Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2015

Amerykańskie kosmetyki - cz. 2 (pielęgnacja twarzy)

W moim docelowo 3-częściowym mini-cyklu "Amerykańskie kosmetyki" przedstawiam rzeczy, które zdobyłam podczas mojego pobytu w Kraju Kwitnącego Hamburgera, a które są niedostępne w Polsce, a przynajmniej tak mi się wydaje. Część 1, włosowa tutaj - KLIK!

Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P



1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.





2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut. 
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.





3. Simple - Soothing Facial Toner, czyli kojący tonik do twarzy z "kochającymi skórę składnikami", takimi jak prowitamina B5, rumianek, oczar wirginijski i alantoina. Nie zawiera za to potencjalnie podrażniających sztucznych substancji zapachowych, barwników czy alkoholu. To dobry sposób na wyrównanie pH po glinkach czy mydle, ale ja zawsze jednak muszę go zmyć. Zmywam wodą wszystkie toniki (inaczej czuję się nieświeżo i moja skóra tego nie lubi) i tak samo jest z tym. Jeśli nie macie wybitnych problemów z trądzikiem, możecie go oczywiście zostawić na skórze. Polecam.





4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)





 5. Reviva Labs - krem z 10% kwasem glikolowym (z amerykańskiego internetu)


 Mój wyjazd do USA przypadł niestety w tym okresie, kiedy w hurtowniach w całej Polsce zabrakło kremu Acne-Derm z 20% kwasem azelainowym. Został się oczywiście Skinoren, który przy takim samym działaniu kosztuje 2 razy więcej. Gdzieś w internetach wyczytałam, że kwas glikolowy ma takie same działanie jak azelainowy, więc kupiłam sobie ten oto kremik na stronie Swanson. Ma to być kontynuacja kuracji tym kwasem rozpoczęta kremem 5%. Ja, szalona i odważna, od razu zabrałam się za 10%, haha. Skończyło się niestety podrażnieniem i marnymi, ba, może nawet żadnymi efektami! Kwas azelainowy jest jednak sto razy lepszy, bo w przeciwieństwie do tego ustrojstwa szybciej wybiela i ma działanie przeciwbakteryjne. Zresztą każdy, kto stosował, wie :) W sumie nie powinnam się aż tak dziwić, bo producent dedykuje ten krem osobom z cerą dojrzałą, w celu rozjaśnienia przebarwień spowodowanych wiekiem i ekspozycją na słońce (czyli też wiekiem, bo obecni seniorzy i ludzie w średnim wieku nie myśleli nawet o używaniu filtrów, a na pewno nie w takim stopniu, co my dzisiaj).
 Skład piękny: wyciągi z rabarbaru, dyni, rumianku, oczaru, witaminy, olej słonecznikowy i wiele innych ekstraktów, ale jednak nie dla młodej cery :) Jeśli ktoś z młodszego pokolenia chce zacząć rozjaśniającą kurację kwasami, lepszy jest azelainowy, lepiej dostępny i tańszy. Natomiast ten kremik do nabycia na stronie Swanson za ok. 15$.





6. Burt's Bees - Radiance eye cream, czyli rozświetlający krem pod oczy z mleczkiem pszczelim.


Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.




Sprawiłam sobie ten kremik ot tak, żeby się trochę porozpieszczać ;) Stosowany regularnie pielęgnuje i delikatnie rozjaśnia skórę pod oczami. Nadaje się pod makijaż, zostawia cienką ochronną warstewkę, ale jest ona dosyć przyjemna i wcale nie tłusta.

Skład długi, ale pełen dobroci. Wystarczy spojrzeć:





7. Pomadki Eos!


Kupiłam w czteropaku za jakieś 8,50$ w Sam's Club. Wyszło ciut taniej, niż pojedynczo. Do wyboru mamy wersję miętową ("słodka mięta"), melonową, truskawkową ("truskawkowy sorbet") i wieloowocową ("letnie owoce").



Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)

Dla ciekawych składu:




***


Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.

Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)

niedziela, 30 listopada 2014

Denko październikowo-listopadowe + piosenka na poprawienie humoru :)


Zagapiłam się z wstawieniem październikowego denka (chociaż kto powiedział, że denka muszą być koniecznie comiesięczne?), więc bez zbędnego wstępu przedstawiam swoje ostatnie zużycia, zdradzam czy je polubiłam i czy kupię ponownie.

PAŹDZIERNIK:

1. Original Source, kokosowy żel pod prysznic - super, uwielbiam! Jako jeden z niewielu żeli ten zupełnie mnie nie wysuszał (zresztą jego "funkcja" ma być właśnie nawilżająca), pięknie pachniał, był dosyć wydajny, no i często można go dorwać na promocjach. Kiedy znów zapragnę kokosowego żelu pod prysznic, na 100% wezmę ten. W ogóle bardzo lubię Original Source :)
Czy kupię ponownie: TAK

2. Ziaja, maska do włosów farbowanych "intensywny kolor". Zawiera olej rycynowy, kondycjonery, witaminę B5 - i niewiele poza tym. Dosyć krótki skład, co dla jednych jest zaletą, ale dla mnie była niestety za lekka, plus moje włosy nie lubią się z olejem rycynowym. Ta jej lekkość sprawia również, że można ją stosować bez spłukiwania, co również zaleca producent na opakowaniu. Rzeczywiście nie przeciąża wtedy włosów. Stosowałam ją na sto różnych sposobów - jako oba O w OMO, tudzież tylko jako pierwsze lub tylko jako ostatnie, nakładałam na krótko, na długo... Za każdym razem było kiepsko - włosy nie miały żadnego blasku, były niesforne i nie wyglądały zbyt dobrze (tak jak w zdjęciach z lipca w tej aktualizacji włosowej). Maska dobrze służyła mi jednak jako baza do tuningowania - wymieszana z olejem kokosowym i nawilżającą odżywką granatową z Alterry dawała bardzo dobre efekty. Ale solo nie. W dodatku nie ma na opakowaniu informacji co do przydatności do użycia po otwarciu - przekonałam się dopiero na własnej skórze, kiedy po 3 miesiącach wróciłam do domu i zastałam na słoiczku... grzyb. Dokładnie na wieczku od wewnątrz i na zrębach wokół otwarcia. Not cool...
Czy kupię ponownie: NIE

3. Jantar, odżywka do skóry głowy. Tego pana nie muszę chyba nikomu przedstawiać :P Wcieramy go w czysty, suchy skalp, co nie jest dla mnie takie proste, bo bardzo przyśpiesza mi on przetłuszczanie. W związku z tym wcieram go tylko po powrocie do domu jak już wiem, że nigdzie nie będę wychodzić. Sam w sobie jest w porządku, a w połączeniu z piciem pokrzywy daje świetne efekty w postaci nowych baby hair. Co prawda nie jest ich u mnie tyle co u innych blogerek, ale są i bardzo mnie to cieszy. Obecnie chyba znowu zmieniła się formuła... być może nastąpił powrót do starego składu, bo Jantar ma nowe opakowania i napis "tradycyjna formuła". Nie sprawdzałam co to dokładnie znaczy, ale jakieś różnice rzeczywiście są. Ciekawe, ciekawe.
Czy kupię ponownie: TAK

4. Alterra Cellulite Hautoel pomarańcza i brzoza. Jest to olej do ciała, szczególnie do masażu partii dotkniętych cellulitem, ale wiadomo, że włosomaniaczki używają go do olejowania czupryny. W razie czego można wykorzystać go zgodnie z jego pierwotnym zastosowaniem i w tej roli też się sprawdza :) Chociaż mi było go szkoda tak lać na siebie (do masażu bańkami chińskimi idzie u mnie całkiem sporo produktu), więc do tego celu wymieszałam go z oliwką dla dzieci. Jeśli chodzi o olejowanie włosów - wspaniale! W dodatku ten zapach... <3 Sto razy lepszy od oliwy z limonką tej samej firmy, której obecnie używam. Producenci chyba zauważyli ten popyt na pomarańczową Alerrę, bo kiedy ją kupowałam ho ho, dawno temu, to wszystkie te olejki były w tej samej cenie, a teraz pomarańcza jest kilka złotych droższa od pozostałych dwóch.
Czy kupię ponownie: za każdym razem wypróbowuję nowe oleje, ale kiedyś pewnie TAK :)

5. Joanna Naturia odżywka bez spłukiwania z cytryną i miodem. Wiele osób chwali sobie te odżywki, ale są to chyba osoby o włosach wysokoporowatych, bo moje niskopory nie akceptują alkoholu izopropylowego, który tam niestety straszy... A fe, a fe! Włosy były po tej odżywce sztywne, pozbawione blasku, a na wszystkich końcówkach widać było białe kulki. Niektórzy używają tych odżywek do mycia, ale w tej roli też się u mnie nie sprawdziła. W dodatku pachnie jakoś mdło.
Użyłam tej odżywki do serów sprayu, szczególnie do rozjaśniającego, bo dobrze rozpuszcza się w wodzie i emulguje oleje.
Czy kupię ponownie: NIE

6. Mrs. Potter's balsam do włosów farbowanych z ginko biloba. Używałam go tylko do mycia włosów i sprawdzał się dobrze. Ze względu na dużą pojemność (pół litra) i niską cenę (ok. 6 zł) jest to idealna odżywka do tego celu.
Czy kupię ponownie: być może, ale prawdopodobnie inne wersje

7. Timotei odżywka "lśniący blask". Rzeczywiście nadawała włosom blask, fajnie pachniała. Z tym, że opakowanie krzyczy: "z olejem sezamowym!" a w składzie okazuje się, że to tylko ekstrakt. Mimo to odżywka robiła co powinna. W dodatku kupiłam ją na promocji za śmieszne pieniądze, więc - tyle wygrać :D
Czy kupię ponownie: pewnie TAK

8. Green Pharmacy, olej łopianowy ze skrzypem. Olej jak olej. Mój skalp nie lubi się z olejami i z tym też się nie polubił. Natomiast do olejowania długości wolę po prostu inne oleje, szczególnie takie, które ładnie pachną i/lub które można wykorzystać do innych celów (spożywczych, do pielęgnacji ciała), ten natomiast jest dedykowany tylko do włosów.
Czy kupię ponownie: NIE




LISTOPAD:

1. Le Petit Marseilais, żel pod prysznic mandarynka i limonka. Ma nawilżać i odświeżać. Odświeża, a czy nawilża... Jakoś strasznie mnie nie wysuszał, ale przeważnie musiałam użyć potem nawilżającego mleczka, by poradzić sobie ze uczuciem ściągnięcia.
Czy kupię ponownie: nie wiem, ale chyba NIE

2. Isana, krem do rąk z rumiankiem. Taka mała, bo to opakowanie "samolotowe", czyli 100 ml. Po zużyciu miniaturki mam ochotę dać szansę pełnowymiarowej wersji, bo działa świetnie! Co prawda było lato kiedy ją testowałam i nie wiem czy poradziłaby sobie zimą, ale jestem pełna optymizmu. Mój chłopak, kiedy dotknął moich dłoni po użyciu tego kremu, stwierdził, że są "przerażająco gładkie" i że czuje się bardzo nieswojo, bo ma wrażenie, że dotyka niemowlaka :D Dobra rekomendacja, czyż nie? :)
Czy kupię ponownie: TAK

3. Isana Hair Birkenwasser - woda brzozowa do włosów z prowitaminą B5. Bubel! Składa się z alkoholu, wody brzozowej, prowitaminy B5 i zapachu (niekoniecznie w tej kolejności). Ten zapach jest szczególnie paskudny. W dodatku woda sama w sobie nic nie zdziałała. Kupiłam ją dawno, dawno temu, więc nie wiem czy jest w ogóle jeszcze dostępna. Na zdjęciu widać jeszcze trochę na dnie, ale wylewam. Beznadzieja.
Czy kupię ponownie: NIE

