminokwas - został przesunięty na samiusieńki koniec. Oprócz tego jeszcze stężenie ekstraktów wydaje się inne: wcześniej pierwszym z ekstraktów był wyciąg z alg, teraz jest on ostatni. Sok z liści aloesu zmienił się w wyciąg.

Czyżby Australijczycy podstępnie zmienili recepturę, by zaoszczędzić na drogich składnikach i zarobić jeszcze więcej pieniędzy? (cena pozostaje taka sama).
I tak i nie.
Z jednej strony może tylko stężenie mieszanki zapachowej wzrosło tak bardzo, że zwyczajnie wyprzedziło wszystko inne? Nie da się zaprzeczyć, że nowa wersja jest o wiele bardziej aromatyczna. Mój luby po jej użyciu pachnie jak mała perfumeria. Nie zauważył on natomiast żadnej znaczącej różnicy w działaniu między starą a nową wersją, no ale nie oszukujmy się, to przecież facet... (Być może różni się od innych typowych facetów w tym, że używa odżywek do włosów, ale ich dobór jest raczej przypadkowy. Nie usłyszę od niego elaboratów na temat różnicy w dociążeniu, nawilżeniu, skręcie itd.) Ja zorientowałam się, że użył tej odżywki właśnie z powodu zapachu, wyczuwalnym już z odległości pół metra ;) ale nie zauważyłam radykalnej różnicy w wyglądzie włosów. Może tylko trochę lepszy skręt. Ale włosy na czubku głowy są nadal spuszone, chociaż odrobinę mniej niż przedtem.

Z drugiej strony rzeczywiście nie da się zaprzeczyć prawom rządzącym zamieszczaniem składów na opakowaniach i temu, że zapachy czy barwniki zawsze występują w bardzo niewielkich stężeniach i to, co pojawia się za nimi, ma stężenie jeszcze niższe, wręcz śladowe. Nawet jeśli w nowej wersji rzeczywiście jest więcej zapachu niż w starej, to nie może go być aż tyle, by było możliwe utrzymanie takich samych stężeń wyciągów roślinnych mimo tego, że są one PO ZAPACHU. Więc moim zdaniem skład uległ zmianie: obniżone zostały stężenia dobroczynnych składników. Nie wiadomo tylko jak bardzo.

Wcześniej kupno tej odżywki było opłacalne, a teraz - nie wiadomo. Bo jeśli rzeczywiście mam płacić dwadzieścia ileś złotych za przeciętną odżywkę z fikcyjnymi ekstraktami nawilżającymi, to mogę równie dobrze kupić coś tańszego, z takim samym początkiem (tym na niebiesko).

Konkluzja: zawsze sprawdzać skład! A najlepiej to do celów nawilżenia kupować po prostu maski, z bogatszym składem, ewentualnie dokupić sobie glicerynę czy butelkę soku z aloesu i dodawać do masek i odżywek.

Wszystko co dobre musi kiedyś się skończyć... :( Aussie, Garnier Ultra Doux Avocado i Karite (dodano wysuszający Isopropyl Alcohol), Jantar (radykalnie odmienna formuła)... Jeśli znacie jakieś inne produkty, których składy zostały cichaczem zmienione, dajcie znać! :)

sobota, 9 sierpnia 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 1

Przed moim wyjazdem starałam się "zdenkować", czyli ludzkim językiem zużyć jak najwięcej kosmetyków - nie chciałam, żeby tuziny na wpół zużytych butelek zalegały samotnie w łazience podczas mojej prawie 3-miesięcznej nieobecności.

Zapraszam więc do lektury mojego pierwszego denkowego posta i recenzowanych przy tej okazji kosmetyków :)

Zrobiłam z tego 2 części, bo nikt nie lubi czytać przydługich postów (tylko ja...).


Jak widać większość z nich to kosmetyki włosowe: maski i odżywki; od nich też zacznę.


1. Alberto Balsam Juicy Green Apple - odżywka do włosów normalnych/przetłuszczających się. Kupiłam ją z zamiarem zużycia do mycia głowy i w tej roli spisała się świetnie! Nie pieni się za bardzo, ale mimo to skutecznie odświeża włosy lepiej niż niejeden szampon. Bardzo korzystny skład - brak parabenów czy wysuszających alkoholi (na reszcie się póki co nie znam ;) )


Gdzie kupiłam i za ile: Tesco, ok. 7 zł za 400 ml

2. Alterra maska nawilżająca z granatem i aloesem - chyba nikomu nie trzeba tego klasyka przedstawiać ;) Dla mnie jednak - odpada... Czy to przez zawartość wysuszającego alkoholu izopropylowego, czy przez to, że moje włosy po prostu pragną czego innego - nie wiem. Wiem natomiast, że ta maska zbyt wiele dla moich włosów nie robi i raczej nie kupię jej ponownie. Solo po myciu potrafiła czasem nawet pogorszyć stan/wygląd moich włosów (większa widoczność rozdwojonych końcówek i "białych kulek"), natomiast użyta do zmywania oleju zdziałała cuda (link do tej niedzieli dla włosów tutaj - klik!)
Gdzie i za ile: Rossman (tylko), ok. 10 zł lub 6 zł w promocji / 150 ml

3. Odżywka Gliss Kur Ultimate Oil Elixir - kolejne rozczarowanie! Kupiłam Gliss Kura ze względu na dużą zawartość keratyny, której moje niskoporowate włosy potrzebują... a tu klapa :( Pamiętam mojego pierwszego Gliss Kura - bodajże czarnego. Byłam wtedy zachwycona, bo standardowa ilość odżywki fenomenalnie wygładzała moje włosy i ułatwiała rozczesywanie. Tutaj natomiast takiego efektu nie ma. Tak samo zawiedziona byłam różową i białą wersją. Niebieska i czarna są póki co najlepsze.
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 15 zł/400 ml

4. Joanna Argan Oil serum do zniszczonych końcówek. Świetne serum silikonowe, olej arganowy gdzieś tam sobie siedzi za górami, za lasami... ale to nieistotne! Istotne jest to, że ta odżywka bez spłukiwania działa bez zarzutów i jest megawydajna. Malutka kapka starczy, by na cały dzień zabezpieczyć końcówki. Nieco większa ilość (ale i tak mniejsza niż standardowa porcja odżywki do spłukiwania) nałożona na mokre włosy wygładza i ułatwia rozczesywanie do tego stopnia, że wystarczą dosłownie 3 pociągnięcia grzebieniem, by wszystko ładnie rozczesać :) Przy gęstych/grubych konieczne będzie oczywiście trochę więcej wysiłku, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Używana w ten sposób była niezastąpiona po basenie, kiedy moje włosy są matowe, splątane i ogólnie pokrzywdzone przez los i wodę basenową. Joanna Argan Oil to cała seria, włącznie z szamponem, maską, jedwabiem w sprayu i odżywką do spłukiwania, ale nie spróbowałam żadnej z nich. Szampon jest na pewno z SLS/SLES, czyli jak dla mnie odpada. Co reszty nie będę się wypowiadać, ale po tym serum mam ochotę dać jej szansę. 
Ach, o mało nie zapomniałabym o zapachu. Pachnie cudownie. Tak jakoś... orzechowo, kakaowo, kokosowo... oj nie wiem jak to opisać, ale kocham takie zapachy. Ciężko mi było powstrzymać się od ciągłego wąchania włosów :D
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 6-7 zł/50 g

Część druga denka w opracowaniu :)

niedziela, 9 marca 2014

Oczyszczająca maseczka malinowa z H&M - czy warto?


Kilka dni temu wybrałam się z mamą do H&M, czego zwykle nie robię. Tzn. ani nie wybieram się z moją mamą na zakupy, ani nie chodzę zbyt często do H&M. Zaciekawiła mnie półka z maseczkami. Wiele marek odzieżowych ma swoje własne kosmetyki do makijażu, lakiery do paznokci, ale maseczki? Postanowiłam wypróbować jedną z nich, i za 4,90 zł stałam się posiadaczką oczyszczającej maseczki "malinowy koktajl".

Jest to hojna porcja (12 ml), szczególnie w porównaniu z niektórymi np. Garniera w podobnych opakowaniach, które są zwykle po 6 ml. Tak więc można by ją użyć na 2 razy, ale ja postanowiłam zużyć wszystko na raz, by na 100% poczuć efekt :) 


Dopiero po dotarciu do domu przeczytałam skład, który delikatnie mówiąc nie powalił mnie na kolana przez zawartość barwnika, niezidentyfikowanej mieszanki zapachowej i wielu konserwantów. Zawiera też jednak glinkę kaolin, sól z Morza Martwego, masełko z pestek mango, olejek z pestek brzoskwini, moreli oraz granatu, ekstrakt z malin, aloes, a także witaminę E, która jednak chyba miała pełnić rolę konserwantu niż czegoś dla cery. Reszta to cała masa chemikaliów, więc skład raczej nie jest zbyt naturalny.


Po otworzeniu doleciał mnie chemiczny zapach bezskutecznie usiłujący imitować zapach malin i innych owocków, które tam miały rzekomo być... Na początku wydawał mi się neutralny, ale po minucie zaczął być coraz bardziej nieznośny, a musicie wiedzieć, że jestem osobą, która zniesie wszystko jeśli chodzi o zapach. Żadne zioła, maści, olejki czy cuchnące wcierki nie są w stanie mnie odstraszyć. Z wyjątkiem maseczki od H&M... Przyznam się bez bicia, że w tym momencie, zanim jeszcze ją zmyłam, totalnie ją skreśliłam. Myślałam, że ta recenzja będzie w stu procentach negatywna.

A jednak! Potrzymałam 15 minut, jak zaleca producent, zmyłam i co ja pacze? Skóra została faktycznie całkiem nieźle oczyszczona! Aczkolwiek podejrzewam, że to zasługa tylko i wyłącznie glinki kaolin. Reszta składu po prostu tam sobie jest, siedzi i pachnie (w dodatku niezbyt atrakcyjnie), ale raczej nic nie robi. Nie zauważyłam, żeby koloryt cery jakoś się ożywił (a tak się ponoć miało stać).

Po zmyciu maseczki nakleiłam na nos i czoło te takie plasterki, które się potem odkleja razem z wągrami. Brzmi to ohydnie, ale to najskuteczniejsza i najbardziej higieniczna metoda oczyszczania nosa i większość osób na pewno chociaż raz w życiu tego próbowała. Otóż ta maseczka tak dobrze otworzyła pory i usunęła martwy naskórek, że ten plasterek zebrał niezłe żniwo! Dzięki temu mój nos i czoło zostały oczyszczone tak, jak dosłownie nigdy.

Ciekawe, czy taki sam efekt uzyskałabym używając tylko połowy opakowania. Jeśli tak, to jest to dosyć opłacalna inwestycja - jedno użycie kosztowałoby 2,45 zł, podczas gdy maseczka z niebieską glinką z Ganiera kosztuje ok. 4 zł za jedno użycie. Chociaż szkoda, że w składzie jest tyle chemii. Poza tym, sądziłam - trochę może naiwnie - że skoro ta maseczka nazywa się "raspberry smoothie", to że znajdę tam, no, zmiksowane maliny, i resztę tych owoców na opakowaniu. A tu się okazuje, że to tylko "ekstrakt", i to gdzieś na dziesiątym miejscu. A zapach też nie bierze się z tych malinek, tylko z "Parfum". No cóż.

Myślę, że raz na jakiś czas można sobie pozwolić na mocniejsze, "chemiczne" oczyszczenie, pomiędzy jedną maseczką z kozieradki a drugą :)

Zobacz również: