Które to już denko? A nie wiem, czy to ważne? :P Ważne, że jest! Zapraszam :)
1. L'Oreal Elseve Total Repair 5, odżywka wypełniająca. Twierdzi, że zawiera "cement", który "wypełnia ubytki" we włosach. Brzmi to jak jakieś voodoo, a chodzi tak naprawdę o jakieś aminokwasy i keratynę, czyli składniki protein i proteiny, które owszem, wypełniają ubytki we włosach. Jeśli chodzi o faktyczne działanie, to było okej. Bez szału. Konsystencja dosyć wodnista, zapach typowy dla kosmetyków Elseve - nie jest to mój ulubiony zapach. Szybko wchłania się we włosy, co dla mnie nie jest zaletą. Było okej, ale bez szału i dlatego nie kupię ponownie. Całe szczęście kupione było na promocji, chyba za ok. 8 zł w SuperPharm.
2. Alterra, emulsja z granatem do oczyszczania twarzy. Nie, nie i jeszcze raz nie. Myślałam, że będzie to kompromis między OCM i normalnym oczyszczaniem, ale niestety kompletnie się na mojej twarzy nie spisało. Lepka konsystencja, niedokładne oczyszczanie, a po zmyciu wodą (co było konieczne ze względu na okropny dyskomfort na twarzy) - brak nawilżenia! Moja tłusta skóra domagała się nawilżenia mimo tego, że ta emulsja jest przeznaczona do skóry suchej! Użyłam kilka razy, potem przez długi, długi czas stało to to na półce, aż w końcu wylądowało w koszu. Zdecydowanie nie kupię ponownie tej emulsji ani żadnego produktu stworzonego w ten sam sposób.
3. Alterra, szampon nadający objętość, papaja i bambus. Jest to ulubiony, oprócz wersji z pszenicą, szampon wielu osób - ale nie mój. Pachnie jak proszek do oranżady, co nie musi być koniecznie wadą. Natomiast jeśli chodzi o działanie, to nie lubię efektu, jaki daje na moich włosach. Trochę skrzypiący, ale nie do końca. Po użyciu mam wrażenie, że czegoś moim włosom i skórze głowy brakuje. Wolę delikatniejsze szampony, uzupełniane raz na jakiś czas mocniejszym szamponem z SLS, niż takie pół na pół. Tej wersji nie kupię ponownie; pozostanę wierna Alterze migdałowej, nawilżającej z granatem i tej z pszenicą. Polecam polować na promocje, bo cena regularna to 9,99 zł, a w promocji 6,99 czy nawet 5,99! Zawsze wtedy wrzucam do koszyka nawet po 4 butelki ^^
Produkty Alterry są dostępne wyłącznie w drogeriach Rossman.
4. Intimelle, delikatny żel do higieny intymnej z rumiankiem. Dowiedziałam się o nim na jakimś blogu, teraz nie mam już pojęcia, gdzie dokładnie... Ale była tam dokładna analiza składu m. in. właśnie tego żelu i tak w skrócie chodzi o to, że to żel idealny! Niedrogi (nie pamiętam dokładnie ile, ale poniżej 10 zł, w promocji nawet po 4 zł!), bez ani jednego niebezpiecznego składnika, z kwasem mlekowym i łagodzącym rumiankiem, a jednocześnie skuteczny :) Trzeba jednak uważać biorąc inne wersje, bo np. wersja z różą zawiera już jakieś SLeS lub SLS. Obecnie używam wersji z korą dębu, która jest oczywiście bezpieczna pod tym względem, a w kolejce czeka wersja z aloesem, również sprawdzona przeze mnie pobieżnie pod kątem niefajnych substancji. Czy kupię ponownie? Już kupiłam! :P Rewelacja.
Dostępna tylko w drogeriach Natura.
5. Nivea Pure&Natural, tonik oczyszczający. Stał na półce przez ponad pół roku, bo nie wiem czemu nie spojrzałam w sklepie na skład, no i przypłaciłam za brak konsumenckiej przezorności... Dlaczego? Na pierwszym miejscu w składzie woda, na drugim... denaturat! Próbowałam mimo to używać toniku, w końcu poza tą wadą skład nie budzi większych zastrzeżeń, ale nie dało się - nie pomagał w niczym, wręcz przyczynił się do powstawania pryszczy i pogorszenia stanu skóry. W końcu wylewanie na twarz denaturatu nigdy nie jest dobrym pomysłem, szczególnie na cerę skłonną do zaczerwienień, jak moja. Nigdy nie kupię ponownie i nie polecam nikomu, bo taki zakup jest kompletnie bez sensu. Ten tonik przez wiele miesięcy służył mi do... przecierania zlewu. W tej roli spisywał się znakomicie.
6. Garnier Mineral Invisible, antyperspirant w kulce. Teraz wszystkie antyperspiranty Garniera w kulce wyglądają w ten sposób, ale przeszły też metamorfozę składową, bo wersji, którą wcześniej kochałam, nie widzę już wśród nowego asortymentu. Ta wersja - może być. Działa. Czy kupię ponownie? Być może.
Trochę to denko wyszło negatywne, ale czy to moja wina, że producentom czasami po prostu się nie chce? :P
A jak idzie Wam walka z efektami braku silnej woli podczas zakupów? ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 września 2015
niedziela, 26 lipca 2015
Balsam po goleniu jako baza pod makijaż? Nivea Men Sensitive After Shave
Taki oto nagłówek zobaczyłam na niemieckim blogu Innen Aussen. Autorka tamtego wpisu znalazła to z kolei na kanale youtuberki Nikkie Tutorials (ten filmik jest z kolei po angielsku). Tak więc jeśli znacie dobrze te języki i chcecie u źródła dowiedzieć się o co chodzi, kliknijcie na powyższe linki do blogów. Jeśli macie natomiast ochotę poczytać o tym u mnie, to zapraszam :)
Od razu zastrzegam, że nie stosowałam tej metody i chyba się nie skuszę, bo to dobry patent raczej dla suchej skóry twarzy (moja jest tłusta).
Okazuje się, że balsam po goleniu dla mężczyzn może być niezłą bazą pod makijaż na lato dla dziewczyn borykających się z suchymi skórkami, suchymi "plackami" itd. dlatego, że jest delikatny, nie zawiera silikonów ani alkoholu i bardzo nawilża. Spójrzcie na skład:
Ingredients: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Chamomilla Recutita Flower Extract, Tocopheryl Acetate, Hamamelis Virginiana Bark/Leaf Extract, Maltodextrin, Tapioca Starch, Triceteareth-4 Phosphate, Sodium Carbomer, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethanol, Piroctone Olamine, Parfum.
Na drugim miejscu w składzie mamy humektant - glicerynę. Nawilża ona skórę, dzięki czemu podkład dłużej trzyma się na suchej skórze i nie pojawiają się suche skórki. Karin z Innen Aussen twierdzi, że na jej suchej skórze podkład pod koniec dnia wygląda tak samo dobrze, jak tuż po nałożeniu. Mówi też, że w przeciwieństwie do silikonowych baz, Nivea Men Sensitive nie wygładza drastycznie powierzchni skóry, ale delikatnie matuje. Brak silikonów może być wielką zaletą dla dziewczyn ze skórą skłonną do zapychania! Nie zostawia w związku z tym podobno żadnego filmu na skórze ani białych smug.
Oprócz gliceryny w składzie powyżej pogrubiłam również wyciąg z kwiatów rumianka (o właściwościach kojących, łagodzących podrażnienia), po którym mamy witaminę E, a następnie wyciąg z oczaru wirginijskiego, który możemy często znaleźć w produktach przeciwtrądzikowych ze względu na jego właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i uszczelniające naczynia krwionośne. Wyciągi z roślin mogą jednak uczulać wrażliwców, tak samo jak znajdujący się na końcu zapach. Zapach oczywiście typowy dla męskich kosmetyków.
UWAGA! Ważne, żeby była to wersja "sensitive", bo wersja "cooling" zawiera na drugim miejscu podrażniający i wysuszający alkohol! Uważnie trzeba patrzeć na skład.
Za granicą (najbardziej chyba w Niemczech) jest na to podobno szał. Tłumaczy to też korzystna cena - ok. 4 euro (w Polsce trochę mniej korzystnie, bo ok. 26 zł w Rossmanie). Najbardziej korzystają te dziewczyny, które mają w domu jakiegoś mężczyznę (który się goli of kors), bo wtedy oboje korzystają :)
Zaciekawione? Macie ochotę spróbować? ;)
Od razu zastrzegam, że nie stosowałam tej metody i chyba się nie skuszę, bo to dobry patent raczej dla suchej skóry twarzy (moja jest tłusta).
Okazuje się, że balsam po goleniu dla mężczyzn może być niezłą bazą pod makijaż na lato dla dziewczyn borykających się z suchymi skórkami, suchymi "plackami" itd. dlatego, że jest delikatny, nie zawiera silikonów ani alkoholu i bardzo nawilża. Spójrzcie na skład:
Ingredients: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Chamomilla Recutita Flower Extract, Tocopheryl Acetate, Hamamelis Virginiana Bark/Leaf Extract, Maltodextrin, Tapioca Starch, Triceteareth-4 Phosphate, Sodium Carbomer, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethanol, Piroctone Olamine, Parfum.
Na drugim miejscu w składzie mamy humektant - glicerynę. Nawilża ona skórę, dzięki czemu podkład dłużej trzyma się na suchej skórze i nie pojawiają się suche skórki. Karin z Innen Aussen twierdzi, że na jej suchej skórze podkład pod koniec dnia wygląda tak samo dobrze, jak tuż po nałożeniu. Mówi też, że w przeciwieństwie do silikonowych baz, Nivea Men Sensitive nie wygładza drastycznie powierzchni skóry, ale delikatnie matuje. Brak silikonów może być wielką zaletą dla dziewczyn ze skórą skłonną do zapychania! Nie zostawia w związku z tym podobno żadnego filmu na skórze ani białych smug.
Oprócz gliceryny w składzie powyżej pogrubiłam również wyciąg z kwiatów rumianka (o właściwościach kojących, łagodzących podrażnienia), po którym mamy witaminę E, a następnie wyciąg z oczaru wirginijskiego, który możemy często znaleźć w produktach przeciwtrądzikowych ze względu na jego właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i uszczelniające naczynia krwionośne. Wyciągi z roślin mogą jednak uczulać wrażliwców, tak samo jak znajdujący się na końcu zapach. Zapach oczywiście typowy dla męskich kosmetyków.
UWAGA! Ważne, żeby była to wersja "sensitive", bo wersja "cooling" zawiera na drugim miejscu podrażniający i wysuszający alkohol! Uważnie trzeba patrzeć na skład.
Za granicą (najbardziej chyba w Niemczech) jest na to podobno szał. Tłumaczy to też korzystna cena - ok. 4 euro (w Polsce trochę mniej korzystnie, bo ok. 26 zł w Rossmanie). Najbardziej korzystają te dziewczyny, które mają w domu jakiegoś mężczyznę (który się goli of kors), bo wtedy oboje korzystają :)
Zaciekawione? Macie ochotę spróbować? ;)
piątek, 2 stycznia 2015
Amerykańskie kosmetyki - cz. 2 (pielęgnacja twarzy)
W moim docelowo 3-częściowym mini-cyklu "Amerykańskie kosmetyki" przedstawiam rzeczy, które zdobyłam podczas mojego pobytu w Kraju Kwitnącego Hamburgera, a które są niedostępne w Polsce, a przynajmniej tak mi się wydaje. Część 1, włosowa tutaj - KLIK!
Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P
1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.
2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut.
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.
3. Simple - Soothing Facial Toner, czyli kojący tonik do twarzy z "kochającymi skórę składnikami", takimi jak prowitamina B5, rumianek, oczar wirginijski i alantoina. Nie zawiera za to potencjalnie podrażniających sztucznych substancji zapachowych, barwników czy alkoholu. To dobry sposób na wyrównanie pH po glinkach czy mydle, ale ja zawsze jednak muszę go zmyć. Zmywam wodą wszystkie toniki (inaczej czuję się nieświeżo i moja skóra tego nie lubi) i tak samo jest z tym. Jeśli nie macie wybitnych problemów z trądzikiem, możecie go oczywiście zostawić na skórze. Polecam.
4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)
Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.
Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)
Dla ciekawych składu:
Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.
Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)
Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P
1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.
2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut.
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.
4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)
5. Reviva Labs - krem z 10% kwasem glikolowym (z amerykańskiego internetu)
Mój wyjazd do USA przypadł niestety w tym okresie, kiedy w hurtowniach w całej Polsce zabrakło kremu Acne-Derm z 20% kwasem azelainowym. Został się oczywiście Skinoren, który przy takim samym działaniu kosztuje 2 razy więcej. Gdzieś w internetach wyczytałam, że kwas glikolowy ma takie same działanie jak azelainowy, więc kupiłam sobie ten oto kremik na stronie Swanson. Ma to być kontynuacja kuracji tym kwasem rozpoczęta kremem 5%. Ja, szalona i odważna, od razu zabrałam się za 10%, haha. Skończyło się niestety podrażnieniem i marnymi, ba, może nawet żadnymi efektami! Kwas azelainowy jest jednak sto razy lepszy, bo w przeciwieństwie do tego ustrojstwa szybciej wybiela i ma działanie przeciwbakteryjne. Zresztą każdy, kto stosował, wie :) W sumie nie powinnam się aż tak dziwić, bo producent dedykuje ten krem osobom z cerą dojrzałą, w celu rozjaśnienia przebarwień spowodowanych wiekiem i ekspozycją na słońce (czyli też wiekiem, bo obecni seniorzy i ludzie w średnim wieku nie myśleli nawet o używaniu filtrów, a na pewno nie w takim stopniu, co my dzisiaj).
Skład piękny: wyciągi z rabarbaru, dyni, rumianku, oczaru, witaminy, olej słonecznikowy i wiele innych ekstraktów, ale jednak nie dla młodej cery :) Jeśli ktoś z młodszego pokolenia chce zacząć rozjaśniającą kurację kwasami, lepszy jest azelainowy, lepiej dostępny i tańszy. Natomiast ten kremik do nabycia na stronie Swanson za ok. 15$.
6. Burt's Bees - Radiance eye cream, czyli rozświetlający krem pod oczy z mleczkiem pszczelim.
Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.
Sprawiłam sobie ten kremik ot tak, żeby się trochę porozpieszczać ;) Stosowany regularnie pielęgnuje i delikatnie rozjaśnia skórę pod oczami. Nadaje się pod makijaż, zostawia cienką ochronną warstewkę, ale jest ona dosyć przyjemna i wcale nie tłusta.
Skład długi, ale pełen dobroci. Wystarczy spojrzeć:
7. Pomadki Eos!
Kupiłam w czteropaku za jakieś 8,50$ w Sam's Club. Wyszło ciut taniej, niż pojedynczo. Do wyboru mamy wersję miętową ("słodka mięta"), melonową, truskawkową ("truskawkowy sorbet") i wieloowocową ("letnie owoce").
Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)
Dla ciekawych składu:
***
Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.
Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)
niedziela, 9 marca 2014
Oczyszczająca maseczka malinowa z H&M - czy warto?
Kilka dni temu wybrałam się z mamą do H&M, czego zwykle nie robię. Tzn. ani nie wybieram się z moją mamą na zakupy, ani nie chodzę zbyt często do H&M. Zaciekawiła mnie półka z maseczkami. Wiele marek odzieżowych ma swoje własne kosmetyki do makijażu, lakiery do paznokci, ale maseczki? Postanowiłam wypróbować jedną z nich, i za 4,90 zł stałam się posiadaczką oczyszczającej maseczki "malinowy koktajl".
Jest to hojna porcja (12 ml), szczególnie w porównaniu z niektórymi np. Garniera w podobnych opakowaniach, które są zwykle po 6 ml. Tak więc można by ją użyć na 2 razy, ale ja postanowiłam zużyć wszystko na raz, by na 100% poczuć efekt :)
Po otworzeniu doleciał mnie chemiczny zapach bezskutecznie usiłujący imitować zapach malin i innych owocków, które tam miały rzekomo być... Na początku wydawał mi się neutralny, ale po minucie zaczął być coraz bardziej nieznośny, a musicie wiedzieć, że jestem osobą, która zniesie wszystko jeśli chodzi o zapach. Żadne zioła, maści, olejki czy cuchnące wcierki nie są w stanie mnie odstraszyć. Z wyjątkiem maseczki od H&M... Przyznam się bez bicia, że w tym momencie, zanim jeszcze ją zmyłam, totalnie ją skreśliłam. Myślałam, że ta recenzja będzie w stu procentach negatywna.
A jednak! Potrzymałam 15 minut, jak zaleca producent, zmyłam i co ja pacze? Skóra została faktycznie całkiem nieźle oczyszczona! Aczkolwiek podejrzewam, że to zasługa tylko i wyłącznie glinki kaolin. Reszta składu po prostu tam sobie jest, siedzi i pachnie (w dodatku niezbyt atrakcyjnie), ale raczej nic nie robi. Nie zauważyłam, żeby koloryt cery jakoś się ożywił (a tak się ponoć miało stać).
Po zmyciu maseczki nakleiłam na nos i czoło te takie plasterki, które się potem odkleja razem z wągrami. Brzmi to ohydnie, ale to najskuteczniejsza i najbardziej higieniczna metoda oczyszczania nosa i większość osób na pewno chociaż raz w życiu tego próbowała. Otóż ta maseczka tak dobrze otworzyła pory i usunęła martwy naskórek, że ten plasterek zebrał niezłe żniwo! Dzięki temu mój nos i czoło zostały oczyszczone tak, jak dosłownie nigdy.
Ciekawe, czy taki sam efekt uzyskałabym używając tylko połowy opakowania. Jeśli tak, to jest to dosyć opłacalna inwestycja - jedno użycie kosztowałoby 2,45 zł, podczas gdy maseczka z niebieską glinką z Ganiera kosztuje ok. 4 zł za jedno użycie. Chociaż szkoda, że w składzie jest tyle chemii. Poza tym, sądziłam - trochę może naiwnie - że skoro ta maseczka nazywa się "raspberry smoothie", to że znajdę tam, no, zmiksowane maliny, i resztę tych owoców na opakowaniu. A tu się okazuje, że to tylko "ekstrakt", i to gdzieś na dziesiątym miejscu. A zapach też nie bierze się z tych malinek, tylko z "Parfum". No cóż.
Myślę, że raz na jakiś czas można sobie pozwolić na mocniejsze, "chemiczne" oczyszczenie, pomiędzy jedną maseczką z kozieradki a drugą :)
niedziela, 2 lutego 2014
Coś dla ciała i duszy, czyli mój plan pielęgnacji na kolejne 3 miesiące
Uff, wreszcie koniec sesji! Tzn. teoretycznie sesja w pełni, ale ja mam już wszystkie egzaminy za sobą. Dlaczego mówię o sesji? Bo sesja i okres przed nią to okres Wielkiego Zaniedbywania. Przede wszystkim siebie, ale też na przykład zaniedbywanie sprzątania ^^; Zawsze mówię, że trzeba mieć priorytety w życiu: albo zdam dobrze egzamin i dzięki temu skończę dobre studia, albo będę miała czyste mieszkanie i nic w sumie z tego nie wyniknie.
Tak więc bardzo zaniedbywałam się przez ostatnie 3 miesiące. Zauważyłam przerzedzenie włosów (po prawej stronie głowy większe niż po lewej - nie wiem, z czego ta różnica może wynikać...), a moją twarz zaatakowały, cóż, straszne rzeczy, nie wspominając o tym, że ciągłe ślęczenie nad książkami lub laptopem nie posłużyło moim plecom. Jak to mówią w reklamach, DOSYĆ TEGO! TAK DŁUŻEJ BYĆ NIE MOŻE! Trzeba wreszcie wziąć się za siebie.
I. WŁOSY
1. Jantar, codziennie. Używam go już od miesiąca, planuję skończyć kurację po 3 miesiącach. Zakupiłam go po przeczytaniu wielu rewelacyjnych opinii na jego temat, szczególnie jeśli chodzi o powodowanie wysypu baby hair. I rzeczywiście, już po 3 tygodniach (bo należy go stosować codziennie przez 3 tygodnie, zrobić kilka dni przerwy i potem znowu 3 tygodnie itd.) zauważyłam dużo nowych, malutkich włosków nad czołem. Zawsze miałam mało włosów, więc mam nadzieję, że z czasem Jantar spowoduje ich zagęszczenie.
Można go dostać w aptekach, ale ja wolę nie ryzykować robienia wycieczek po całej dzielnicy w takim zimnie i po kolana w śniegu, więc korzystam z apteki internetowej doz.pl, która jest tańsza i nie płaci się za koszty przesyłki, bo zamówienie odbiera się osobiście w jednej z pobliskich aptek. Jantar w stacjonarnej aptece kosztuje ok. 16 zł, tutaj link do doz.pl za 12 zł: Jantar na doz.pl
2. Maska z żółtka, rycyny i nafty (i cytryny), raz w tygodniu. Jest to sposób, którym moja babcia kiedyś zabiła mój łupież (a był to naprawdę ciężki przypadek, który powinien skończyć się u dermatologa i antybiotykami, ale moja mama najpierw udała się do babci, co na szczęście okazało się strzałem w dziesiątkę). Dokładniej to używała samej nafty z żółtkiem i cytryną. Jakiś czas temu stosowałam ją regularnie, ale ostatnio jakoś o tym zapomniałam. Co prawda nie mam łupieżu, ale mam problem z wypadaniem włosów, co maska z żółtka, rycyny i nafty potrafi zahamować. Jest to w ogóle niesamowicie odżywcza maska, lepsza niż jakakolwiek kupna. Szczerze mówiąc sama dawno wpadłam na to, żeby połączyć naftę i żółtko z olejem rycynowym, ale babcia przekazała mi wiadomość od swojej fryzjerki, że nie należy łączyć nafty z rycyną. Nie wiem dlaczego. Próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w internecie, niczego takiego nie znalazłam, a wręcz przeciwnie. Po dokładny przepis odsyłam do bloga, na którym go znalazłam: klik!
3. Szampony bez SLS. Czyli w moim przypadku szampony Alterry, bo na nic innego mnie nie stać ^^; Dostępna w Rossmanie, Alterra to jedna z najtańszych linii kosmetyków naturalnych (10 zł za niewielką buteleczkę, ale trzeba polować na promocje).
Dlaczego bez SLS? SLS to inaczej Sodium Laureth Sulfate, kosmetyki go zawierające przeważnie mają go na początku składu. Jest to detergent, który powoduje, że kosmetyk dobrze się pieni. Oprócz szamponów może występować w pastach do zębów czy płynach do higieny intymnej (np. w tych niedrogich, niebieskich od Ziai). Należy go unikać, bo to a) detergent, co samo w sobie źle brzmi, b) może powodować podrażnienia, świąd (kurczę, właśnie przed chwilą umyłam głowę szamponem Garnier Ultra Doux z SLS i non stop się drapię!), c) według niektórych źródeł może być nawet rakotwórczy! Więcej informacji tutaj.
Poza tym zauważyłam, że po umyciu włosów szamponem Alterry i bez nakładania żadnej odżywki, moje włosy wyglądają na mocniejsze i błyszczą się, podczas gdy normalnie są raczej matowe i pozbawione życia.
4. Odżywka: Garnier Fructis Goodbye Damage, Radical Serum Ziołowo-Witaminowe ze skrzypem od Farmony. Po każdym myciu (czyli codziennie :/) potrzebuję jakiejś odżywki ułatwiającej rozczesywanie włosów, bo inaczej jest tragedia i zgrzytanie zębów. Odżywka Garniera świetnie pachnie, ale jeśli chodzi o zapobieganie/naprawianie rozdwojonych końcówek, lepiej spisują się u mnie odżywki Glisskur, pewnie dlatego, że zawierają one ogromne ilości kolagenu, a Fructis nie ma go w ogóle. Natomiast serum regenerujące Farmony kupiłam z nadzieją, że zapobiegnie wypadaniu i łamliwości włosów, ale niczego takiego póki co nie zauważyłam. Problem z tym serum jest też taki, że nie powinno się go spłukiwać, a powoduje to szybsze przetłuszczanie się włosów tłustych. Poza tym zdecydowanie nie ułatwia rozczesywania, a wręcz przeciwnie. Stosuję je więc raz na jakiś czas i efektów jako takich nie zauważam.
5. Płukanka z rumianku, raz w tygodniu. Rumianek działa przeciwzapalnie, a poza tym rozjaśnia włosy. Chcę zobaczyć, jak bardzo rozjaśnią mi się włosy i w sumie tylko o to tu chodzi ^^; Tym bardziej, że olej rycynowy przyciemnia włosy, więc być może dzięki rumiankowi mój kolor pozostanie po prostu niezmieniony.
Ponadto, ponieważ zapuszczam włosy, postanowiłam podejść do tego bardziej metodycznie niż do tej pory. Na przykład poprzez regularne mierzenie przyrostu. Na dzień 1 lutego długość moich włosów to ok. 45 cm. Zobaczymy, jaka będzie długość po miesiącu stosowania wszystkich wymienionych wyżej specyfików i kuracji.
II. SKÓRA
1. Peeling/maseczka owsiana na twarz, dekolt i plecy, raz w tygodniu. Kiedyś ją stosowałam, ale zaprzestałam, bo jest dosyć niewygodna w użyciu - spływa z twarzy. Ogarnęłam sposób na to, żeby utrzymać ją na miejscu: trzeba położyć na nią chusteczki lub kawałki papieru toaletowego. Tak, to działa.
Peeling owsiany wyrównuje koloryt i wygładza skórę. Podobno oczyszcza też pory, ale to chyba tylko w takim stopniu, jak każdy inny peeling.
Podaję link do szerszego wpisu o peelingu owsianym, z kilkoma sposobami przygotowania: klik.
2. Maseczka z kozieradki, raz w tygodniu. Kozieradka świetnie działa na skórę trądzikową, gdyż działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Rozjaśnia też trochę skórę.
Mój przepis na maseczkę z kozieradki to zalanie około 3 łyżeczek zmielonej kozieradki wrzątkiem, ale tak, by woda ledwo zakrywała proszek. Kiedy napęcznieje (daję jej na to ok. pół godziny), dodaję dużo sody, która ma działanie oczyszczające (więcej o sodzie pisałam tu) i nakładam na około 10 minut na twarz, dekolt i plecy. Najlepiej byłoby na 15 minut, ale ciężko mi wytrzymać, bo po pierwsze wszystko strasznie spływa, a po drugie trochę zaczyna mnie szczypać twarz i jest to sygnał, żeby wszystko szybko zmywać ;)
III. CIAŁO
1. Basen, raz w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na basen jako zaliczenie obowiązkowego wfu w tym semestrze. W zeszłym chodziłam tylko na płatne karate, ale pomyślałam sobie, że skoro na karate można chodzić również bez zapisywania się poprzez USOS i w obu przypadkach kosztuje to tyle samo, to czemu nie skorzystać jednocześnie z opcji bezpłatnych? To moja ostatnia szansa na skorzystanie z darmowego basenu! A ja kocham pływać. Plus, nic tak nie pomaga na kondycję jak intensywny trening na pływalni. To dla mnie najlepsze cardio. Jako rozgrzewka na karate mamy bardzo długi trening cardio, ale moja kondycja była lepsza po semestrze basenu niż po semestrze karate. Poza tym, dziewczyny uczęszczające na pływanie mają dozwoloną 1 nieobecność miesięcznie, podczas gdy chodząc na coś, co nie ma związku z wodą, mamy tylko 2 nieobecności na cały semestr ;>
2. Karate, raz w tygodniu. Bardzo fajne zajęcia, te karate, a jakie przydatne! To joga, cardio, pilates i Bóg wie co jeszcze, dzięki którym dodatkowo można przerzucić kogoś przez ramię, a następnie rozkwasić mu nos. Poza tym moja koleżanka, którą poznałam właśnie na karate, nie przepuści mi, jeśli zrezygnuję z treningów ;) To nie jest śmieszne, ona ma zielony pas! Od czarnego dzieli ją tylko brązowy. Więc ten tego, cenię sobie swoje życie. I zęby. ;)
3. Wzmacnianie mięśni brzucha, codziennie. Codziennie oprócz tych dni, w których mam basen lub karate, oczywiście. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno chcę zacząć dziś i ćwiczyć codziennie do połowy lutego, kiedy to zacznie się kolejny semestr, a wraz z nim wyżej wymienione zajęcia.
Ogólnie odkryłam, że o wiele łatwiej mi się ćwiczy w domu jeśli robię to jednocześnie z jakimś filmikiem, czyli tak jakby trenerem, który dodatkowo liczy czas i powtórzenia za mnie, a także powstrzymuje mnie od lenistwa albo krótszego czy niedbałego wykonywania ćwiczeń. Znalazłam świetny kanał na YouTube z mnóstwem filmików profesjonalnych trenerów, na różne partie mięśni. Dostępne są zestawy ćwiczeń dopasowane do ilości czasu, jaki możemy na nie poświęcić, np. 5, 10 czy nawet 20 minut. Kanał nazywa się XHIT Daily, a tutaj jest do niego link.
IV. OD ŚRODKA
1. Herbatka z pokrzywy i skrzypu, codziennie. Wszyscy chyba wiedzą, że pokrzywa pomaga zapobiegać wypadaniu włosów, a skrzyp je wzmacnia. Okazuje się, że napar z pokrzywy ma jeszcze więcej potencjalnych korzyści, o czym dowiedziałam się stąd.
Od dawna chciałam regularnie pić te ziółka, ale po dwóch-trzech dniach zapominałam, albo nie miałam czasu... Teraz zdałam sobie sprawę, że jest jeden boleśnie prosty sposób na zapewnienie regularności: picie jej RANO. Ja codziennie rano piję jakąś herbatę (przeważnie zieloną), więc teraz zwyczajnie zastąpię ją herbatką z pokrzywy. Genialne.
2. Suplement z wapniem. Niedrogi, a wzmocni włosy (niektórym nawet przyspiesza przyrost) i paznokcie, lepiej niż jakaś tam Skrzypowita. Oraz wszystko, co potrzebuje wapnia, np. kości :)
Skrzypowity nie mam zamiaru brać. Kupiłam ją raz. Dzielnie wybrałam wszystkie 40 tabletek - tylko po to, żeby cierpieć codziennie łykając je i nie zauważyć żadnych wspaniałych rezultatów. Producent zapewnia, że po 40 dniach są one właśnie już widoczne. Ale jakichkolwiek efektów by ten suplement nie przyniósł, nie są one warte w moim przekonaniu codziennej agonii spowodowanej paskudnym smakiem tych tabletek i ich gigantycznym rozmiarem. Tabletki niby się łyka, a nie gryzie, ale ich posmak zostaje w ustach i odbija się to z żołądka. No ogólnie masakra. Więc tabletki ziołowe - nie dla mnie.
3. Więcej owsianki. Owsianka ma dobroczynne działanie i jest zdrowsza od płatków śniadaniowych, chociażby dlatego, że jest nieprzetworzona, nie zawiera cukrów i substancji konserwujących niewiadomego pochodzenia. Cheerios z mlekiem są moim ulubionym śniadaniem i rzadko kiedy jem co innego, ale powinnam to zmienić. Czasem rano mam ochotę na coś ciepłego, i to jest ten moment, w którym owsianka przyjdzie mi z pomocą. Znalazłam fajny przepis na niestandardową owsiankę tutaj.
4. Medytacja? Oj, nie wiem, jak mi to wyjdzie... Chciałam zacząć już miesiąc temu no i, ten tego... jeszcze ani razu nie spróbowałam. Ale myślę, że powinnam się skusić na 10 minut medytacji dziennie, gdyż z czasem przynosi ona niesamowite korzyści. Człowiek, który regularnie praktykuje medytację potrafi podejść do spraw życia codziennego z większym dystansem, mniej się stresuje, jest ogólnie bardziej zrelaksowany i potrafi lepiej się skupić na wykonywanych zadaniach. Nawet jeśli to wszystko wydaje się komuś nienaukowymi bredniami, to nic nie zmieni faktu, że 10 minut w ciszy co wieczór to najlepszy rodzaj relaksu i wyciszenia EVER.
Więc to tyle. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Po 3 miesiącach postaram się zrobić podsumowanie. Mam nadzieję, że będę miała co podsumowywać.
Tak więc bardzo zaniedbywałam się przez ostatnie 3 miesiące. Zauważyłam przerzedzenie włosów (po prawej stronie głowy większe niż po lewej - nie wiem, z czego ta różnica może wynikać...), a moją twarz zaatakowały, cóż, straszne rzeczy, nie wspominając o tym, że ciągłe ślęczenie nad książkami lub laptopem nie posłużyło moim plecom. Jak to mówią w reklamach, DOSYĆ TEGO! TAK DŁUŻEJ BYĆ NIE MOŻE! Trzeba wreszcie wziąć się za siebie.
Czuję się, jakby przejechało po mnie 10 czołgów :)
Rysowałam to ze 2 lata temu na podstawie swojego własnego zdjęcia. Oczywiście bez krwi ;)
I. WŁOSY
1. Jantar, codziennie. Używam go już od miesiąca, planuję skończyć kurację po 3 miesiącach. Zakupiłam go po przeczytaniu wielu rewelacyjnych opinii na jego temat, szczególnie jeśli chodzi o powodowanie wysypu baby hair. I rzeczywiście, już po 3 tygodniach (bo należy go stosować codziennie przez 3 tygodnie, zrobić kilka dni przerwy i potem znowu 3 tygodnie itd.) zauważyłam dużo nowych, malutkich włosków nad czołem. Zawsze miałam mało włosów, więc mam nadzieję, że z czasem Jantar spowoduje ich zagęszczenie.
Można go dostać w aptekach, ale ja wolę nie ryzykować robienia wycieczek po całej dzielnicy w takim zimnie i po kolana w śniegu, więc korzystam z apteki internetowej doz.pl, która jest tańsza i nie płaci się za koszty przesyłki, bo zamówienie odbiera się osobiście w jednej z pobliskich aptek. Jantar w stacjonarnej aptece kosztuje ok. 16 zł, tutaj link do doz.pl za 12 zł: Jantar na doz.pl
2. Maska z żółtka, rycyny i nafty (i cytryny), raz w tygodniu. Jest to sposób, którym moja babcia kiedyś zabiła mój łupież (a był to naprawdę ciężki przypadek, który powinien skończyć się u dermatologa i antybiotykami, ale moja mama najpierw udała się do babci, co na szczęście okazało się strzałem w dziesiątkę). Dokładniej to używała samej nafty z żółtkiem i cytryną. Jakiś czas temu stosowałam ją regularnie, ale ostatnio jakoś o tym zapomniałam. Co prawda nie mam łupieżu, ale mam problem z wypadaniem włosów, co maska z żółtka, rycyny i nafty potrafi zahamować. Jest to w ogóle niesamowicie odżywcza maska, lepsza niż jakakolwiek kupna. Szczerze mówiąc sama dawno wpadłam na to, żeby połączyć naftę i żółtko z olejem rycynowym, ale babcia przekazała mi wiadomość od swojej fryzjerki, że nie należy łączyć nafty z rycyną. Nie wiem dlaczego. Próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w internecie, niczego takiego nie znalazłam, a wręcz przeciwnie. Po dokładny przepis odsyłam do bloga, na którym go znalazłam: klik!
3. Szampony bez SLS. Czyli w moim przypadku szampony Alterry, bo na nic innego mnie nie stać ^^; Dostępna w Rossmanie, Alterra to jedna z najtańszych linii kosmetyków naturalnych (10 zł za niewielką buteleczkę, ale trzeba polować na promocje).
Dlaczego bez SLS? SLS to inaczej Sodium Laureth Sulfate, kosmetyki go zawierające przeważnie mają go na początku składu. Jest to detergent, który powoduje, że kosmetyk dobrze się pieni. Oprócz szamponów może występować w pastach do zębów czy płynach do higieny intymnej (np. w tych niedrogich, niebieskich od Ziai). Należy go unikać, bo to a) detergent, co samo w sobie źle brzmi, b) może powodować podrażnienia, świąd (kurczę, właśnie przed chwilą umyłam głowę szamponem Garnier Ultra Doux z SLS i non stop się drapię!), c) według niektórych źródeł może być nawet rakotwórczy! Więcej informacji tutaj.
Poza tym zauważyłam, że po umyciu włosów szamponem Alterry i bez nakładania żadnej odżywki, moje włosy wyglądają na mocniejsze i błyszczą się, podczas gdy normalnie są raczej matowe i pozbawione życia.
4. Odżywka: Garnier Fructis Goodbye Damage, Radical Serum Ziołowo-Witaminowe ze skrzypem od Farmony. Po każdym myciu (czyli codziennie :/) potrzebuję jakiejś odżywki ułatwiającej rozczesywanie włosów, bo inaczej jest tragedia i zgrzytanie zębów. Odżywka Garniera świetnie pachnie, ale jeśli chodzi o zapobieganie/naprawianie rozdwojonych końcówek, lepiej spisują się u mnie odżywki Glisskur, pewnie dlatego, że zawierają one ogromne ilości kolagenu, a Fructis nie ma go w ogóle. Natomiast serum regenerujące Farmony kupiłam z nadzieją, że zapobiegnie wypadaniu i łamliwości włosów, ale niczego takiego póki co nie zauważyłam. Problem z tym serum jest też taki, że nie powinno się go spłukiwać, a powoduje to szybsze przetłuszczanie się włosów tłustych. Poza tym zdecydowanie nie ułatwia rozczesywania, a wręcz przeciwnie. Stosuję je więc raz na jakiś czas i efektów jako takich nie zauważam.
5. Płukanka z rumianku, raz w tygodniu. Rumianek działa przeciwzapalnie, a poza tym rozjaśnia włosy. Chcę zobaczyć, jak bardzo rozjaśnią mi się włosy i w sumie tylko o to tu chodzi ^^; Tym bardziej, że olej rycynowy przyciemnia włosy, więc być może dzięki rumiankowi mój kolor pozostanie po prostu niezmieniony.
Ponadto, ponieważ zapuszczam włosy, postanowiłam podejść do tego bardziej metodycznie niż do tej pory. Na przykład poprzez regularne mierzenie przyrostu. Na dzień 1 lutego długość moich włosów to ok. 45 cm. Zobaczymy, jaka będzie długość po miesiącu stosowania wszystkich wymienionych wyżej specyfików i kuracji.
II. SKÓRA
1. Peeling/maseczka owsiana na twarz, dekolt i plecy, raz w tygodniu. Kiedyś ją stosowałam, ale zaprzestałam, bo jest dosyć niewygodna w użyciu - spływa z twarzy. Ogarnęłam sposób na to, żeby utrzymać ją na miejscu: trzeba położyć na nią chusteczki lub kawałki papieru toaletowego. Tak, to działa.
Peeling owsiany wyrównuje koloryt i wygładza skórę. Podobno oczyszcza też pory, ale to chyba tylko w takim stopniu, jak każdy inny peeling.
Podaję link do szerszego wpisu o peelingu owsianym, z kilkoma sposobami przygotowania: klik.
2. Maseczka z kozieradki, raz w tygodniu. Kozieradka świetnie działa na skórę trądzikową, gdyż działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Rozjaśnia też trochę skórę.
Mój przepis na maseczkę z kozieradki to zalanie około 3 łyżeczek zmielonej kozieradki wrzątkiem, ale tak, by woda ledwo zakrywała proszek. Kiedy napęcznieje (daję jej na to ok. pół godziny), dodaję dużo sody, która ma działanie oczyszczające (więcej o sodzie pisałam tu) i nakładam na około 10 minut na twarz, dekolt i plecy. Najlepiej byłoby na 15 minut, ale ciężko mi wytrzymać, bo po pierwsze wszystko strasznie spływa, a po drugie trochę zaczyna mnie szczypać twarz i jest to sygnał, żeby wszystko szybko zmywać ;)
III. CIAŁO
1. Basen, raz w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na basen jako zaliczenie obowiązkowego wfu w tym semestrze. W zeszłym chodziłam tylko na płatne karate, ale pomyślałam sobie, że skoro na karate można chodzić również bez zapisywania się poprzez USOS i w obu przypadkach kosztuje to tyle samo, to czemu nie skorzystać jednocześnie z opcji bezpłatnych? To moja ostatnia szansa na skorzystanie z darmowego basenu! A ja kocham pływać. Plus, nic tak nie pomaga na kondycję jak intensywny trening na pływalni. To dla mnie najlepsze cardio. Jako rozgrzewka na karate mamy bardzo długi trening cardio, ale moja kondycja była lepsza po semestrze basenu niż po semestrze karate. Poza tym, dziewczyny uczęszczające na pływanie mają dozwoloną 1 nieobecność miesięcznie, podczas gdy chodząc na coś, co nie ma związku z wodą, mamy tylko 2 nieobecności na cały semestr ;>
2. Karate, raz w tygodniu. Bardzo fajne zajęcia, te karate, a jakie przydatne! To joga, cardio, pilates i Bóg wie co jeszcze, dzięki którym dodatkowo można przerzucić kogoś przez ramię, a następnie rozkwasić mu nos. Poza tym moja koleżanka, którą poznałam właśnie na karate, nie przepuści mi, jeśli zrezygnuję z treningów ;) To nie jest śmieszne, ona ma zielony pas! Od czarnego dzieli ją tylko brązowy. Więc ten tego, cenię sobie swoje życie. I zęby. ;)
3. Wzmacnianie mięśni brzucha, codziennie. Codziennie oprócz tych dni, w których mam basen lub karate, oczywiście. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno chcę zacząć dziś i ćwiczyć codziennie do połowy lutego, kiedy to zacznie się kolejny semestr, a wraz z nim wyżej wymienione zajęcia.
Ogólnie odkryłam, że o wiele łatwiej mi się ćwiczy w domu jeśli robię to jednocześnie z jakimś filmikiem, czyli tak jakby trenerem, który dodatkowo liczy czas i powtórzenia za mnie, a także powstrzymuje mnie od lenistwa albo krótszego czy niedbałego wykonywania ćwiczeń. Znalazłam świetny kanał na YouTube z mnóstwem filmików profesjonalnych trenerów, na różne partie mięśni. Dostępne są zestawy ćwiczeń dopasowane do ilości czasu, jaki możemy na nie poświęcić, np. 5, 10 czy nawet 20 minut. Kanał nazywa się XHIT Daily, a tutaj jest do niego link.
IV. OD ŚRODKA
1. Herbatka z pokrzywy i skrzypu, codziennie. Wszyscy chyba wiedzą, że pokrzywa pomaga zapobiegać wypadaniu włosów, a skrzyp je wzmacnia. Okazuje się, że napar z pokrzywy ma jeszcze więcej potencjalnych korzyści, o czym dowiedziałam się stąd.
Od dawna chciałam regularnie pić te ziółka, ale po dwóch-trzech dniach zapominałam, albo nie miałam czasu... Teraz zdałam sobie sprawę, że jest jeden boleśnie prosty sposób na zapewnienie regularności: picie jej RANO. Ja codziennie rano piję jakąś herbatę (przeważnie zieloną), więc teraz zwyczajnie zastąpię ją herbatką z pokrzywy. Genialne.
2. Suplement z wapniem. Niedrogi, a wzmocni włosy (niektórym nawet przyspiesza przyrost) i paznokcie, lepiej niż jakaś tam Skrzypowita. Oraz wszystko, co potrzebuje wapnia, np. kości :)
Skrzypowity nie mam zamiaru brać. Kupiłam ją raz. Dzielnie wybrałam wszystkie 40 tabletek - tylko po to, żeby cierpieć codziennie łykając je i nie zauważyć żadnych wspaniałych rezultatów. Producent zapewnia, że po 40 dniach są one właśnie już widoczne. Ale jakichkolwiek efektów by ten suplement nie przyniósł, nie są one warte w moim przekonaniu codziennej agonii spowodowanej paskudnym smakiem tych tabletek i ich gigantycznym rozmiarem. Tabletki niby się łyka, a nie gryzie, ale ich posmak zostaje w ustach i odbija się to z żołądka. No ogólnie masakra. Więc tabletki ziołowe - nie dla mnie.
3. Więcej owsianki. Owsianka ma dobroczynne działanie i jest zdrowsza od płatków śniadaniowych, chociażby dlatego, że jest nieprzetworzona, nie zawiera cukrów i substancji konserwujących niewiadomego pochodzenia. Cheerios z mlekiem są moim ulubionym śniadaniem i rzadko kiedy jem co innego, ale powinnam to zmienić. Czasem rano mam ochotę na coś ciepłego, i to jest ten moment, w którym owsianka przyjdzie mi z pomocą. Znalazłam fajny przepis na niestandardową owsiankę tutaj.
4. Medytacja? Oj, nie wiem, jak mi to wyjdzie... Chciałam zacząć już miesiąc temu no i, ten tego... jeszcze ani razu nie spróbowałam. Ale myślę, że powinnam się skusić na 10 minut medytacji dziennie, gdyż z czasem przynosi ona niesamowite korzyści. Człowiek, który regularnie praktykuje medytację potrafi podejść do spraw życia codziennego z większym dystansem, mniej się stresuje, jest ogólnie bardziej zrelaksowany i potrafi lepiej się skupić na wykonywanych zadaniach. Nawet jeśli to wszystko wydaje się komuś nienaukowymi bredniami, to nic nie zmieni faktu, że 10 minut w ciszy co wieczór to najlepszy rodzaj relaksu i wyciszenia EVER.
Więc to tyle. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Po 3 miesiącach postaram się zrobić podsumowanie. Mam nadzieję, że będę miała co podsumowywać.
czwartek, 5 września 2013
Najlepsza domowa maseczka oczyszczająca
Wypróbowałam już wiele maseczek sklepowych (maseczek oczyszczających, do skóry trądzikowej, problematycznej) i póki co wymierne efekty dawała mi jedynie rozgrzewająca niebieska maseczka Garniera (ok. 7 zł, 2 użycia). Jednak ostatnio natknęłam się na przepis na domową oczyszczającą maseczkę (ktoś dumnie nazwał ją "domową mikrodermambrazją"), ja ją nieco zmodyfikowałam i voila! - otrzymałam coś, co daje jeszcze lepsze efekty niż wspomniana kupna maseczka Garniera.
Zalety:
- oczyszczona, bardzo gładka skóra
- oczyszczone i zwężone pory (zaskórniki są o wiele mniej widoczne po pierwszym użyciu - byłam naprawdę zdziwiona)
- wyrównany koloryt (delikatnie rozjaśnia przebarwienia)
Wady:
- może wysuszać skórę
- może nieznacznie podrażniać skórę (jeśli czujesz pieczenie czy szczypanie, natychmiast zmyj maseczkę!).
Przepis:
Ja to robię na oko, ale jeśli ktoś potrzebuje dokładnych proporcji, sugeruję spróbować te podane poniżej (żeby zminimalizować ryzyko przesuszenia lub podrażnienia skóry):
- 3 łyżki jogurtu naturalnego (najlepiej jakiegoś gęstego, żeby utrzymał się na twarzy) - ewentualnie może być papka np. z banana lub awokado. Broń Boże nie z truskawek, kiwi ani grejpfrutów, bo z 90% prawdopodobieństwem wywołają reakcję alergiczną!
- sok wyciśnięty z 1 średnio grubego plasterka cytryny
- 1 lub 2 tabletki aspiryny rozpuszczonej w około 2 łyżkach bardzo ciepłej wody
- 1 czubata łyżka sody oczyszczonej.
Wszystko mieszamy w dowolnej kolejności i zostawiamy na twarzy na około 15 minut - lub krócej, jeśli nasza twarz nie jest w stanie tego znieść (tzn. szczypie lub piecze). Pod koniec, jeśli wszystko jest w porządku, przed zmyciem można trochę pomasować skórę, żeby uzyskać jeszcze efekt peelingu.
Do takich domowych maseczek można podobno dodawać jeszcze naftę kosmetyczną (żeby dodatkowo nawilżyć skórę). W sumie nie słyszałam o nikim konkretnym, kto stosowałby naftę na skórę twarzy. Na włosy - owszem, słynna i doceniana przez nasze babcie maska z żółtka, nafty i odrobiny cytryny. Aczkolwiek sama nafta zastosowana na skórę głowy w wielu przypadkach bardzo ją podrażnia i może nawet spowodować wypadanie włosów. Moją pierwszą maseczkę z sody (bo głównym i najsilniejszym składnikiem w tej maseczce jest właśnie soda) zrobiłam z samej sody, aspiryny, olejku sandałowego i właśnie nafty (na samej wodzie). Efekt był dobry, na pewno bardzo silny. Ale mimo wszystko wolę nafty już nie stosować. Po prostu uznałam, że stosuję tą maseczkę w celach oczyszczających, nie potrzebuję dodatkowego ryzykownego nawilżenia, tym bardziej, że w wersji z jogurtem to właśnie jogurt odpowiada za nawilżenie.
Dlaczego te składniki?
- soda oczyszcza i wygładza skórę
- aspiryna oczyszcza pory, odkaża
- sok z cytryny wybiela przebarwienia
- jogurt nawilża skórę i chroni przed podrażnieniem sodą.
Stosuję tę maseczkę na skórę twarzy i pleców, bo wydaje mi się, że w tych dwóch miejscach mam tak samo beznadziejną cerę... Ale efekty za każdym razem mnie zadziwiają. Właśnie idę wziąć prysznic, maseczka w starym pudełku po kremie Nivea już na mnie czeka. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