4. Naturalny olejek eteryczny sandałowy. Zapałałam miłością do olejków eterycznych i moja kolekcja sukcesywnie się powiększa. Olejek sandałowy świetnie sprawdza się jako dodatek do kąpieli - ładnie pachnie i relaksuje. Gdzieś widziałam też zastosowanie w domowym toniku na wągry, ale na mnie nie podziałał.
Czy kupię ponownie: TAK

5. Isana Med mleczko do ciała Urea+. Smarowałam nim łydki kiedy używałam depilatora. Bardzo dobrze nawilża. Nie pachnie, więc nie podrażni. Jedyna wada - bardzo się lepi i długo się wchłania.
Czy kupię ponownie: być może

6. Lady Speed Stick Invisible - antyperspirant w żelu. Ten bezbarwny żel pozostawił białe ślady na czarnych ubraniach. Jak to możliwe? Nie wiem :D Jeśli chodzi o ochronę przed potem, ocenię ją jako przeciętną. Spodziewałam się nie wiadomo czego po tych reklamach z Marią Szarapową (wieki temu, ale co tam!), a tu taki raczej średniaczek. Zapach też nie powala na kolana. Wolę inne.
Czy kupię ponownie: NIE

7. Ziaja Sopot, rozjaśniający krem pod oczy. Kupiłam go wieki temu i dopiero niedawno zmobilizowałam się, by go zużyć. Podczas tego intensywnego zużywania zgubiłam zakrętkę. Krem po oczy - jak to krem. Czy rozjaśnia cienie? Moich nie ruszył, aczkolwiek nie mam nadziei, że cokolwiek da radę. Bardzo wydajny, zużywałam go naprawdę w nieskończoność. Ociupina jeszcze została, ale mam dość i mówię mu już papa.
Czy kupię ponownie: NIE

***

I obiecana piosenka! Raz na jakiś czas (ostatnio coraz częściej!) robię sobie przerwę od metalu i innych ciężkich brzmień na rzecz takich dziewczyńskich, wesołych rytmów. Ta piosenka bardzo poprawia mi humor i sprawia, że mam ochotę kupić bieliznę American Apparel :P




To tyle! Znacie te produkty? Jak sprawdziły się u Was? No i jak podoba się piosenka? :)


niedziela, 23 listopada 2014

Niedziela dla włosów VI - awokado i mąka

Dawno nie chwaliłam się moimi niedzielami włosowymi, ale też nie bardzo było czym. Wiele moich weekendów wyglądało tak jak poprzednia NDW - jajko, olej, maska... Nic ciekawego. Za to dzisiaj ociupinę zaszalałam. :)




Dziś w roli głównej wystąpiły:

  • 1/4 awokado
  • łyżeczka mąki ziemniaczanej (jeśli pierwsze skojarzenie po zobaczeniu zdjęcia było inne - IDŹ NA ODWYK! :D)
  • 2 czubate łyżeczki maski Biovax intensywnie regenerującej do włosów suchych i zniszczonych
  • parę kropel nafty kosmetycznej z dodatkiem wit. A i E.

Awokado (lub jak mówi moja babcia - adwokato) rozciapciałam widelcem na gęstą papkę, którą wymieszałam ze skrobią, a następnie z maską i naftą. Powstała taka przyjemna, ufoludkowa masa:


Wygląda trochę jak guacamole, ale zdecydowanie nie polecam próbować:D


Jeśli chodzi o to co zrobiłam z włosami:
  • naolejowałam je na noc olejem kokosowym (od uszu w dół)
  • następnego dnia umyłam szamponem z slseskami Joanna Rzepa - dzięki temu, że końcówki były wcześniej naolejowane, nie uległy wysuszeniu przez mocne detergenty zawarte w tym szamponie
  • nałożyłam na odciśnięte z wody włosy zieloną maskę z awokado i trzymałam pod czepkiem foliowym i ręcznikiem przez ok. 40 minut
  • spłukałam pobieżnie maskę wodą, a następnie płukanką ze skrzypu
  • pozostawiłam włosy do naturalnego wyschnięcia.

Teraz widzę na innych blogach, że większość osób zmywa awokado szamponem... Hmm. Gdy rozczesałam włosy na mokro, były takie jakieś sztywne i nieco posklejane, ale gdy wyschły zrobiły się na szczęście bardzo mięciutkie.

Oczywiście kiedy włosy całkowicie już wyschły, zrobiło się ciemno i nie było mowy o zrobieniu zdjęcia w świetle dziennym. Zamieszczam więc zdjęcia w sztucznym świetle z łazienki, ale ostrzegam, że są one zafałszowane. Nie wiem czemu ale szczególnie światło z tej łazienki sprawia, że moje włosy wyglądają na o wiele bardziej błyszczące niż w rzeczywistości. W świetle naturalnym były po tej masce o wiele bardziej matowe.




Ciuchy po domu ;)




Efekty, czyli moje włosy po tej kuracji są:
nawilżone,
+ dociążone, ale nieprzeciążone - CUD!
miękkie,
+ mięsiste,
- ALE niestety wcale nie błyszczące,
- nieco się strąkują.

Myślę, że aby rozwiązać dwa powyższe problemy, wystarczyłoby umyć włosy delikatnym szamponem i nałożyć potem odżywkę, np. Nivea Long Repair (lub w ogóle pominąć mycie szamponem i od razu przejść do odżywki). Wtedy włosy powinny nabrać blasku i przestać zbijać się w strąki.


Awokado świetnie sprawdza się również jako maseczka do twarzy, dekoltu i pleców. W połączeniu z jogurtem i paroma kroplami soku z cytryny doskonale nawilża i nawet chyba rozjaśnia i wyrównuje koloryt, bo taki efekt na sobie zaobserwowałam, gdy jej kiedyś użyłam :) Dziś wieczorem planuję znów jej użyć, już nie mogę się doczekać :)

To dobry sposób na "pozbycie się" przejrzałego awokado, jeśli nie jesteśmy zbyt wielkimi fankami jego smaku (ja jem przez rozum, ale tylko cienkie plasterki lub wymieszany z tuńczykiem lub łososiem z puszki).

Próbowałyście? Lubicie adwokato na włosach? :)



niedziela, 5 października 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 2

Denko jest przedwyjazdowe, a teraz jest już dawno po wyjeździe, oj kiepsko z tym moim pisaniem na bloga, kiepsko... Ale część pierwsza była (tu: klik!), więc i druga musi być. 

Część pierwsza była włosowa, ta będzie bardziej "ciałowa". No to jedziemy! ;)


1. Perfecta: Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu z wyciągiem z bawełny i świetlikiem. Dostałam go na święta i mimo standardowej pojemności sukcesywnie zużywałam go przez pół roku, a to dlatego, że kiepsko radzi sobie z makijażem wodoodpornym i do tego celu musiałam jednocześnie używać innych produktów. W ogóle nie rozpuszcza wodoodpornej maskary; usuwałam ją właściwie mechanicznie, czyli mocno pocierając oczy wacikiem. Z drugiej strony jest cudowny do zmywania zwykłego makijażu - całkiem dobrze sobie z nim radzi i przede wszystkim redukuje uczucie zmęczonych oczu i zaczerwienienie. Dla tego działania używałam go z rana, mimo że wtedy niczego nie zmywałam - wyciąg ze świetlika delikatnie rozjaśnia i łagodzi. Ten płyn micelarny potrafił "postawić moje oczy na nogi" z samego rana, ale to chyba za mało, bym kupiła go ponownie. Podobne działanie wykazują kompresy z herbatki ze świetlika.

2. Garnier Czysta Skóra Active: Ultrazłuszczający peeling z kwasem salicylowym i Herbarepair. Zajęło mi dobre 5 lat, by wreszcie uświadomić sobie, że nie powinnam używać mechanicznych peelingów, bo podrażniają moją naczynkową trądzikową cerę, fundując efekt buraka i dodatkowe wypryski. Jednak przez pewien czas byłam z tego produktu bardzo zadowolona - na tyle, że zużyłam 2 czy 3 jego opakowania. Jest to najbardziej odpowiedni dla cery takiej jak moja peeling mechaniczny, a to dlatego, że jest bardzo drobnoziarnisty i zawiera kwas salicylowy, pomocny w leczeniu trądziku. Robi co powinien i pozostawia przyjemne uczucie świeżości. Zawiera SLS, ale jakoś się nie pieni i nie wysusza. Gdyby moja cera nie była tak kapryśna, dalej bym go używała. 
Gdzie i za ile: drogerie, ok. 16 zł

3. Hean Cosmetics: Slim No Limit (kuracja ujędrniająca) Peeling Masaż solankowy do ciała z miłorzębem japońskim i d-panthenolem. Zakupiony jako peeling do całego ciała, a w szczególności do miejsc dotkniętych cellulitem. I tu nie jestem ekspertką, bo nigdy nie zauważyłam u siebie by jakiekolwiek peelingi poprawiały stan mojej pomarańczowej skórki, chyba że domowy peeling kawowy, który daje efekty dzięki dużej zawartości kofeiny. Ujędrniający masaż solankowy średnio ściera, ujędrnienia natomiast nie zauważyłam na żadnej części ciała. Powiedziałabym, że prawie bubel. Więcej raczej nie kupię - są lepsze peelingi, które dodatkowo przyjemniej pachną, a najbardziej kocham domowe sposoby, ścierające rękawice i szczotkowanie na sucho (sposób podpatrzony u Aliny).
Gdzie i za ile: Rossman, ok. 13 zł

4. Nivea Supreme Touch z masłem shea i olejkiem z orzechów macadamia (żel pod prysznic). Przyjemnie pachnie. Producent obiecuje uczucie nawilżenia także po wytarciu ręcznikiem i rzeczywiście ten żel wysusza moją skórę mniej niż inne ;) Być może kupię ponownie, ale tylko na promocji, bo cena regularna wydaje mi się nieco za wysoka jak na taką pojemność.
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena promocyjna: 7 zł

5. Facelle Waschlotion, duftneutral, mit Avocado- und Kamillenextrakt, czyli bezzapachowy płyn do higieny intymnej Facelle z ekstraktem z awokado i rumianka. Hit włosowej blogosfery i dobry płyn do mycia wszystkiego. Mi jednak średnio przypadł do gustu, bo jest taki jakby śliski i ciężko go zmyć ze skóry, natomiast włosy po umyciu nim są jakby tępe i splątane, ogólnie ciężko umyć nim głowę, a po wysuszeniu jest jeszcze gorzej. No cóż, co kto lubi - ja akurat lubię co innego. ;)
Gdzie i za ile: Rossman, cena ok. 4 zł, w promocji za 2 zł (!)



6. Nie wiem czemu pominęłam jeszcze antyperspirant Adidas Pro Clear Cool&Care, roll-on, widoczny na zbiorczym zdjęciu powyżej. To już moje kolejne rozczarowanie dezodorantami Adidas. Od marki sportowej wymagam maksymalnej ochrony, a on sprawuje się przeciętnie. O wiele lepiej działają na mnie antyperspiranty Garniera. Więcej nie kupię, chyba że będzie w mega promocji ;)
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena do 13 zł


7. Dołączam też kolejny produkt, który nie załapał się na żadne zdjęcie grupowe (ale nieogar!), czyli Seboradin: Maska przeciw wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Poniżej przedstawiam obietnice producenta...


Ale super! Żeby tylko jeszcze tak to działało :D Włosy po tej masce są bardziej sprężyste i lśniące, to prawda, ale tak jak wypadały, tak dalej wypadają. Stosowałam tą maskę tylko na skalp, bo zależało mi tylko na działaniu ograniczającym wypadanie, trzymałam dłużej niż zalecane 5 minut - i nic. 
Skład:


Na pewno nie kupię ponownie. Jest za droga jak na takie działanie i pojemność, w dodatku nie spełnia swojego głównego zadania, czyli nie ogranicza wypadania.
Gdzie i za ile: niektóre apteki i niesieciowe drogerie, internet (np. doz.pl), cena 25 zł.

To wszystko! Tak długo zwlekałam z tym denkiem, że niedługo będzie chyba następne :D
A jak Wam idzie zużywanie kosmetyków?

Zobacz również: