Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2016

Kosmetyczna czystka!

Nie robię sobie żadnych noworocznych postanowień - ale jest to dobra okazja, żeby się za coś w końcu zabrać! Na przykład za wyrzucanie starych, nieużywanych i/lub przeterminowanych kosmetyków do makijażu. Biorąc pod uwagę jak rzadko i skromnie się maluję, moja kolekcja kosmetyków do makijażu jest całkiem zdumiewająca.

Natknęłam się na ten artykuł, w którym autorka pomaga pożegnać się z niepotrzebnymi i przeterminowanymi elementami kolorówki. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, jaki może być termin ważności takich produktów... szczególnie, że od jakiegoś czasu noszę soczewki.
Według powyższego artykułu wygląda to tak:

• Pudry, np. podkłady, róże i cienie do powiek: 1 rok
• Tusz do rzęs i eyelinery w płynie: 3 miesiące (!) - chcemy uniknąć wprowadzania bakterii do oczu
• Kredki: 6 miesięcy
• Formuły kremowe, np. korektory i róże: 6-12 miesięcy
• Szminki: 1 rok
 • Gąbki: 1 miesiąc lub krócej, jeśli nie są czyszczone po każdym użyciu

Ile z nas wyrzuca żelowe eyelinery po 3 miesiącach? Lasu rąk na pewno nie zobaczę! :P
Oczywiście robiąc czystkę kosmetyczną nie trzymałam się sztywno tych reguł, bo come on, gdybym miała wyrzucać kredki do oczu lub konturówki po 6 miesiącach, to prawie wcale bym się nimi nie nacieszyła. Co nie zmienia faktu, że wiele rzeczy trafiło do kosza. Czas tak szybko zleciał... studniówka była wczoraj... kosmetyki, które kupiłam na tamtą okazję walają się po szufladzie... a jestem już po studiach. D:

Wyszła z tego taka mała torebka (a nie obejmuje to szminek i błyszczyków, które trzymam w oddzielnej kosmetyczce, do której nie chciało mi się dzisiaj dokopywać):

Chcecie wiedzieć, co było w środku? Niektóre kosmetyki zostały wyrzucone ze względu na wiek, a niektóre ze względu na to, że są po prostu beznadziejne :D



  • Astor, puder matujący Anti Shine Matitude nie jest stary, ale wyleciał, bo po dwóch użyciach mnie zapchał, a odcień jest mimo wszystko nieco za blady.
  • Maybelline Dream Mat Powder - nie mam pojęcia ile ma lat, ale więcej niż 2! Używałam go namiętnie, aż połamał się do takiej formy i stał się bardzo niewygodny w użyciu. Był już stary, więc zamiast bawić się w sklejanie go (wiem, że jakoś się da), kupiłam nowy.
  • Cienie do powiek Lovely - kupione na chybił trafił dawno temu, kiedy nie miałam pojęcia, jakie kolory pasują do mojej karnacji i urody. Ze względu na nietwarzowe kolory i bardzo słabą pigmentację przeleżały, sporadycznie używane, w takim stanie aż do dziś.
  • Dwukolorowe cienie Lovely, Essence lub Wibo (nie pamiętam). Mocna pigmentacja, kolory jednak za bardzo nasycone jak na mój typ urody, a teraz już produkt mocno się przeterminował (3-4 lata D:)
  • Essense, biały perłowy cień do oczu. Jedna wielka pomyłka. Kupiłam go sugerując się uniwersalnymi radami makijażowymi typu "każda dziewczyna w swojej kolorówce powinna mieć...". Jak mówiła mama, "ty nie jesteś wszyscy" :D
  • Paletka korektorów Wibo - zupełnie nie trafiła w moje potrzeby pod żadnym względem.


  • Podkład w sztyfcie (chyba Avon) - miał dobre 6 lat. Ostatni raz używałam go 4 lata temu. No i po co człowiek trzyma takie coś w szufladzie po tyle lat, no po co? :P
  • Rimmel, czerrrrwona szminka. Na warszawskiej ulicy robiłam z nią furorę, szczególnie wśród obcokrajowców na starówce - zdaniem niektórych dlatego, że wyglądałam jak prostytutka. :D Krwiście czerwone usta to jednak nie moje klimaty, więc po paru użyciach wylądowała w ciemnym kącie, gdzie przewalała się przez jakieś 3 lata.
  • MaxFactor 2000 Calorie, maskara - przeterminowała się, ale zanim to się jeszcze stało, bardzo szybko wyschła. Nie wiem czemu parę miesięcy trzymałam w domu prawie puste opakowanie po wyschniętej maskarze.
  • Kredka do ust jednej z bardzo tanich marek (chyba Lovely). Dostałam ją chyba jeszcze w gimnazjum! O zgrozo! Nie wspominając o tym, że ten prawie neonowy róż z brokatem nie pasuje NIKOMU :D
  • Icing, zielony eyeliner i tusz do rzęs w jednym. Nigdy nie działał za dobrze - po prostu nie krył rzęs jako tusz. Jako eyeliner nie był zły, ale rzadko używam eyelinerów, a teraz jest już przeterminowany - zwyczajnie się zwarzyło, jak widać na zdjęciu).
  • MySecret, różowy eyeliner w płynie.Użyty dosłownie 2 razy (raz na Sylwestra 2014/2015, a drugi raz nie pamiętam, więc mógł się on nawet nie wydarzyć!). W opakowaniu wygląda znośnie, ale na powiekach zamienia się w neonową żarówę.
  • Eveline, korektor pod oczy (nazywał się chyba 8w1 coś tam). Bardzo szybko starły się napisy na opakowaniu. Sam korektor nie pasował mi kolorystycznie - za bardzo żółty i ciemny, poza tym słabo krył.
  • Kobo, Perfect Cover Stick - korektor głównie pod oczy w formie sztyftu. Niemożliwy do współpracy, połamany w środku i suchy, a jak już jakimś cudem udało się go zaaplikować, to był za jasny i odkładał się w zmarchach. Leżał w szufladzie co najmniej 2 lata.

 Wywaliłam także stare i brudne pacynki do makijażu, które chyba jeszcze nigdy nikomu (poza dziewczynkami z podstawówki) się nie przydały.

Staram się takie czystki robić regularnie, nie tylko w kosmetykach, ale i dokumentach czy ubraniach.

A Wy? Trzymacie w domu jakieś kosmetyczne trupy? Zachęcam do przejrzenia zawartości kuferków tudzież szuflad, bo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile bezużytecznych bubli w nich przechowujemy! :)

środa, 11 listopada 2015

Aktualizacja!

Dawno mnie tu nie było! Zaniedbuję tego bloga tak samo jak mojego drugiego, jedzeniowego, a to dlatego, że zaczęłam pracować na cały etat! Praca - spoko, ale angażuje człowieka na 8 godzin dziennie (do czego nie jestem przyzwyczajona :P), co - plus prawie codzienne treningi po pracy - nie zostawia wiele czasu na pisanie bloga. A nawet gdy mam czas, to jestem zbyt wyssana z energii, żeby mieć jeszcze jakąś wenę. Lub muszę ten czas poświęcić na porządki w mieszkaniu po całym tygodniu maksymalnego zaniedbania albo gotowanie posiłków na następny tydzień pracy. Hmm, w sumie brzmi to gorzej niż wygląda w rzeczywistości, naprawdę :P

A więc za pierwszą wypłatę poszłam do fryzjera! :D Oczywiście nie żeby zaszaleć, tylko żeby podciąć końcówki. Co dla samopodcinającej się włosomaniaczki może stanowić odrobinę szaleństwa :P Salon fryzjerski, w którym zwykle podcinałam końcówki za 15 zł - co jak na Warszawę jest niespotykaną taniochą! - został przekształcony w jakiś salon piękna, w którym jest tylko już "stylista fryzur", czy jakoś tak. Więc poszłam gdzie indziej. W tym samym budynku znajduje się malutki salonik fryzjerski, ale taki z prawdziwego zdarzenia. Za podcięcie końcówek bez mycia chcieli 25 zł, więc się zgodziłam - wg moich doświadczeń zwykle chcą co najmniej 40 zł.

Pani fryzjerka nie miała litości dla moich włosów. Czesała je gęstym grzebieniem, a kiedy napotykała na jakiś splątany fragment, to szarpała, aż rozczesała. Bolesna była to strategia, a moje włosy ostatnio bardzo się plączą, więc możecie sobie wyobrazić stopień mojego zadowolenia z przebiegu całego procesu... Końcówki podcięła na szczęście tak jak chciałam. Co do ostrości i jakości użytych przez nią nożyczek nie jestem pewna, ale przynajmniej centymetrów ubyło tyle, ile miało ubyć... Czyli jakieś 3. Oto efekty:





Pasek w talii jest oczywiście do celów pomiarowych, nie modowych. Chociaż z tyłu nie wygląda to najgorzej :D

Włosy mają być podcięte w kształt litery U. Jak widać, ciężko zapanować mi nad końcówkami. Wyglądają lepiej niż w poprzedniej aktualizacji, ale to dlatego, że wtedy zostały wyczesane grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami, a tutaj - tą ślicznotką:


 Uwielbiam <3 Kocham rzeczy piękne, a ostatnio ciągnie mnie do złota. W pracy już dwie koleżanki pytały się mnie o tę szczotkę, kiedy czesałam sobie nią włosy. Jedna z nich powiedziała, że jej koleżanka twierdzi, iż odkąd kupiła Tangle Teezer, nie jest w stanie wyobrazić sobie czesania się czymkolwiek innym! Poniekąd ją rozumiem ;)

Jeśli chodzi o przyrost, to ostatnio coś wolno rosną mi włosy. Częściowo to pewnie wina pory roku. Żywieniowo raczej na pewno wszystko jest okej - odstawiłam całkowicie gluten i nabiał, plus co najmniej jeden posiłek dziennie jest paleo, a więc jem prawie same wartościowe rzeczy (nie zapycham się ciastkami, chlebem, makaronem itd.). Rozważam suplementację np. Calcium Pantotenicum, ale to od grudnia. Póki co kilka razy w tygodniu wcieram w skórę głowy olej łopianowy z papryką na całą noc, czasem Jantar na cały dzień lub trochę soku z cytryny na skalp. Grunt to systematyczność, a to ostatnio trochę u mnie szwankuje. Ale tylko trochę.

A jak tam Wasza walka o centymetry? :)  


wtorek, 28 lipca 2015

Aktualizacja: radykalne cięcie i bye bye, cieniowanie! Plus parę zdjęć z życia miejskiego rolnika doniczkowego.

Mniej więcej 2 tygodnie temu poszłam do fryzjera, aby podciąć końcówki. Pani fryzjera podcięła końcówki tak jak było trzeba (tzn. nie ścinając 5 cali zamiast 5 centymetrów, jak to fryzjerzy mają w zwyczaju) i zapytała, czy jest ok, czy może ścinamy więcej, a ja na to... WIĘCEJ! :D Tym sposobem ścięłam około 8 cm - sporo, ale tym samym wycięłam dużą partię zniszczonych włosów i wreszcie, WRESZCIE pozbyłam się cieniowania! Tym samym osiągnęłam swój pierwszy włosowy cel.

Jest to drugie (i ostatnie!) z serii radykalnych podcięć końcówek, o pierwszym (samodzielnym) pisałam tu. Widać, że wtedy włosy mimo podcięcia 5 cm były dłuższe niż teraz:

Kwiecień:





Lipiec:




Uwaga numer 1: na górze włosów jest odgniecenie od gumki. Dokładnie to od oryginalnej Invisibobble, która "nie pozostawia odgnieceń"... A tak na usprawiedliwienie to tutaj dopiero co rozpuściłam włosy z kucyka, wyczesałam Tangle Teezerem i od razu stanęłam do zdjęcia. Gdybym poczekała z godzinę, po odgnieceniach nie byłoby śladu - takie już są te moje włosy: proste. Z jednej strony fajnie, bo tafla, ale z drugiej - nie dla mnie loki i fale! :( No i moja tafla jest taflą tylko przez krótki czas - szybko się strąkuje właściwie niezależnie od stosowanej pielęgnacji. Muszę jeszcze popracować nad poprawą kondycji włosów na długości. Moja krucjata jeszcze się nie skończyła.

Uwaga numer dwa: kształt to litera U, naprawdę. Jak widać, końcówki się trochę wywijają we wszystkie strony, sprawiając wrażenie, że włosy są ścięte w trójkąt, albo - ładniej mówiąc - literę V, co nie jest do końca prawdą.

Włosy może są i mocno krótsze, ale w o ile lepszym stanie! :) Zaczęłam się w ogóle czesać szczotką Tangle Teezer. Nie kupowałam jej przez długi czas, bo nie odczuwałam takiej potrzeby, ale kiedy pojawiła się w Rossmanie, wylądowała w moim koszyku. I powiem tak: jest super, ale trzeba uważać, żeby się nie zachłysnąć i nie zniszczyć sobie włosów. Ostre traktowanie bardzo poplątanych włosów, nawet szczotką Tangle Teezer, powoduje ich łamanie (przekonałam się na sobie :c).


A na koniec pokażę Wam co na moim tarasie :) Jak widać nie trzeba mieć ogrodu, by w środku miasta hodować to i owo :)

Zaczęło się od tego, że chciałam po prostu podlać chwasta, który zasiał się w tej doniczce, a skończyło na tym, że równie dobrze można wsadzić dymki i coś z tego mieć. Dymka nie potrzebuje wiele do szczęścia, nawet w kubeczku z wodą wyrośnie z niej szczypiorek.

Poziomki! W przeciwieństwie do truskawek, pomidorów i innych rzeczy, które próbowałyśmy hodować na tarasie, one nigdy nas nie zawodzą, a smakują obłędnie :) Dużo tego nie ma, ale smak można złapać. ;)


Po miesiącach brutalnego wykorzystywania dymek dla ich szczypiorku, nadszedł czas i na nie. Trochę urosły od czasu wsadzenia ich w ziemię, ale niewiele. Ładniej nazywa się to "zielona cebulka" i ma łagodniejszy smak od zwykłej cebuli.


A co u Was? Jak idą Wasze plany włosowe? :)

piątek, 2 stycznia 2015

Amerykańskie kosmetyki - cz. 2 (pielęgnacja twarzy)

W moim docelowo 3-częściowym mini-cyklu "Amerykańskie kosmetyki" przedstawiam rzeczy, które zdobyłam podczas mojego pobytu w Kraju Kwitnącego Hamburgera, a które są niedostępne w Polsce, a przynajmniej tak mi się wydaje. Część 1, włosowa tutaj - KLIK!

Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P



1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.





2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut. 
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.





3. Simple - Soothing Facial Toner, czyli kojący tonik do twarzy z "kochającymi skórę składnikami", takimi jak prowitamina B5, rumianek, oczar wirginijski i alantoina. Nie zawiera za to potencjalnie podrażniających sztucznych substancji zapachowych, barwników czy alkoholu. To dobry sposób na wyrównanie pH po glinkach czy mydle, ale ja zawsze jednak muszę go zmyć. Zmywam wodą wszystkie toniki (inaczej czuję się nieświeżo i moja skóra tego nie lubi) i tak samo jest z tym. Jeśli nie macie wybitnych problemów z trądzikiem, możecie go oczywiście zostawić na skórze. Polecam.





4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)





 5. Reviva Labs - krem z 10% kwasem glikolowym (z amerykańskiego internetu)


 Mój wyjazd do USA przypadł niestety w tym okresie, kiedy w hurtowniach w całej Polsce zabrakło kremu Acne-Derm z 20% kwasem azelainowym. Został się oczywiście Skinoren, który przy takim samym działaniu kosztuje 2 razy więcej. Gdzieś w internetach wyczytałam, że kwas glikolowy ma takie same działanie jak azelainowy, więc kupiłam sobie ten oto kremik na stronie Swanson. Ma to być kontynuacja kuracji tym kwasem rozpoczęta kremem 5%. Ja, szalona i odważna, od razu zabrałam się za 10%, haha. Skończyło się niestety podrażnieniem i marnymi, ba, może nawet żadnymi efektami! Kwas azelainowy jest jednak sto razy lepszy, bo w przeciwieństwie do tego ustrojstwa szybciej wybiela i ma działanie przeciwbakteryjne. Zresztą każdy, kto stosował, wie :) W sumie nie powinnam się aż tak dziwić, bo producent dedykuje ten krem osobom z cerą dojrzałą, w celu rozjaśnienia przebarwień spowodowanych wiekiem i ekspozycją na słońce (czyli też wiekiem, bo obecni seniorzy i ludzie w średnim wieku nie myśleli nawet o używaniu filtrów, a na pewno nie w takim stopniu, co my dzisiaj).
 Skład piękny: wyciągi z rabarbaru, dyni, rumianku, oczaru, witaminy, olej słonecznikowy i wiele innych ekstraktów, ale jednak nie dla młodej cery :) Jeśli ktoś z młodszego pokolenia chce zacząć rozjaśniającą kurację kwasami, lepszy jest azelainowy, lepiej dostępny i tańszy. Natomiast ten kremik do nabycia na stronie Swanson za ok. 15$.





6. Burt's Bees - Radiance eye cream, czyli rozświetlający krem pod oczy z mleczkiem pszczelim.


Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.




Sprawiłam sobie ten kremik ot tak, żeby się trochę porozpieszczać ;) Stosowany regularnie pielęgnuje i delikatnie rozjaśnia skórę pod oczami. Nadaje się pod makijaż, zostawia cienką ochronną warstewkę, ale jest ona dosyć przyjemna i wcale nie tłusta.

Skład długi, ale pełen dobroci. Wystarczy spojrzeć:





7. Pomadki Eos!


Kupiłam w czteropaku za jakieś 8,50$ w Sam's Club. Wyszło ciut taniej, niż pojedynczo. Do wyboru mamy wersję miętową ("słodka mięta"), melonową, truskawkową ("truskawkowy sorbet") i wieloowocową ("letnie owoce").



Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)

Dla ciekawych składu:




***


Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.

Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)

wtorek, 16 grudnia 2014

Liebster Blog Award


Zostałam nominowana przez FairHairCare i dosyć długo nie miałam czasu adekwatnie zareagować, ale wreszcie mogę sobie posiedzieć i coś napisać, podczas gdy na moich paznokciach schnie pierwszy od nie wiem ilu miesięcy lakier. Pomyśleć, że kiedyś nie pozwalałam swoim paznokciom pozostać bez lakieru przez maksymalnie 2 dni... Ale do rzeczy! :)

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

 Ja (oraz inni nominowani, a raczej nominowane) dostałam takie oto pytania:
1. Która gwiazda ma według Ciebie najpiękniejszą fryzurę? Nie śledzę życia gwiazd - poza tym zawsze mówię, że gwiazdy to są na niebie, a nie w szołbizie ;) Wyguglałam "fryzury gwiazd"... i nic mi to nie pomogło. Ale właśnie sobie uświadomiłam, że z tych niewielu celebrytek, które znam, najbardziej podobają mi się chyba włosy Rihanny. Cokolwiek z nimi ostatnio nie zrobi, zawsze wyglądają na niej bardzo ładnie, nawet jeśli mi osobiście nie podoba się taka fryzura ogólnie - np. golenie włosów z boku głowy, jak na zdjęciu poniżej.
2. Jaki jest Twój cel pielęgnacji włosów? Zagęszczenie, poprawienie stanu, może nawet obniżenie porowatości i przede wszystkim dłuuuuugość! ;) Nigdy nie miałam naprawdę długich włosów, a bardzo chcę mieć takie do kości ogonowej, a nawet dłuższe :) Trochę to nie fair, że jestem wysoka (1.73 m), bo zapuszczenie włosów do kości ogonowej zajmie mi dłużej, niż komuś ze wzrostem np. 1.60 m, ale co zrobić - coś za coś ;)
3. Jaka jest najgorsza rzecz, jaką zrobiłaś kiedykolwiek swoim włosom? W przeciwieństwie do chyba większości obecnych włosomaniaczek, nigdy nie używałam prostownicy ani lokówki i nie katowałam włosów prawdziwymi farbami, jedynie szamponetkami, i to tylko 3 razy w życiu. Ale to, co robiłam swoim włosom na co dzień było dla nich bardzo złe i teraz śmieję się, wspominając swoje ówczesne rozumowanie: otóż miałam (i mam) bardzo przetłuszczający się skalp i rzadkie, cienkie włosy, przez co nigdy nie miały one ani krzty objętości i przez większość czasu były po prostu tłuste. Żeby to "naprawić", codziennie myłam głowę i włosy (pokrywając SLS-ową pianą całą długość, aż po końce!) mocnymi szamponami drogeryjnymi do włosów przetłuszczających się, w dodatku wyglądało to tak, że myłam włosy raz, spłukiwałam i potem jeszcze raz. Nie stosowałam żadnych odżywek, bo wierzyłam, że przyśpieszy to przetłuszczanie. Oczywiście doprowadziło to do niszczenia i wysuszania moich włosów - stały się sianowate, co poczytywałam za objaw objętości :D O losie... Nie wspomnę o tym, że codziennie suszyłam je gorącym nawiewem, modelując na okrągłej szczotce i kopiując sposób fryzjerski, czyli dotykając włosy wylotem suszarki.


4. Jaka jest Twoja ulubiona forma pielęgnacji włosów? Chodzi pewnie o to, czy OMO, MOMO czy OM NOM NOM? :) Nie mam ulubionego. Lubię OMO, ale zajmuje więcej czasu, więc przeważnie pierwsze O to po prostu olej nałożony na całą noc i dopiero drugie O to odżywka lub maska.



5. Dokończ zdanie: moje włosy byłyby idealne, gdyby... były gęstsze i ewentualnie grubsze.

6. Maska czy odżywka? I jedno, i drugie! Większą miłością pałam chyba do odżywek, bo zapewniają lepszy efekt wizualny, z tym że maski z kolei działają głębiej, prawdziwie regenerują i tak dalej.

7. Od kiedy i dlaczego zajęłaś się bardziej profesjonalną pielęgnacją włosów? "Profesjonalizacja" pielęgnacji moich włosów odbywała się stopniowo, więc ciężko powiedzieć od kiedy... Zaczęło się od kupna odżywki, potem kolejnej, potem próba olejowania, potem maska; półprodukty miały swój debiut dopiero niedawno... Pełen (no, prawie) zestaw produktów do pielęgnacji włosów zagościł u mnie niecały rok temu, w styczniu 2014. A czemu? Po pierwsze, niektóre osoby z mojego otoczenia wyrażały się niepochlebnie o moich włosach, co skłoniło mnie trochę do refleksji... Po drugie, natknęłam się pewnego dnia na blog urodowy, w którym było trochę o włosach. Zaciekawiło mnie to, potem zobaczyłam jakie blogi czyta autorka i tak odkryłam włosomaniaczki :) Po trzecie, zaczęłam zarabiać własne pieniądze, więc pomyślałam sobie: "wszyscy używają odżywek, to może i ja spróbuję?" :D
8. Gdybyś na jeden dzień mogła mieć wymarzone włosy, jak by one wyglądały? Byłyby długie - za pośladki! :D - grube, gęste i proste. Jeśli chodzi o kolor, to mój obecny by mi odpowiadał, ale na jeden dzień mogłabym mieć jednorożcowe - niebiesko-różowo-fioletowe :D


9. Jaki jest Twój ulubiony kosmetyk do włosów? Ojej, nie lubię, jak ktoś każe mi wybrać jedną rzecz, bo to takie trudne! Moje poszukiwanie włosowego Graala dalej trwa, ale na dzień dzisiejszy powiedziałabym, że moim ulubionym kosmetykiem do włosów jest chyba odżywka do spłukiwania Nivea Long Repair. Jest wydajna i fantastycznie działa na moje włosy.
10. Czego nigdy nie odważyłabyś się zrobić swoim włosom? Nie utleniłabym ich do blondu. Czasem mnie kusi, jak to prawie każdą kobietę ;) Ale nie, nigdy im tego nie zrobię.
11. Dokończ zdanie: mój ulubiony blog o świadomej pielęgnacji włosów to... I teraz powinnam wstawić blog osoby nominującej, tak? ;P Żartuję, ale faktycznie jest to jeden z moich ulubionych blogów ;) Nie mam jednego ulubieńca, bo z każdego biorę co innego. Lubię blog Aliny Rose, chociaż nie jest to blog wyłącznie włosowy, Blondregeneracja, Martusiowy Kuferek, blog Henri, Uroda i włosy, Włosowelove. Znam i cenię blog Anwen, ale jak widać z powyższej listy najbardziej korzystam z blogów tych znawczyń, których włosy są bardziej podobne do moich.



Ciężko było mi znaleźć mniej znane blogi wśród tych, które obserwuję, w dodatku są one o różnej tematyce, więc do zabawy zapraszam:

Moje pytania do Was:

1. Dlaczego założyłaś swojego bloga?
2. Gdybyś musiała wyprowadzić się z Polski i mogła wybrać jakiekolwiek państwo na świecie, gdzie byś zamieszkała? (zakładamy, że język nie stanowi bariery)
3. Jaka piosenka jest szczególnie bliska twojemu sercu i dlaczego?
4. Jaką książkę/książki możesz polecić?
5. Gdybyś miała spędzić resztę życia tylko z 3 kosmetykami, które byś wybrała?
6. Ulubiona potrawa?
7. Jakie - poza głównym tematem twojego bloga - masz hobby, pasje, zainteresowania?
8. W rzeczywistości którego filmu lub serialu chciałabyś się znaleźć?
9. Gdybyś była zapachem, to jakim?
10. Jaka jest jedna rzecz, którą najbardziej chcesz w sobie zmienić, duchowo lub fizycznie?
11. Gdybyś mogła być kimkolwiek lub czymkolwiek zechcesz, kim lub czym byś była?


Zapraszam do zabawy - to dobry sposób na powiedzenie swoim czytelnikom czegoś więcej o sobie, a jeśli kogoś irytują takie tagi, z góry przepraszam :)
Jeśli zdecydujecie się napisać posta z odpowiedzią, dajcie mi znać w komentarzach, bardzo chętnie poczytam! :)


sobota, 15 listopada 2014

Jak bez żalu pozbyć się starych niepotrzebnych rzeczy? Złota zasada.



Przychodzi czasem taki czas w życiu każdej kobiety, ale i mężczyzny, kiedy szuflady komody nie chcą się domknąć od nadmiaru ubrań, a szafa w żaden sposób nie pomieści już ani jednego wieszaka więcej. Poranne kompletowanie stroju trwa wieki, bo trzeba przekopać się przez stertę ubrań, w których dawno już nie chodzimy.
Często nadmiar rzeczy obejmuje nie tylko ubrania, ale też np. firanki, zasłonki, obrusy, resztki materiału, buty itp., itd.

Co zrobić?

Odpowiedź brzmi oczywiście: wyrzucić stare niepotrzebne rzeczy! Tylko jak, skoro wszystko jest mi potrzebne? Przecież gdybym tego nie potrzebował/a, nie trzymał(a)bym tego w domu!


Złota zasada, którą należy się kierować przy tego typu porządkach zawiera się w jednym pytaniu:

Czy użyłaś/założyłaś tą rzecz w ciągu ostatniego roku?

Czyli innymi słowy, czy w ciągu 365 dni poprzedzających dzień dzisiejszy chociaż raz założyłaś/eś lub użyłaś/eś daną rzecz?

Jeśli odpowiedź brzmi nie - zadaj sobie dwa dodatkowe pytania: Czy ta rzecz ma dla mnie dużą wartość sentymentalną? Czy nie chodziłam/em w niej przypadkiem tylko dlatego, że zapomniałam/em o jej istnieniu? Czy jest to tzw. klasyczny strój ponadczasowy (proste dżinsy, prosta biała bluzka itp.) lub strój biznesowy?

Jeśli odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi nie - WYRZUĆ TO!



Nie jest to jednak tak łatwe, zawsze mamy jakieś "ale":

1. ALE kiedyś jeszcze schudnę i będę w tym chodzić! 
Ok, ale czy robisz coś w tym kierunku? Czy jesteś na diecie, chodzisz na siłownię czy zajęcia fitness, czy ćwiczysz w domu? Jeśli do tej pory nie zaczęłaś/eś nic robić, by schudnąć, to nie oszukujmy się - najprawdopodobniej nigdy już nie zaczniesz. Nie ma nic złego w byciu większym niż kiedyś, każdy kształt jest piękny, więc nie dołuj się. Czuj się dobrze w obecnych, większych o jeden rozmiar ubraniach, a ten malutki fatałaszek po prostu wyrzuć.
Poza tym, nawet jeśli ten wpis zmotywuję Cię do podjęcia pracy nad sobą i rzeczywiście zrzucisz parę kilogramów, to dany ciuszek może już być wtedy niemodny i w efekcie tak czy siak nie będziesz w nim chodzić.
Należy też dodać, że wiele osób katuje się, by zmieścić się w ubrania z czasów liceum, podczas gdy powrót do tamtych rozmiarów jest po prostu niemożliwy - nasze ciała wtedy jeszcze się kształtowały; dojrzewanie kończy się około 19. roku życia u kobiet i 21. roku życia u mężczyzn (cytuję tu podręczniki do biologii z moich czasów szkolnych, więc proszę nie krzyczeć). Obecnie nasze ciała mają większą masę mięśniową, większy procent tłuszczu, jesteśmy być może nieco wyżsi - nawet jak schudniemy nie wiadomo ile, nie wbijemy się w ciuchy z liceum. Są wyjątki, ale właśnie - to są wyjątki. Nie powinniśmy się nimi sugerować.




2. ALE kiedyś jeszcze znowu będzie modne! Przecież moda powraca, prawda?
Prawdą jest, że moda powraca. Jednak za każdym razem dane trendy powracają w innej, nowej postaci. Jest teraz (lub dopiero co przeminęła?) moda na koronki i koronkowe dodatki, ale koronkowe wdzianko twojej babci zamiast zachwytu może wywołać najwyżej politowanie. Teraz po prostu robi się to inaczej. To samo np. z kwiecistymi sukienkami w stylu retro - obowiązują teraz inne kroje niż kiedyś. Bardzo, bardzo rzadko zdarza się, żeby daną rzecz rzeczywiście można byłoby nosić, kiedy wróci moda na podobne ubrania. Poza tym nie mamy pewności, że dopóki tak się stanie, naszej bluzeczki nie zjedzą mole ;)
Poniżej porównanie dwóch sukienek w tym samym stylu: pierwsza z lat 60-tych, a druga z czasów obecnych.






3. ALE przerobię to na coś innego! Utnę rękawy, poszerzę, skrócę, dodam aplikacje i znów będę mogła/mógł chodzić!
A ile czasu ta rzecz czeka już na swoje drugie życie? Oczywiście rozumiem, że każdy może nie mieć czasu, a niektóre okresy w roku są cięższe niż inne, więc powiem tak: daj sobie 3 miesiące. Jeśli do tej pory nie oddasz tej rzeczy do krawcowej lub nie zaczniesz samodzielnie jej przerabiać, to znaczy, że raczej nigdy tak się już nie stanie, więc - wyrzuć to!


4. ALE będę w tym chodzić "po domu"!
A ile masz "rzeczy po domu"? Potrzebujesz tylko dwóch zestawów, żeby mieć w czym chodzić podczas gdy jeden zestaw jest w praniu. Sama byłam winna posiadania miliona t-shirtów do chodzenia po domu, ale obecnie doskonale radzę sobie z dwoma. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na pory roku, więc proponuję mieć 2 bluzki na ramiączka na lato, 2 t-shirty na jesień i wiosnę oraz 2 bluzki z długim rękawem na zimę, aczkolwiek ja w chłodne dni radzę sobie zakładając t-shirt i rozpinaną bluzę z kapturem (taką tylko po domu). Jeśli chodzi natomiast o dolną część garderoby: 2 pary szortów na lato i 2 pary dresów na pozostałe pory roku w zupełności wystarczą.
Resztę - wyrzuć!




5. ALE będzie na szmaty! Do mycia okien, podłogi itp.
To podrzyj to na szmaty TERAZ  i odłóż w miejsce, gdzie trzymasz środki czystościowe. Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, bo Ci na przykład za szkoda, to znaczy, że nie jesteś na to gotowa/y i powinnaś się tego pozbyć.


6. ALE szkoda wyrzucić... To w gruncie rzeczy całkiem porządna rzecz...
Jest wiele serwisów, na których można sprzedać swoje używane rzeczy, nie tylko Allegro i ogłoszenia lokalne, ale też grupy na Facebooku i takie strony jak Vinted. A jeśli mamy w rodzinie lub wśród przyjaciół pasjonata szycia, przeróbek czy innych DIYs, możemy oddać niechcianą rzecz w jego ręce, a na pewno to doceni.
Są też inne osoby, które z chęcią przygarną twoje niechciane ubrania, obrusy, firanki itp. Możesz im pomóc zanosząc swoje rzeczy do najbliższego kościoła (a raczej do działającego przy prawie każdym kościele Caritasu), domu dziecka, Monaru, noclegowni dla bezdomnych, organizacji zapewniających pomoc humanitarną... Możliwości jest mnóstwo, a korzyści obopólne: obdarowana przez Ciebie osoba zyska coś porządnego do zarzucenia na grzbiet, a Ty - więcej miejsca w szafie, nie mówiąc o tym miłym, ciepłym uczuciu, które zawsze towarzyszy kiedy robimy dla kogoś coś dobrego.



Ta zasada bardzo pomogła mi przewietrzyć moją garderobę i przygotować miejsce na nowe ciuszki.
Szkoda, że nie mogę przetłumaczyć tego mojej babci... Narzeka na brak miejsca, ma mnóstwo obrusów, a w ciągu ostatnich lat kładzie tylko te białe, poza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą stół stoi bez obrusu. Nie pozbędzie się pozostałych, bo jest święcie przekonana, że kiedyś będzie regularnie kładła kolorowe obrusy na stół. Tylko dlaczego teraz ich nie kładzie? I czy na pewno będzie w stanie zrobić to w przyszłości z powodów zdrowotnych? To samo tyczy się sterty firanek i zasłonek. Niestety, starsze osoby mają często tendencję do kolekcjonowania staroci, czego nie można im przetłumaczyć, bo z wiekiem obniżają się ich możliwości intelektualne spowodowane związanym z wiekiem upośledzeniem inteligencji płynnej, a więc ciężko jest im zmienić zdanie na jakiś temat. Dlatego też osoby starsze wychowane w rodzinach i środowiskach nietolerancyjnych prawdopodobnie nie staną się na starość tolerancyjne. Ale to tylko taka dygresja. My natomiast korzystajmy z pełnych możliwości rozumowania i przetłumaczmy sami sobie, że nie potrzebujemy 10 bluzek po domu czy 3 par wydartych spodni, w które kiedyś się jeszcze wbijemy! :)

niedziela, 8 czerwca 2014

Niedziela dla włosów - i dla siebie

Uff, wreszcie sesja! Nie, nie zwariowałam :) Dwa tygodnie przed początkiem sesji to był u mnie istny młyn, sajgon i co tam jeszcze - pisanie prac naukowych na łeb na szyję (brzmi dumnie, ale to tylko 12 stron razem ze stroną tytułową, bibliografią itd., a grupa uczestników badania wynosiła jedynie 29 osób... co nie zmienia faktu, że to była moja pierwsza praca badawcza, więc trochę zajęło mi, żeby wszystko rozkminić), uczenie się na 2 zaliczenia przedmiotów dziennie ("zaliczenie" = "egzamin, tylko nie w sesji, więc powiemy, że to zaliczenie, ale będzie śmiesznie"), a na podsumowanie tygodnia wizyta w ambasadzie. Na szczęście już wiem, że niektóre rzeczy poszły dobrze, w tym wizyta w ambasadzie, w związku z czym w te wakacje będę z radością umierała z przegrzania w gorącym jak patelnia Teksasie, jupiiiii! <3
A z nadejścia sesji bardzo się cieszę, bo mam w niej tylko 1 egzamin, i to dopiero za półtora tygodnia, można się wreszcie zrelaksować :) A no i jeszcze jedna praca, ale tym razem prostsza i bardziej przyjemna, bo typowo humanistyczna: socjologia + filmy + historia, o tak.

Wracając do niedzieli dla włosów i siebie. Dlaczego dodałam to "dla siebie"? Ano, od 3 dni boli mnie głowa, praktycznie non stop, bo nawet jak biorę tabletki, to ten ból tylko się zmniejsza, a nigdy tak naprawdę nie ustaje. Dziś rano wręcz obudził mnie ból głowy i przestraszyłam się troszkę. A że ostatnio nie odżywiałam się tak zdrowo, jak byłoby to zalecane, postanowiłam zrobić sobie dzień mini-detoksu, bo a nuż to z tego wynika mój ból głowy? Nawet jeśli nie, to nie zaszkodzi zrobić sobie jeden taki dzień.



Mój plan dnia:

  1. Śniadanie: ogromny kubek zielonej herbaty (pojemność ok. 0,5 l), wafel ryżowy Sonko, owsianka na mleku (tylko ze szczyptą soli, moje kubki smakowe cierpią, bo są przyzwyczajone do owsianki na słodko :c )
  2. WŁOSOMANIA: niedziela dla JASNYCH włosów :) 
  • Umyłam głowę mieszanką szamponów z SLS z... sodą kuchenną. Dodanie do szamponu sody pozwala na usunięcie nadbudowanych substancji na włosach szybciej i efektywniej niż zwykły "zdzierak" z SLS/SLES, ale oczywiście jednocześnie bardziej wysusza i matowi włosy - zdecydowanie nie jest to rozwiązanie dla wszystkich, a jeśli już ktoś się na to zdecyduje, to raz w tygodniu maksymalnie! A najlepiej to jeszcze rzadziej. 
  • Następnie zrobiłam sobie domową pastę rozjaśniającą z cynamonu (2 łyżeczki), 1/4 szklanki naparu z rumianku z łyżeczką miodu, soku z grubego plastra cytryny, plus trochę glutka z siemienia lnianego dla poślizgu i ochrony oraz odżywka Joanna Naturia Miód i Cytryna również dla tegoż celu, a także, by za bardzo nie zmasakrować sobie włosów. Taką mieszankę nałożyłam na mokre, odciśnięte z wody włosy, ale aplikacja sprawiła mi nieco problemów, bo mimo siemienia i odżywki konsystencja mieszanki była bardzo, taka, no, tępa (bez obrazy, mieszanko) przez ten cynamon. Nałożyłam więc tak równomiernie jak byłam w stanie i potrzymałam na włosach przez ok. 20 minut (dłużej się nie odważyłam, przynajmniej na początek). O ile nie macie większej wprawy w nakładaniu specyfików na włosy niż ja, Wasza wanna będzie wyglądała o tak:
Na szczęście łatwo się spłukuje, i radzę to zrobić w miarę szybko, inaczej domownicy mogą zacząć Was podejrzewać o różne dziwne rzeczy ;)
  • Spłukałam ciepłą wodą (spłukiwało się prawie jak szamponetka, czyli dłuuugo), nałożyłam trochę odżywki Timotei Róża z Jerycha Lśniący Blask (z olejem sezamowym), odcisnęłam nadmiar wody i nałożyłam mieszankę oleju z pestek winogron i oliwy z oliwek na długość, a na skalp i włosy u nasady olejek Green Pharmacy Łopian i Skrzyp Polny. Związałam w kok, potrzymałam ok. 45 minut i zmyłam odżywką: najpierw Joanna Naturia Miód i Cytryna, a potem jeszcze balsamem zielone jabłuszko do włosów normalnych i przetłuszczających się od Alberto. Oleje rzeczywiście się domyły, ale to zasługa głównie zielonego Alberto - naprawdę dobrze myje :)
  • Po odciśnięciu z wody nałożyłam serum do zniszczonych/suchych końcówek Joanna Argan Oil - wyśmienicie ułatwia rozczesywanie i jest dosyć wydajne, kosztując przy tym naprawdę niewiele, jak na Joannę przystało. Spryskałam skalp i włosy u nasady Eliksirem wzmacniającym przeciw wypadaniu Green Pharmacy.
  • Dałam włosom wyschnąć naturalnie. Zajęło to więcej niż np. wczoraj, mimo że dziś jest jeszcze cieplej, więc winą za taki stan rzeczy obarczam wysuszenie włosów - włosy zniszczone i przesuszone schną dłużej niż zadbane i nawilżone. Po wyschnięciu efekt jest taki:
Efekt rozjaśnienia, jakkolwiek delikatny, jest. Co ciekawe, rozjaśnienie nie poszło w stronę blondu (jak np. po rumianku), tylko jakby jaśniejszego brązu. Oprócz tego włosy zyskały trochę cieplejszy odcień, podczas gdy po rumianku moje włosy mają raczej chłodny, nawet żółtawy odcień. Różnicę w temperaturze brązu widać na tle mojej brązowej koszulki, która jest zdecydowanie zimnym brązem. Ale poczekajmy, może to tylko pozostałości cynamonu nadają im taki odcień, a po następnym myciu wszystko wróci do swojej chłodnej normy?

3. W międzyczasie: popijanie wody z plasterkiem cytryny i imbirem, a później to samo tylko że ze świeżymi truskawkami :)

4. Przekąski: świeże truskawki, sałatka z truskawek i jabłka, samo jabłko, brzoskwinie "ufo", nasiona słonecznika i pestki dyni.

5. Obiad: wafle ryżowe Sonko (smuteczek :c)

6. Kolacja: ryż pełnoziarnisty na mleku, bez cukru, ale z odrobiną soli.

Oraz - inhalacje Inhalolem, żeby odetkać zatoki i przyspieszyć odkrztuszanie wydzieliny (trochę pokasłuję). Jest to olejek do inhalacji parowych, mieszanka olejku sosnowego, tymiankowego, miętowego i w największym stężeniu: terpentynowego. Wystarczy szklanka gorącej wody i dobre chęci. Polecam, pomaga w przeziębieniu i grypie lepiej niż niejeden syrop wykrztuśny. W dodatku to sama natura, a ostre opary pomagają wytępić wszelkie ślady wrogiego życia w gardle :) Kosztuje ok. 10 zł, do kupienia w praktycznie każdej aptece.


Rączki brudne od truskawek.

Dzień jeszcze się nie skończył, ale ból głowy prawie odszedł. No właśnie, prawie, niestety. Mam nadzieję, że to jednak już ostatni dzień. Mam też nadzieję, że wytrzymam na tej mojej diecie do wieczora i nie skuszę się na żadne ciasto czy mięso albo chleb...


piątek, 11 kwietnia 2014

Wiosna w mieście

Teraz co prawda pierwsze kwiaty wiosny zaczynają ustępować soczystej zieleni, ale jeszcze kilka dni temu wokół mojego bloku udało mi się złapać drzewa mirabelek i forsycje w pełnym rozkwicie:



Tuż naprzeciwko klatki ktoś nasadził kiedyś kilka krzewów forsycji w linii, obok siebie. Nikt ich nie przycina, więc są wysokie na ponad 2 metry!




Kilka kroków dalej rośnie samotne, acz sędziwe drzewo mirabelek. Całe obsypane śnieżnobiałym kwieciem wygląda po prostu bajecznie! A jak pachnie...





Uwielbiam i doceniam mój aparat - prezent urodzinowy <3 Nie, nie lustrzanka. Ale już mnie straszą, że na któreś urodziny kiedyś ją dostanę ^^

[Wszystkie te zdjęcia zostały zrobione przeze mnie i należą do mnie, wykorzystanie ich bez mojej wiedzy i zgody to naruszenie praw autorskich]

poniedziałek, 1 lipca 2013

Czy ja się kiedyś wyśpię?

Insomnia - bezsenność.
Oversomnia - moje słowo na "schorzenie", na które cierpię, czyli wieczna tęsknota za moim łóżkiem.

Wzięłam słowo schorzenie w cudzysłów, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nic poważnego mi nie jest.

"A może to niedobór jakiegoś pierwiastka?"
"A może to zespół przewlekłego zmęczenia?"

Taa, gdzie tam. Zawsze kiedy mam wszystkie objawy jakiejś przewlekłej choroby, robię badania i okazuje się, że jestem zdrowa jak koń. Swoją drogą, jestem pewna, że gdybym poszła do lekarza i powiedziała, że podejrzewam, że cierpię na zespół przewlekłego zmęczenia, to odesłano by mnie z kwitkiem - a na tym kwitku recepta na witaminy i zalecenie, żeby nie być takim żałosnym leniem i paranoiczką. I żeby się nad sobą nie użalać. Oczywiście gdybym poszła do lekarza prywatnie, dostałabym skierowanie na badania wszystkich możliwych parametrów. I okazało by się, że potrzebuję tylko tabletek z magnezem czy coś. I byłaby to wiedza, której zdobycie kosztowałoby mnie jakieś 800 zł na lekarza i badania.

Nieważne, ile śpię - czy to 7, 8 czy 10 godzin - zawsze zanim zajdzie słońce robię się zmęczona i śpiąca.
A może to dlatego, że przeważnie nie przesypiam tych wszystkich godzin bez przerwy? Prawie zawsze ktoś w domu wstaje przede mną i budzi mnie swoim chodzeniem po mieszkaniu, bo mam bardzo płytki sen. Zasypiam zaraz potem. Ale może to już się nie liczy?

Przeczytałam gdzieś, że aby tak naprawdę się wyspać, powinno się pójść spać około 22.00, bo o tej porze coś tam coś tam. Kiedyś mi się to chyba udało i było całkiem nieźle. Ale ogólnie spełnienie tego warunku jest niemożliwe. Nigdy nie udaje mi się być w łóziu gotowa do spania o 22. Przeciwnie, im później się robi, tym mniej chce mi się spać, a około północy to normalnie jestem gotowa w piżamie świat zdobywać. Na mądrych stronach w internetach wyczytałam, że ludzie o wyższym IQ mają tendencję do nocnej aktywności, podczas gdy ludzie obdarzeni niższą inteligencją idą spać wcześniej. Nie ma co, niesamowicie mi to pochlebiło. Co nie zmienia faktu, że moje życie byłoby prawdopodobnie o wiele bardziej ustabilizowane, gdybym była gupsza.

W kilku źródłach widziałam też, że temperatura w sypialni powinna wynosić około 17 stopni. Co za bzdura! Ja nie mogę spać jak jest tak cholernie zimno! Plus, słowo daję, kiedy jest mi zimno w ramiona (czyli kiedy mam piżamę z krótkim rękawem i nie ma upału) jak śpię, to mam naprawdę paskudne koszmary. Może kiedyś jakiś mądry amerykański naukowiec powiąże ze sobą te dwa fakty.

Co by to nie było, fakty są takie, że całymi dniami marzę o powrocie do łóżka.

A może to miłość?

Zobacz również: