Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosomania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosomania. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2015

Aktualizacja!

Dawno mnie tu nie było! Zaniedbuję tego bloga tak samo jak mojego drugiego, jedzeniowego, a to dlatego, że zaczęłam pracować na cały etat! Praca - spoko, ale angażuje człowieka na 8 godzin dziennie (do czego nie jestem przyzwyczajona :P), co - plus prawie codzienne treningi po pracy - nie zostawia wiele czasu na pisanie bloga. A nawet gdy mam czas, to jestem zbyt wyssana z energii, żeby mieć jeszcze jakąś wenę. Lub muszę ten czas poświęcić na porządki w mieszkaniu po całym tygodniu maksymalnego zaniedbania albo gotowanie posiłków na następny tydzień pracy. Hmm, w sumie brzmi to gorzej niż wygląda w rzeczywistości, naprawdę :P

A więc za pierwszą wypłatę poszłam do fryzjera! :D Oczywiście nie żeby zaszaleć, tylko żeby podciąć końcówki. Co dla samopodcinającej się włosomaniaczki może stanowić odrobinę szaleństwa :P Salon fryzjerski, w którym zwykle podcinałam końcówki za 15 zł - co jak na Warszawę jest niespotykaną taniochą! - został przekształcony w jakiś salon piękna, w którym jest tylko już "stylista fryzur", czy jakoś tak. Więc poszłam gdzie indziej. W tym samym budynku znajduje się malutki salonik fryzjerski, ale taki z prawdziwego zdarzenia. Za podcięcie końcówek bez mycia chcieli 25 zł, więc się zgodziłam - wg moich doświadczeń zwykle chcą co najmniej 40 zł.

Pani fryzjerka nie miała litości dla moich włosów. Czesała je gęstym grzebieniem, a kiedy napotykała na jakiś splątany fragment, to szarpała, aż rozczesała. Bolesna była to strategia, a moje włosy ostatnio bardzo się plączą, więc możecie sobie wyobrazić stopień mojego zadowolenia z przebiegu całego procesu... Końcówki podcięła na szczęście tak jak chciałam. Co do ostrości i jakości użytych przez nią nożyczek nie jestem pewna, ale przynajmniej centymetrów ubyło tyle, ile miało ubyć... Czyli jakieś 3. Oto efekty:





Pasek w talii jest oczywiście do celów pomiarowych, nie modowych. Chociaż z tyłu nie wygląda to najgorzej :D

Włosy mają być podcięte w kształt litery U. Jak widać, ciężko zapanować mi nad końcówkami. Wyglądają lepiej niż w poprzedniej aktualizacji, ale to dlatego, że wtedy zostały wyczesane grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami, a tutaj - tą ślicznotką:


 Uwielbiam <3 Kocham rzeczy piękne, a ostatnio ciągnie mnie do złota. W pracy już dwie koleżanki pytały się mnie o tę szczotkę, kiedy czesałam sobie nią włosy. Jedna z nich powiedziała, że jej koleżanka twierdzi, iż odkąd kupiła Tangle Teezer, nie jest w stanie wyobrazić sobie czesania się czymkolwiek innym! Poniekąd ją rozumiem ;)

Jeśli chodzi o przyrost, to ostatnio coś wolno rosną mi włosy. Częściowo to pewnie wina pory roku. Żywieniowo raczej na pewno wszystko jest okej - odstawiłam całkowicie gluten i nabiał, plus co najmniej jeden posiłek dziennie jest paleo, a więc jem prawie same wartościowe rzeczy (nie zapycham się ciastkami, chlebem, makaronem itd.). Rozważam suplementację np. Calcium Pantotenicum, ale to od grudnia. Póki co kilka razy w tygodniu wcieram w skórę głowy olej łopianowy z papryką na całą noc, czasem Jantar na cały dzień lub trochę soku z cytryny na skalp. Grunt to systematyczność, a to ostatnio trochę u mnie szwankuje. Ale tylko trochę.

A jak tam Wasza walka o centymetry? :)  


niedziela, 4 października 2015

Niedziela dla włosów: Jego Wysokość Jajo i Jej Wysokość Awokado, plus księżniczka Oliwa



Tak, wszystko ze mną w porządku, dziękuję :D Postanowiłam nadać powyższym składnikom takie tytuły, bo moim zdaniem w pełni na nie zasługują! Są to według mnie absolutne klasyki w pielęgnacji włosów - prawdziwa rodzina królewska.

Dawno nie robiłam sobie takich kompresów na skalp i włosy. A to przecież od nich zaczęła się moja cała pielęgnacja! Niestety takie kompresy są niewygodne, bo najpierw trzeba oddzielić żółtko od białka, obrać i pociapać awokado, wymieszać z olejem, potem nakładanie tego na włosy nie należy do najłatwiejszych zadań; często mimo dobrej konsystencji kompresu i owijania folią kapie mi trochę na ramiona czy spływa po skroni, a na koniec trzeba umyć głowę szamponem, i trzeba to zrobić dokładnie, bo inaczej włosy zwyczajnie się nie domyją i będzie jedna wielka klapa.
Tak więc jak widać taki kompres nie jest tak prosty i przyjemny w użyciu jak sklepowa maska, ale daje o wiele lepsze efekty, bo faktycznie odbudowuje włosy i przyczynia się do wyraźnej poprawy ich stanu, a nie tylko wyglądu.

UWAGA: Istnieją włosy, które nie tolerują dobrze protein, albo nie tolerują protein wielkocząsteczkowych, takich jak w jajku. W takim przypadku po takim kompresie może nastąpić pogorszenie wyglądu włosów, a w najlepszym przypadku właścicielki takich włosów nie zaobserwują żadnej poprawy. Wtedy nie należy się zrażać, tylko zwyczajnie wyeliminować jajko i spróbować ponownie za tydzień :) 

Składniki kompresu:
  • żółtko jaja
  • 1/5 dojrzałego awokado
  • 2 łyżki oliwy z oliwek lub ulubionego oleju do włosów
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • ewentualnie jakiś humektant: miód, aloes, gliceryna, itp. (ja nie użyłam)
 Sposób przygotowania kompresu:
  1. Żółtko oddzielić od białka - będziemy używać tylko żółtka (białko jako źródło protein jest ok, ale bardzo skleja włosy, dlatego generalnie nie używa się go do włosów).
  2. Awokado rozciapać widelcem, dodać do żółtka i wymieszać.
  3. Dodać sok z cytryny, dzięki temu konsystencja będzie nieco bardziej przyjazna i olej lepiej wymiesza się z całością. Teraz należy dodać również ewentualne humenktanty.
  4. Wmieszać olej.



Sposób użycia (dla doświadczonych włosomaniaczek to wszystko oczywiste, ale nie każda czytająca to osoba jest doświadczoną włosomaniaczką):
  1. Umyć skalp i włosy mocnym szamponem-zdzierakiem, żeby przygotować je na dawkę dobroci, jaka za chwilę nastąpi.
  2. Odcisnąć włosy z wody,  użyć ręcznika lub bawełnianej koszulki, żeby włosy były tylko wilgotne! Inaczej szybko pożałujemy lenistwa.
  3. Nałożyć kompres równomiernie na całą długość włosów i skórę głowy. Do nakładania na skalp można użyć wacika.
  4. Owinąć głowę folią i ręcznikiem, trzymać 30-45 minut, a nawet godzinę.
  5. Gdy nadejdzie już ten czas, że dłużej nie da się z tym wytrzymać, należy dokładnie i długo płukać włosy i skalp, bo jakąś część z tego da się wypłukać samą wodą. Resztę TRZEBA domyć szamponem. Najlepiej użyć średnio delikatnego szamponu, np. Alterra (szampony dla dzieci mogą sobie nie poradzić) i broń Boże niczym go nie rozcieńczać ani nie używać samej piany, bo zwyczajnie nie wystarczy. Należy użyć hojnej ilości szamponu, żeby umyć dokładnie skalp oraz włosy na długości! Sama spływająca piana nie wystarczy - trzeba tę pianę dokładnie wcierać w całe włosy przez około minutę, żeby mieć pewność, że włosy nie będą po tym wszystkim przeciążone. 
  6. Jedno mycie powinno wystarczyć, chyba że macie włosy niskoporowate.
  7. Nie używać już żadnych odżywek do spłukiwania! Poczekać, aż włosy wyschną i wtedy stwierdzić, czy końcówki jeszcze czegoś potrzebują. Jeśli beztrosko nałożycie np. odżywkę bez spłukiwania lub serum zanim włosy wyschną, to jest szansa, że skończycie z tłustymi strąkami, więc ostrożnie.
  8. Podziwiać swoje wzmocnione i odżywione włosy :)


Taki cotygodniowy kompres to dobre rozwiązanie na ten jesienny okres, kiedy walczymy zarówno z przesuszeniami po lecie, jak i z bezlitosnym jesiennym wiatrem i - już niedługo - efektami początku sezonu grzewczego...

Używacie takich tradycyjnych masek? Czy może trzymacie się od jajka z daleka? :)

sobota, 12 września 2015

Denko!


Które to już denko? A nie wiem, czy to ważne? :P Ważne, że jest! Zapraszam :)

1. L'Oreal Elseve Total Repair 5, odżywka wypełniająca. Twierdzi, że zawiera "cement", który "wypełnia ubytki" we włosach. Brzmi to jak jakieś voodoo, a chodzi tak naprawdę o jakieś aminokwasy i keratynę, czyli składniki protein i proteiny, które owszem, wypełniają ubytki we włosach. Jeśli chodzi o faktyczne działanie, to było okej. Bez szału. Konsystencja dosyć wodnista, zapach typowy dla kosmetyków Elseve - nie jest to mój ulubiony zapach. Szybko wchłania się we włosy, co dla mnie nie jest zaletą. Było okej, ale bez szału i dlatego nie kupię ponownie. Całe szczęście kupione było na promocji, chyba za ok. 8 zł w SuperPharm.

2. Alterra, emulsja z granatem do oczyszczania twarzy. Nie, nie i jeszcze raz nie. Myślałam, że będzie to kompromis między OCM i normalnym oczyszczaniem, ale niestety kompletnie się na mojej twarzy nie spisało. Lepka konsystencja, niedokładne oczyszczanie, a po zmyciu wodą (co było konieczne ze względu na okropny dyskomfort na twarzy) - brak nawilżenia! Moja tłusta skóra domagała się nawilżenia mimo tego, że ta emulsja jest przeznaczona do skóry suchej! Użyłam kilka razy, potem przez długi, długi czas stało to to na półce, aż w końcu wylądowało w koszu. Zdecydowanie nie kupię ponownie tej emulsji ani żadnego produktu stworzonego w ten sam sposób.

3. Alterra, szampon nadający objętość, papaja i bambus. Jest to ulubiony, oprócz wersji z pszenicą, szampon wielu osób - ale nie mój. Pachnie jak proszek do oranżady, co nie musi być koniecznie wadą. Natomiast jeśli chodzi o działanie, to nie lubię efektu, jaki daje na moich włosach. Trochę skrzypiący, ale nie do końca. Po użyciu mam wrażenie, że czegoś moim włosom i skórze głowy brakuje. Wolę delikatniejsze szampony, uzupełniane raz na jakiś czas mocniejszym szamponem z SLS, niż takie pół na pół. Tej wersji nie kupię ponownie; pozostanę wierna Alterze migdałowej, nawilżającej z granatem i tej z pszenicą. Polecam polować na promocje, bo cena regularna to 9,99 zł, a w promocji 6,99 czy nawet 5,99! Zawsze wtedy wrzucam do koszyka nawet po 4 butelki ^^

Produkty Alterry są dostępne wyłącznie w drogeriach Rossman.




4. Intimelle, delikatny żel do higieny intymnej z rumiankiem. Dowiedziałam się o nim na jakimś blogu, teraz nie mam już pojęcia, gdzie dokładnie... Ale była tam dokładna analiza składu m. in. właśnie tego żelu i tak w skrócie chodzi o to, że to żel idealny! Niedrogi (nie pamiętam dokładnie ile, ale poniżej 10 zł, w promocji nawet po 4 zł!), bez ani jednego niebezpiecznego składnika, z kwasem mlekowym i łagodzącym rumiankiem, a jednocześnie skuteczny :) Trzeba jednak uważać biorąc inne wersje, bo np. wersja z różą zawiera już jakieś SLeS lub SLS. Obecnie używam wersji z korą dębu, która jest oczywiście bezpieczna pod tym względem, a w kolejce czeka wersja z aloesem, również sprawdzona przeze mnie pobieżnie pod kątem niefajnych substancji. Czy kupię ponownie? Już kupiłam! :P Rewelacja.

Dostępna tylko w drogeriach Natura.

5. Nivea Pure&Natural, tonik oczyszczający. Stał na półce przez ponad pół roku, bo nie wiem czemu nie spojrzałam w sklepie na skład, no i przypłaciłam za brak konsumenckiej przezorności... Dlaczego? Na pierwszym miejscu w składzie woda, na drugim... denaturat! Próbowałam mimo to używać toniku, w końcu poza tą wadą skład nie budzi większych zastrzeżeń, ale nie dało się - nie pomagał w niczym, wręcz przyczynił się do powstawania pryszczy i pogorszenia stanu skóry. W końcu wylewanie na twarz denaturatu nigdy nie jest dobrym pomysłem, szczególnie na cerę skłonną do zaczerwienień, jak moja. Nigdy nie kupię ponownie i nie polecam nikomu, bo taki zakup jest kompletnie bez sensu. Ten tonik przez wiele miesięcy służył mi do... przecierania zlewu. W tej roli spisywał się znakomicie.

6. Garnier Mineral Invisible, antyperspirant w kulce. Teraz wszystkie antyperspiranty Garniera w kulce wyglądają w ten sposób, ale przeszły też metamorfozę składową, bo wersji, którą wcześniej kochałam, nie widzę już wśród nowego asortymentu. Ta wersja - może być. Działa. Czy kupię ponownie? Być może.


Trochę to denko wyszło negatywne, ale czy to moja wina, że producentom czasami po prostu się nie chce? :P

A jak idzie Wam walka z efektami braku silnej woli podczas zakupów? ;)

wtorek, 8 września 2015

Pielęgnacja wyjazdowa i regeneracja powyjazdowa



Wróciłam w zeszłym tygodniu z wycieczki do Hiszpanii (a właściwie to Katalonii), ze zwiedzaniem po drodze Paryża, Monako, Wenecji... Normalnie szał ;) Podczas pobytu w Hiszpanii byliśmy w Lloret de Mar, czyli w osławionym nadmorskim kurorcie. Woda w Morzu Śródziemnym jest o wiele bardziej słona niż woda w Bałtyku! A więc jeszcze bardziej niszczy włosy. Dowodem na słoność - oprócz nieuniknionego testu kubków smakowych - jest to, że pierwszego dnia, idąc po plaży zostałam ochlapana wodą aż po kolana przez wyjątkowo agresywną falę i potem 15 minut drapałam się po łydkach D:

Na wyjazd, kierując się radą z Martusiowego Kuferka, zabrałam olejową maskę Biovax zamiast odżywki, a także serum silikonowe Biovax A+E. Niestety prawie w ogóle nie miałam czasu, aby trzymać maskę na głowie przez co najmniej 20 minut, poza tym włosy nie dostawały wcale protein (o tym jak ważne są dla moich włosów proteiny pisałam tutaj), co w połączeniu z solą morską wpłynęło na nie negatywnie. Próbowałam zaradzić niedoborowi protein poprzez dodawanie jogurtu naturalnego (zakupionego w celu ratowania spalonej skóry pleców...) do maski, w proporcji mniej więcej 2:1 (maska:jogurt). Podziałało świetnie, włosy od razu dostały więcej życia, blasku i elastyczności, mimo tego, że na co dzień stosowałam przecież maskę, która zła nie jest. Nie ułatwiała niestety rozczesywania, dlatego musiałam używać aż 2 pompek serum A+E na mokre włosy, żeby je w ogóle rozdzielić, nawet palcami. Jedna pompka tego serum to naprawdę spora porcja! Na domiar złego na samym początku wyjazdu zgubiłam swoją szczotkę Tangle Teezer. Tak dokładnie to została ona przez KOGOŚ wyrzucona do kosza na śmieci, bo ten ktoś wziął ją za szczotkę dla psa, którą poprzedni goście zostawili w łazience! Uwierzycie? :D Przynajmniej teraz mam wymówkę, żeby kupić tą złotą. Po kupieniu czarnej wersji trochę żałowałam, że nie wzięłam jednak tej złotej, ale nie potrafiłam w żaden sposób usprawiedliwić kupna drugiej takiej samej szczotki, tylko w innym kolorze. Teraz mam nie tyle wymówkę, co prawdziwy powód! ;) W każdym razie zmusiło mnie to do kupna grzebienia w najbliższym supermarkecie. Dużego wyboru nie było; kupiłam taki, który miał najszerzej rozstawione zęby z nich wszystkich, ale jak na moje potrzeby był i tak dosyć gęsty. Czesanie się nim nie było proste i spowodowało ułamanie wielu końcówek, mimo silikonowego serum. Poniżej porównanie tego grzebienia i mojego idealnego grzebienia:




Jeśli chodzi o skalp, myłam go tylko codziennie morelowym szamponem z Alterry i nic więcej z nim nie robiłam, przez co (to plus, pamiętajcie, słona woda) pod koniec wyjazdu zaczął mnie trochę czasami swędzieć. Teraz wróciłam więc do mojej zwykłej pielęgnacji, czyli Jantar po każdym myciu, kiedy włosy są jeszcze mokre (to mój sposób na to, żeby ta wcierka nie przetłuszczała mi włosów!), a wieczorem na całą noc jakiś olej czy inna ciężka kuracja.

Jak regeneruję włosy po wyjeździe?
Najpierw zaczęłam od porządnej dawki nawilżenia, czyli aloesowa maska Natur Vital w wersji sensitive, plus odrobina odżywek Nivea Long Repair i Nivea Intense Repair. Olejowa maska Biovax ma niby jakieś składniki nawilżające, ale to jednak nie to samo. Jako serum do końcówek użyłam jedwabiu Biosilk, czyli kolejna dawka protein. Na noc nie zrobiłam nic - po pierwsze, żeby nie spowodować przeciążenia następnego dnia, a po drugie, żeby zobaczyć, w jakim stanie będą włosy po 24 godzinach. Spałam tak długo, że upłynęło o wiele więcej, niż 24 godziny :D Włosy były trochę suche i nieco sztywne. A więc niedobrze. Wymieszałam więc maskę Kallos Argan (która w większych ilościach potrafi mi przeciążyć włosy, dlatego nie chciałam olejować przed nią włosów, aby nie ryzykować przeciążenia) z odrobiną d-panthenolu, kolagenu i keratyny hydrolizowanej. Zostawiłam to na włosach pod czepkiem itd. na dobre 50 minut. Po spłukaniu włosy tak łatwo się rozczesywały i były tak gładkie, że popsikałam tylko skalp Jantarem i zapomniałam o silikonowym serum! Podejrzewam, że i tak przeciążyłoby mi ono włosy, bo i bez tego były na granicy przeciążenia. Wieczorem na skalp nałożyłam serum Betula Alba Care, a na włosy od ucha w dół - olej łopianowy z 3 kroplami oleju neem (tylko 3 krople, a i tak śmierdzi, że hej!). Od tamtej pory nie mam już czasu, żeby kłaść maski na włosy, więc używam tylko odżywek: Isana Oil Care, Nivea Long Repair i Nivea Intense Repair. Używam serum silikonowego Marion Olejki Orientalne z olejem macadamia i ylang-ylang na włosy od ucha w dół, na skórę głowy Jantar na dzień, a na noc - olejek łopianowy z czerwoną papryką Green Pharmacy, zarówno na włosy, jak i na skalp. Póki co muszę powiedzieć, że olejek łopianowy świetnie działa na moje włosy - o wiele lepiej niż Babydream fur Mama, który mimo moich starań nie spełnia oczekiwań i zużyję go chyba do mieszanki do masażu antycellulitowego z bańkami.


W ogóle to ten post leżał prawie skończony od wielu dni, ale na weekend - zanim ogarnęłam się po tych autokarowych wojażach - pojechałam na wieś, do rodziny. Chyba się tam przeziębiłam, czuję się paskudnie :( A już myślałam, że infekcje się mnie nie imają...

A jak u Was? Jak radzicie sobie z wakacyjnymi zniszczeniami na włosach? Czy udało się ich całkowicie uniknąć?


sobota, 15 sierpnia 2015

Denko maseczkowe


W tym tygodniu zdenkowałam tylko i aż 2 maski do włosów, co uznaję za tym większy sukces, że obie były w litrowych opakowaniach. Obie spisały się świetnie!

1. (z prawej) Serical Crema al Latte chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. A jeśli trzeba, to powiem, że to świetna, niedroga (ok. 12 zł za 1 litr) maska, do kupienia np. w drogeriach Hebe, których przynajmniej w Warszawie widzę coraz więcej. Jej głównym składnikiem są proteiny mleczne (dla kompletnie niezaznajomionych z tematem tutaj można poczytać m. in. o proteinach i czemu są takie ważne). Poza tym jest bardzo lekka, nie obciąża włosów, ale odpowiednio je też dociąża, można jej używać do mycia głowy i włosów bez szamponu. Kiedy nałożyłam jej naprawdę dużo, radziła sobie nawet z całkowitym emulgowaniem oleju ze skalpu i z włosów.

2. (z lewej) Seri Natural Line, Intensive Hair Care, maska miodowo-migdałowa. Pisała o niej Henrietta (tutaj), więc odsyłam do jej wpisu po pełną recenzję. Od siebie dodam tyle, że jeszcze lepiej niż Serical al Latte emulguje oleje i myje głowę. Dobrze nawilża, ale moje końcówki potrzebują dociążenia i ochrony silikonowej, chociaż przeważnie tak się dzieje, niezależnie od maski. Fantastycznie pachnie! :) Ten zapach jest spotykany w różnych kosmetykach, przypomina mi np. żel pod prysznic Palmolive z miodem. Uwielbiam te zapachy :) Też jest jej cały litr, do kupienia m. in. w drogeriach Natura, gdzie czasami jest w promocji; cena regularna to chyba coś około 18 zł.
Poniżej skład dla zainteresowanych:


Obie maski są również wydajne, więc zawsze można się z kimś podzielić, jeśli nie lubicie używać tego samego produktu przez 6 miesięcy (lub macie krótkie włosy i będziecie tego używać przez rok :D) - ja tak zrobiłam :)

Mam ochotę wypróbować inne litrowe maski Seri... Co o tym sądzicie? Używałyście? :)



P.S. Zaczęłam pisać bloga o żarciu - Dziś na talerzu, więc jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam :)

wtorek, 28 lipca 2015

Aktualizacja: radykalne cięcie i bye bye, cieniowanie! Plus parę zdjęć z życia miejskiego rolnika doniczkowego.

Mniej więcej 2 tygodnie temu poszłam do fryzjera, aby podciąć końcówki. Pani fryzjera podcięła końcówki tak jak było trzeba (tzn. nie ścinając 5 cali zamiast 5 centymetrów, jak to fryzjerzy mają w zwyczaju) i zapytała, czy jest ok, czy może ścinamy więcej, a ja na to... WIĘCEJ! :D Tym sposobem ścięłam około 8 cm - sporo, ale tym samym wycięłam dużą partię zniszczonych włosów i wreszcie, WRESZCIE pozbyłam się cieniowania! Tym samym osiągnęłam swój pierwszy włosowy cel.

Jest to drugie (i ostatnie!) z serii radykalnych podcięć końcówek, o pierwszym (samodzielnym) pisałam tu. Widać, że wtedy włosy mimo podcięcia 5 cm były dłuższe niż teraz:

Kwiecień:





Lipiec:




Uwaga numer 1: na górze włosów jest odgniecenie od gumki. Dokładnie to od oryginalnej Invisibobble, która "nie pozostawia odgnieceń"... A tak na usprawiedliwienie to tutaj dopiero co rozpuściłam włosy z kucyka, wyczesałam Tangle Teezerem i od razu stanęłam do zdjęcia. Gdybym poczekała z godzinę, po odgnieceniach nie byłoby śladu - takie już są te moje włosy: proste. Z jednej strony fajnie, bo tafla, ale z drugiej - nie dla mnie loki i fale! :( No i moja tafla jest taflą tylko przez krótki czas - szybko się strąkuje właściwie niezależnie od stosowanej pielęgnacji. Muszę jeszcze popracować nad poprawą kondycji włosów na długości. Moja krucjata jeszcze się nie skończyła.

Uwaga numer dwa: kształt to litera U, naprawdę. Jak widać, końcówki się trochę wywijają we wszystkie strony, sprawiając wrażenie, że włosy są ścięte w trójkąt, albo - ładniej mówiąc - literę V, co nie jest do końca prawdą.

Włosy może są i mocno krótsze, ale w o ile lepszym stanie! :) Zaczęłam się w ogóle czesać szczotką Tangle Teezer. Nie kupowałam jej przez długi czas, bo nie odczuwałam takiej potrzeby, ale kiedy pojawiła się w Rossmanie, wylądowała w moim koszyku. I powiem tak: jest super, ale trzeba uważać, żeby się nie zachłysnąć i nie zniszczyć sobie włosów. Ostre traktowanie bardzo poplątanych włosów, nawet szczotką Tangle Teezer, powoduje ich łamanie (przekonałam się na sobie :c).


A na koniec pokażę Wam co na moim tarasie :) Jak widać nie trzeba mieć ogrodu, by w środku miasta hodować to i owo :)

Zaczęło się od tego, że chciałam po prostu podlać chwasta, który zasiał się w tej doniczce, a skończyło na tym, że równie dobrze można wsadzić dymki i coś z tego mieć. Dymka nie potrzebuje wiele do szczęścia, nawet w kubeczku z wodą wyrośnie z niej szczypiorek.

Poziomki! W przeciwieństwie do truskawek, pomidorów i innych rzeczy, które próbowałyśmy hodować na tarasie, one nigdy nas nie zawodzą, a smakują obłędnie :) Dużo tego nie ma, ale smak można złapać. ;)


Po miesiącach brutalnego wykorzystywania dymek dla ich szczypiorku, nadszedł czas i na nie. Trochę urosły od czasu wsadzenia ich w ziemię, ale niewiele. Ładniej nazywa się to "zielona cebulka" i ma łagodniejszy smak od zwykłej cebuli.


A co u Was? Jak idą Wasze plany włosowe? :)

piątek, 5 czerwca 2015

Aktualizacja + błąd w pielęgnacji (niedobór protein)

Hej, hej, hej!

Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.

Diagnoza: niedobór protein!

Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen

Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.

Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.


I druga część posta: aktualizacja! 
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:




(ależ ja jestem skinny fat :< )


Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.



Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.

Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D


sobota, 18 kwietnia 2015

Rozświetlająca maska "wszystko w jednym"



Witajcie! :)
Zbliża się lato, słoneczko zaczyna wychodzić zza chmur (chociaż dzisiaj wzięło sobie urlop -.-"), więc i wiele z nas ma ochotę wyglądać jak "muśnięte słońcem". Skóra muśnięta słońcem to skóra delikatnie opalona, natomiast włosy muśnięte słońcem to włosy delikatnie rozjaśnione, albo z jasnymi refleksami - taki kontrastujący efekt ma już to słońce na nasz wygląd :) Najgorszym pomysłem byłoby oczywiście farbowanie, lub, o zgrozo, balejaż, czyli pasemka u fryzjera (prawie zawsze efekt jest moim zdaniem KICZOWATY! chyba, że ktoś lubi wyglądać jak tygrys, względnie jak ocelot - przy krótkich włosach). Najlepszym wyjściem są oczywiście rozwiązania naturalne. I nie, "domowe" nie zawsze znaczy "naturalne", więc błagam, odłóż natychmiast tę wodę utlenioną! XD 

Można używać rozjaśniających płukanek (pisałam o tym tutaj), ale potrafi być to czaso- i pracochłonne (zaparzanie, odcedzanie, studzenie...), a dodatkowo wysuszać włosy. Maska z rozjaśniającymi składnikami daje nam tą pewność, że odżywimy, natłuścimy i nawilżymy włosy, jednocześnie nadając im pięknych, jasnych refleksów. Czego chcieć więcej? ;)

SKŁADNIKI

Na zdjęciu widzicie wszystkie składniki, których użyłam do mojej maski. 
Pierwszy rząd to właśnie te rzeczy, które rozjaśnią nam włosy - rumianek (mocny napar w małej ilości wody), cynamon, sok z cytryny i miód, który jest jednocześnie humektantem, czyli nawilżaczem. 
Drugi rząd to składniki pielęgnacyjne i odżywcze: olej kokosowy (lub inny, ulubiony olej do włosów), maska proteinowa, nafta kosmetyczna (opcjonalnie, bo już mamy olej) i awokado (moje awokado było niefotogeniczne).

Widzicie już, czemu nazwałam tą maskę "wszystko w jednym"? :) Posiada wszystkie elementy, których potrzebują nasze włosy: proteiny, humektanty, emolienty, a dzięki cytrynie nawet kwaśne pH, które pomaga domknąć łuski. Dzięki temu wiem, że moje włosy nie będą po takim rozjaśnianiu "kaprysić" - a jest to bardzo możliwe, bo mimo, że naturalne, takie rozjaśnianie nie jest całkowicie obojętne dla włosów, szczególnie wysokoporowatych, zniszczonych czy wrażliwych.

Jak widzicie, składników rozświetlających jest całkiem sporo, więc można oczywiście z niektórych zrezygnować - np. z miodu, który wielu osobom puszy włosy lub z cytryny, która jest wbrew pozorom całkiem agresywnym utleniaczem.


PROPORCJE

Dokładne proporcje trzeba dobrać sobie do własnych potrzeb, np. ilość protein itd. Jednak zalecane przeze mnie proporcje są następujące:

  • 3 łyżki maski (w moim przypadku Crema al Latte). To jest nasza baza, w której mieszamy dodatki, więc musi jej być najwięcej. Jeśli Wasze włosy nie lubią protein, zastąpcie ją inną maską lub odżywką, która Wam służy.
  • 1 łyżka mocnego wywaru z rumianku. Więcej raczej nie, bo maska będzie za rzadka.
  • 1 łyżka "rozciapcianego" awokado. Maska z awokado jest hitem chyba dla każdego typu włosów, ale zwykle zmywa się ją szamponem. My naszą maskę będziemy spłukiwać tylko wodą, więc żeby nie przeciążyć włosów, trzeba zachować umiar z ilością awokado.
  • 1 czubata łyżeczka zmielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka miodu. Z miodem radzę ostrożnie, bo potrafi spuszyć włosy - jak zresztą wiele innych humektantów.
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego (lub innego). To nasz emolient, który odżywia i chroni włosy. Podobnie jak w przypadku awokado, nie przesadzajmy z ilością, bo możemy mieć problemy ze zmyciem.
  • 1 łyżeczka soku z cytryny. Jeśli czujemy się pewniej (i nie mamy litości dla naszych włosów ;D ) możemy dać więcej, ale mieszając, zwracajmy uwagę na konsystencję - nie chcemy jej za bardzo rozrzadzić.
  • kilka kropli nafty - opcjonalnie. Ja zdecydowałam się na to, bo nafta daje lepszy połysk i wygładzenie niż naturalne oleje, plus uważałam, że dodając naftę minimalizuję ryzyko spuszenia. Niektóre oleje nawet potrafią spuszyć włosy, natomiast nafta - nigdy (chyba). Ciężko się ją jednak zmywa, więc radzę ograniczyć jej ilość do dosłownie paru kropli.
Tak przygotowaną maskę nakładamy na umyte włosy na co najmniej 20 minut. Jak na pierwszy raz polecam nałożyć ją na dokładnie 20 minut i ocenić efekty. Jeśli było dobrze - następnym razem spróbujcie na 30-40 minut. Oczywiście, jak z każdą maską, najlepsze efekty uzyskamy porządnie odciskając włosy z wody przed nałożeniem maski, a po nałożeniu - zakładając plastikowy czepek, a następnie owijając głowę ręcznikiem.







EFEKTY

Jak z każdym naturalnym sposobem rozjaśniania, nie spodziewajmy się, że ta maska magicznie zamieni nasz brąz w platynę. Regularnym stosowaniem możemy dzięki niej uzyskać przede wszystkim ładne, jasne refleksy, a niektórym osobom być może uda się nawet rozjaśnić kolor o ton lub pół tonu.

Nie polecam do włosów farbowanych! Ciężko jest przewidzieć, jaki efekt będzie to wtedy miało, a poza tym, to trochę bez sensu. Skoro są farbowane, to tak jakby już po ptokach i jeśli chcemy mieć jaśniejszy kolor, to po prostu już lepiej je na taki pofarbować. A jeśli mówicie, "tak, mam farbowane włosy, ale chcę już odejść od farby, a jednocześnie chcę mieć jaśniejszy odcień" - to ok, stosujcie naturalne sposoby rozjaśniania, ale na własną odpowiedzialność. Wydaje mi się, że składniki tej maski mogą ocieplić kolor, a więc stosując je na niektóre kolory włosów farbowanych, ryzykujemy efektem "jaja" lub po prostu niekontrolowanym utlenianiem.


Co o tym sądzicie? Macie swoje sposoby na naturalne rozjaśnianie włosów? Czy może wręcz przeciwnie, dążycie do przyciemnienia? :)



niedziela, 12 kwietnia 2015

Trochę radykalne cięcie (5 cm)

Trochę radykalne? Brzmi trochę jak zaprzeczenie samo w sobie, ale pozwólcie mi wytłumaczyć. :D
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)

Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...

Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.

Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):




Po:


Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).



Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):




Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D

Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.

Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Druga szansa dla olejowania skóry głowy + co u mnie? :)




Hej, hej, długo mnie nie było! Wróciłam, niestety tylko na chwilę, żeby opowiedzieć co nieco o mojej obecnej pielęgnacji, w szczególności pielęgnacji skóry głowy. Praktyki, praca, studia i życie prywatne nie zostawiają mi żadnego czasu ani energii na pisanie bloga. Ale nie bójta się, o włosy i ciało dbam tak samo ;) Poza tym wkręcam się - albo już wkręciłam? - w bieganie, co dodatkowo zabiera mi czas, ale warto. Chociaż w moim wypadku bardziej odpowiednim określeniem byłoby truchtanie, ale czyż truchtanie nie jest po prostu wolnym bieganiem? :P Świetne jest to, że robię postępy - na początku nie byłam w stanie biec przez więcej niż 2 minuty, musiałam więc robić sobie "interwały" z chodzeniem (które, jak się okazało, są jedynym rekomendowanym sposobem na wdrożenie się w bieganie dla totalnych nowicjuszy), a teraz jestem w stanie przebiec całą tę trasę bez przerw na spacerek! Oczywiście od czasu do czasu zatrzymuję się - na światłach. :)


Przechodząc do rzeczy! :D Na wiosnę wzmogło się migrowanie włosów z mojej głowiny. Nie wiem, czy było to spowodowane zmianą pory roku, czy małą zmianą w pielęgnacji (przez ok. 3 tygodnie myłam głowę trochę mocniejszym szamponem), czy też podróżą na drugi koniec świata i z powrotem, którą w międzyczasie odbyłam. W każdym razie włosów zaczęło mi bardziej ubywać i postanowiłam przemóc się i dać szansę olejkowi Ajuwerdyjska terapia do włosów z Orientany.

Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
 A, i włosy u nasady są wzmocnione, co owocuje bardzo skromnym, ale dla mnie zauważalnym uniesieniem u nasady i co za tym idzie większą objętością. To zależy też oczywiście od odżywki/maski, jakiej użyję i czy nałożę ją blisko skalpu czy nie. 

Z pełnym raportem zamelduję się po 3 miesiącach używania - mam nadzieję, że wytrwam, bo jeszcze nigdy nie udało mi się tak długo testować jednej wcierki, motywacja zawsze zawodziła po maksymalnie 1,5 miesiąca. Teraz idzie mi lepiej, bo lepiej mi się ten olej aplikuje. 

Mam w zanadrzu kilka wpisów, tzn. pomysłów na wpisy, ale niestety muszą się one napisać, a na to nie ma czasu... Mimo to mam nadzieję, że niedługo uda mi się wrócić na prostą z moim blogowaniem. :) Trzymajcie kciuki i do zobaczenia!

Dajcie znać w komentarzach jaką Wy macie opinię lub doświadczenia z olejowaniem skóry głowy. :)


* Co nazywam kryzysem? To, że wypadało mi około 100 włosów dziennie. Wiem, wiem, że to normalne, ale moją normą jest połowa tej liczby, więc dojście do "ogólnej normy" w moim przypadku oznacza podwojenie ilości wypadających włosów, co na przestrzeni kilku miesięcy wyraźnie przerzedziłoby mi moją i tak skromną fryzurę.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Tag: włosowe pytania i odpowiedzi

Dawno temu, za lasami, za górami zostałam nominowana przez FairHairCare do zabawy - po raz drugi, za co jestem bardzo wdzięczna, niniejszym zabieram się więc wreszcie za odpowiedź na niniejszy tag!





1. Jaki jest Twój ulubiony produkt kuchenny, który wykorzystujesz na włosy? Chyba żółtko. To świetne źródło protein dla moich włosów i skalpu, i jeszcze nie zdarzyło mi się przeproteinowanie. Oprócz tego kocham też awokado.

2. Ile miesięcznie wydajesz na pielęgnację włosów? Nie tak znowu dużo... Kupuję dużo, ale ten koszt jest rozłożony na wiele miesięcy użytkowania. Moje szampony kosztują przeważnie ok. 10 zł za butelkę, odżywki tak samo, maski - do 20 zł, wcierki - domowe lub Jantar za 14 zł. Drogie oleje typu różany czy z pestek malin kupuję do twarzy i tylko sporadycznie dodaję do włosowych mieszanek. Koszt półproduktów też jest niewielki. W pielęgnację włosów nie wliczam produktów kuchennych lub takich, których jednocześnie używam do ciała. Więc ciężko mi powiedzieć, tym bardziej, że 1 szamponu czy maski używam przez więcej niż 1 miesiąc. Ale na pewno nie wyjdzie więcej niż powiedzmy 20-30 zł miesięcznie, max.

3. Jaka jest największa wada i zaleta twoich włosów? Zaleta: kolor. Wiele osób go chwali, często słyszę pytania: "To twój naturalny kolor?". Odpowiedź oczywiście brzmi: tak :) Dlatego mimo sroczej kobiecej ciekawości i chęci zmiany, te komplementy skutecznie mnie do tej pory powstrzymują przed farbowaniem. Nie mówiąc o obawie przed zniszczeniem włosów.
Wada: gęstość... Myślę, że byłabym o wiele szczęśliwsza, gdyby moje włosy były o wiele gęstsze. A tak to mimo wystarczającej długości wiele fryzur na mojej głowie wygląda po prostu biednie.

4. Co myślisz o pojęciu "włosomaniaczka"? Myślę, że to pojęcie wrzucające do jednego wora co najmniej 2 rodzaje dziewczyn: te, które znają się na włosach (swoich) i zwyczajnie prawidłowo o nie dbają, jak i te, których życie kręci się wokół włosów (swoich i innych) i które do przesady pozwalają kwestiom włosowym rządzić swoim życiem. Słowo "maniak/maniaczka" sugeruje, że dana osoba ma obsesję na jakimś punkcie, co jest prawdą w przypadku niektórych włosomaniaczek, ale, ale - nie należy mylić obsesji z zainteresowaniem... Mi osobiście to słowo kojarzy się raczej pozytywnie, ale gdybym była niewtajemniczona - wywoływałoby ono zdecydowanie nieprzyjemne uczucia. Często widzę też jak inne osoby używają tego terminu z przekąsem, a nawet pogardą i wtedy jest mi smutno. Jestem włosomaniaczką, ale jednocześnie interesuję się wieloma innymi rzeczami; nie wydaję fortuny na włosy i nie wtykam nosa w nieswoją pielęgnację, chyba że ktoś mnie o to poprosi. To w końcu tylko - i aż - włosy...

5. Jaki jest twój ulubiony sposób olejowania? Na sucho, na noc, bo tak najwygodniej. Czasem olejuję też na mokro, ale to kwestia przymusu (kiedy chcę nałożyć maskę lub olej na skalp - najpierw muszę umyć go szamponem). Dzisiaj naolejowałam na żel z siemienia lnianego, chyba będę tak robić częściej. Kiedy przeleję do butelki z atomizerem roztwór żelu aloesowego z wodą, będę olejowała na to.

6. Co robisz z włosami na noc? Najczęściej olejuję od ucha w dół, związuję w koka ślimaka za pomocą gumki invisibobble i umacniam spinką.

7. Opisz nam swój najbardziej nieudany włosowy eksperyment! Ojej... tylko 1? XD Pamiętam moją mieszankę wszystkiego - skrobia ziemnaczana, ocet jabłkowy, cynamon (dla rozjaśnienia), herbatka z rumianka, oleje, żółtko chyba też - wszystko to zmieszane z algową maską Bingo Spa. Efekt - przeciążenie, smętne przetłuszczone strąki od nasady aż po końce XD

8. Jak czeszesz się na co dzień i dlaczego? Najczęściej warkocz francuski, bo łapie wszystkie włosy i jest szybki i prosty. A jak nie to wariacje koków-ślimaków, np. z warkocza lub zwykły, ale podpięty wsuwkami, dzięki czemu wygląda w miarę elegancko. A czemu nie rozpuszczone? Po pierwsze, moje rozpuszczone włosy wyglądają dobrze tylko do paru godzin po myciu, potem jest oklap, przyklap i smętne strąki. Po drugie, przez wieloletnie noszenie rozpuszczonych włosów postrzępiłam sobie włosy po tej stronie, po której noszę torby i plecaki, nie mówiąc o wyrywaniu ich z głowy z tego samego powodu. Różnica między jedną a drugą stroną głowy jest pod tym względem naprawdę widoczna. Dlatego teraz ze względu na ochronę włosów, ale także komfort, zawsze staram się związać lub upiąć jakoś włosy. Jeśli już rozpuszczam włosy, to przeważnie zbieram włosy z przodu i spinam je z tyłu, o tak mniej więcej (tylko że moja wersja polega na związaniu tych dwóch kosmyków cienką gumeczką i zasłonięciu jej spinką-kokardką):


9. Jaki jest twój ulubiony kanał o włosach na YouTube? Nie znam żadnych. Czytam tylko blogi, filmiki mnie nie interesują.


10. Co w pielęgnacji włosów jest dla Ciebie najtrudniejsze? Ciężko powiedzieć... wszystko? Najbardziej chyba jednak podcinanie - chodzenie do fryzjerów to rosyjska ruletka, a samodzielnie też nie jest tak łatwo sobie poradzić, w dodatku mimo zabezpieczania i upinania już po miesiącu od podcięcia zaczynają pokazywać się białe kulki na końcówkach...


11. Jaki gadżet/sprzęt do pielęgnacji włosów chciałabyś mieć? Super wypasioną suszarkę jonizującą z nawiewem tak zimnym, że szczękają zęby! Mam zamiar sobie taką sprawić, więc jak ktoś ma namiary na jakiś sprzęcior dobrej jakości, to proszę się podzielić informacją :)



 I to tyle! Czeka na mnie jeszcze jeden tag od Lawendowych Piór, ale znowu trochę mi zajmie, zanim na niego odpowiem, a to dlatego, że nie chcę, aby na moim blogu pojawiły się dwa tagi pod rząd - byłoby trochę nudno :)

Nie nominuję nikogo w szczególności. Jeśli ktoś przeczytał i ma ochotę na te pytania odpowiedzieć na swoim blogu, niech czuje się nominowany ;)




poniedziałek, 9 lutego 2015

Charakterystyka moich włosów

Najczęściej piszę na tym blogu o włosach, a nigdzie nie napisałam wyczerpującej informacji na temat charakterystyki moich włosów. W końcu to ważne dla osób, które czytają moje włosowe wpisy i zastanawiają się, czy moje rady i metody poskutkują na ich własnych czuprynach.

1. DŁUGOŚĆ
Obecnie - nieco za łopatki (niestety nie podam dokładnych wymiarów, bo mierzenie włosów to przedsięwzięcie nie na moje nerwy. Poza tym dla mnie liczy się efekt na mnie, a nie obiektywna ilość centymetrów. Chodzi mi o to, że jestem wysoka i chcę mieć włosy do kości ogonowej, co wymaga ode mnie zapuszczenia o wiele większej ilości centymetrów niż od dziewczyny o wzroście na przykład 1,50 m.)


2. POROWATOŚĆ
Chyba najważniejszy punkt :)
Włosy u nasady, czyli pierwsze ok. 7 cm - średnioporowate, w kierunku niskoporowatych (chyba). To te nowe włosy, które wzrastają w miłości i w erze Dbania o Skalp (poprzednia era była erą Katowania Skalpu i Włosów Na Całej Długości) i na pewno są średnioporowate, a te najnowsze czasem przejawiają cechy porowatości średniej w kierunku niskiej (niestety w stu procentach niskoporowate nigdy nie będą, taka ich uroda). Wnioskuję to z tego, jak łatwo je przeciążyć, ale nie jest to takie znowu takie łatwe do ocenienia, bo moje włosy są również cienkie.

Włosy na długości - wysokoporowate w kierunku średnioporowatych.

Końcówki - wysokoporowate.

Mimo to moje wysokopory nie są typowymi przedstawicielami swojego gatunku, bo kochają olej kokosowy i wspaniale reagują na mieszanki olejowe pełne teoretycznie wysuszających ekstraktów roślinnych typu Sesa :)


3. SKŁONNOŚĆ DO FALOWANIA
Następne 3 punkty będą oparte na tym wpisie Henrietty, polecam się z nim zapoznać, bo przedstawiony w nim system klasyfikacji włosów jest bardzo ciekawy i przydatny, a jednocześnie rzadko spotykany na polskich blogach włosowych.

Typ 1B - proste, ale nie idealnie proste druty. Czasem potrafią się trochę sfalować, co wynika w większej części z cieniowania, ale nie łapią skrętu - po paru godzinach z mocnych fal czy loków nie zostaje nic lub prawie nic.
Oto ich maksymalny potencjał jeśli chodzi o falowanie po dużej dawce protein i nawilżenia:



Natomiast przeważnie wyglądają tak:



4. GRUBOŚĆ
Niska, czyli włosy cienkie, niestety. Chociaż tak naprawdę powiedziałabym, że są pomiędzy cienkimi a średnimi, ale to byłoby chyba dzielenie włosa na czworo ;)



5. OBJĘTOŚĆ

Średnie (6 cm). Wcześniej napisałam, że na pewno jest poniżej 5 cm, ale jednak przemogłam się i jakoś zmierzyłam objętość kucyka razem z grzywką i wyszło 6 cm. Niestety grzywka jest krótsza od reszty i nie wchodzi w normalne kucyki (czyli nie takie na czole tylko z tyłu :P), więc objętość mojego "normalnego" kucyka wynosi ok. 5 cm. Teraz jest i tak lepiej niż 2 lata temu, ale obawiam się, że potencjał moich włosów i skalpu w tym zakresie jest bardzo ograniczony i nigdy nie przekroczę 7 cm, ze względu na małą gęstość włosów (=ilość mieszków włosowych na głowie i ilość włosów wyrastających z pojedynczego mieszka) i cienkość pojedynczych włosów.


I na koniec - najlepsze zdjęcie moich kłaczków, jakie znalazłam na blogu :) Po masce z awokado masce Biovax (z tego wpisu):


I z aktualizacji włosowej:




Mam nadzieję, że ten wpis będzie przydatny w razie jakichkolwiek wątpliwości :) Może nawet ułatwi mi on znalezienie włosowej siostry?
WŁOSOWE SIOSTRY, zgłaszajcie się w komentarzach! :)


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wkurzyłam się i... czyli o samodzielnym podcinaniu włosów




Wkurzona stanem (beznadziejnym) i gęstością (nieistniejącą) moich końcówek, a także ceną i dostępnością fryzjerów w okresie przedsylwestrowym ("Nowy Rok, nowa ja - zacznę od fryzury!" ehh...), w momencie natchnienia chwyciłam za rossmanowskie nożyczki fryzjerskie i zabrałam się za podcinanie wilgotnych jeszcze po myciu końcówek. Zaczęłam od sposobu, który w myślach ochrzciłam sposobem "na babuszkę", czyli zrobiłam przedziałek na środku głowy, związałam pod brodą i ucięłam ogonek (więcej na ten temat pisze Henri w swoim poście TUTAJ). To załatwiło najdłuższe włosy z tyłu, natomiast te z przodu są o wiele krótsze i ten sposób ich "nie sięga", więc nie przestając operować nożyczkami zabrałam się i za nie. Na tą część niestety nie miałam żadnego magicznego sposobu, tym bardziej, że mają się one płynnie łączyć z długim tyłem. Zrobiłam to więc "sposobem fryzjerskim", czyli - dalej z przedziałkiem na środku - czesałam i brałam między palce małe pasma i ucinałam końcówki, tak jak na tym obrazku mniej więcej:


W ten sposób pozbyłam się około 2 cm. Starałam się, żeby to wszystko w miarę ludzko wyglądało i chyba mi się to udało. Wiadomo, że nie jest tak jak po wizycie u dobrego fryzjera, ale zdecydowałam się na to, bo:
  • prawie nigdy nie noszę rozpuszczonych włosów, a w domu w razie co mogę sobie straszyć, więc nie mam nic do stracenia
  • pozostawione same sobie uszkodzenia i rozdwojenia tylko się pogłębiają, idą w górę włosa, niwecząc wiele miesięcy pracy nad poprawą stanu włosów i większym przyrostem - żadne sera ani maski tego nie naprawią, jedynym rozwiązaniem jest niestety odcięcie uszkodzonej części (także reklama Gliss Kur z panią łamiącą nożyczki na pół ma sens tylko wtedy, gdy nasze włosy nie są jeszcze uszkodzone... swoją drogą, jak ona to robi? :D)
  • co prawda bardzo chciałam zrównać (zapuścić) krótszy przód, czyli to, co kiedyś było grzywką, z dłuższym tyłem, ale przez to, że te partie nie były podcinane od co najmniej roku, były niesamowicie zniszczone i obawiałam się, że właśnie przez ten brak podcinania ciągle się kruszą i nie mogą zrównać się z długością tak szybko jak by mogły.
Po podcięciu od razu zabezpieczyłam końcówki serum Marion z olejkiem kokosowym i tamanu (oraz własnoręcznym dodatkiem 2 kropel oleju z pestek malin), potem poprawiłam jeszcze serum Gliss Kur z olejkami (czerwona pompka).

Efekty - pokazać mogę, ale ostrzegam, że w rzeczywistości wcale nie jest tak nierówno jak to może wyglądać, po prostu nie umiem zmusić moich włosów, by się mnie słuchały - są za lekkie, a nadal suche i zniszczone końcówki wykręcają się w różne strony. Na poniższych zdjęciach włosy są jeszcze trochę wilgotne, przez co jeszcze bardziej się nie słuchały. Klikając można powiększyć, ale nie polecam, bo jakość zdjęć jest raczej kiepska:



Widać niestety sterczące krótsze włoski - to te, które kiedyś się ułamały.




Jak włosy już wyschły, zaczęły też lepiej się układać. Nie jest źle :D
Polecam taki sposób, jeśli macie w domu ostre nożyczki oraz zawsze i tak związujecie/upinacie włosy. Końcówki uleczone, pieniądze (i często też nerwy) zaoszczędzone - same plusy :)

Podcinacie same, prosicie kogoś z rodziny czy zawsze idziecie do fryzjera? :)


wtorek, 16 grudnia 2014

Liebster Blog Award


Zostałam nominowana przez FairHairCare i dosyć długo nie miałam czasu adekwatnie zareagować, ale wreszcie mogę sobie posiedzieć i coś napisać, podczas gdy na moich paznokciach schnie pierwszy od nie wiem ilu miesięcy lakier. Pomyśleć, że kiedyś nie pozwalałam swoim paznokciom pozostać bez lakieru przez maksymalnie 2 dni... Ale do rzeczy! :)

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

 Ja (oraz inni nominowani, a raczej nominowane) dostałam takie oto pytania:
1. Która gwiazda ma według Ciebie najpiękniejszą fryzurę? Nie śledzę życia gwiazd - poza tym zawsze mówię, że gwiazdy to są na niebie, a nie w szołbizie ;) Wyguglałam "fryzury gwiazd"... i nic mi to nie pomogło. Ale właśnie sobie uświadomiłam, że z tych niewielu celebrytek, które znam, najbardziej podobają mi się chyba włosy Rihanny. Cokolwiek z nimi ostatnio nie zrobi, zawsze wyglądają na niej bardzo ładnie, nawet jeśli mi osobiście nie podoba się taka fryzura ogólnie - np. golenie włosów z boku głowy, jak na zdjęciu poniżej.
2. Jaki jest Twój cel pielęgnacji włosów? Zagęszczenie, poprawienie stanu, może nawet obniżenie porowatości i przede wszystkim dłuuuuugość! ;) Nigdy nie miałam naprawdę długich włosów, a bardzo chcę mieć takie do kości ogonowej, a nawet dłuższe :) Trochę to nie fair, że jestem wysoka (1.73 m), bo zapuszczenie włosów do kości ogonowej zajmie mi dłużej, niż komuś ze wzrostem np. 1.60 m, ale co zrobić - coś za coś ;)
3. Jaka jest najgorsza rzecz, jaką zrobiłaś kiedykolwiek swoim włosom? W przeciwieństwie do chyba większości obecnych włosomaniaczek, nigdy nie używałam prostownicy ani lokówki i nie katowałam włosów prawdziwymi farbami, jedynie szamponetkami, i to tylko 3 razy w życiu. Ale to, co robiłam swoim włosom na co dzień było dla nich bardzo złe i teraz śmieję się, wspominając swoje ówczesne rozumowanie: otóż miałam (i mam) bardzo przetłuszczający się skalp i rzadkie, cienkie włosy, przez co nigdy nie miały one ani krzty objętości i przez większość czasu były po prostu tłuste. Żeby to "naprawić", codziennie myłam głowę i włosy (pokrywając SLS-ową pianą całą długość, aż po końce!) mocnymi szamponami drogeryjnymi do włosów przetłuszczających się, w dodatku wyglądało to tak, że myłam włosy raz, spłukiwałam i potem jeszcze raz. Nie stosowałam żadnych odżywek, bo wierzyłam, że przyśpieszy to przetłuszczanie. Oczywiście doprowadziło to do niszczenia i wysuszania moich włosów - stały się sianowate, co poczytywałam za objaw objętości :D O losie... Nie wspomnę o tym, że codziennie suszyłam je gorącym nawiewem, modelując na okrągłej szczotce i kopiując sposób fryzjerski, czyli dotykając włosy wylotem suszarki.


4. Jaka jest Twoja ulubiona forma pielęgnacji włosów? Chodzi pewnie o to, czy OMO, MOMO czy OM NOM NOM? :) Nie mam ulubionego. Lubię OMO, ale zajmuje więcej czasu, więc przeważnie pierwsze O to po prostu olej nałożony na całą noc i dopiero drugie O to odżywka lub maska.



5. Dokończ zdanie: moje włosy byłyby idealne, gdyby... były gęstsze i ewentualnie grubsze.

6. Maska czy odżywka? I jedno, i drugie! Większą miłością pałam chyba do odżywek, bo zapewniają lepszy efekt wizualny, z tym że maski z kolei działają głębiej, prawdziwie regenerują i tak dalej.

7. Od kiedy i dlaczego zajęłaś się bardziej profesjonalną pielęgnacją włosów? "Profesjonalizacja" pielęgnacji moich włosów odbywała się stopniowo, więc ciężko powiedzieć od kiedy... Zaczęło się od kupna odżywki, potem kolejnej, potem próba olejowania, potem maska; półprodukty miały swój debiut dopiero niedawno... Pełen (no, prawie) zestaw produktów do pielęgnacji włosów zagościł u mnie niecały rok temu, w styczniu 2014. A czemu? Po pierwsze, niektóre osoby z mojego otoczenia wyrażały się niepochlebnie o moich włosach, co skłoniło mnie trochę do refleksji... Po drugie, natknęłam się pewnego dnia na blog urodowy, w którym było trochę o włosach. Zaciekawiło mnie to, potem zobaczyłam jakie blogi czyta autorka i tak odkryłam włosomaniaczki :) Po trzecie, zaczęłam zarabiać własne pieniądze, więc pomyślałam sobie: "wszyscy używają odżywek, to może i ja spróbuję?" :D
8. Gdybyś na jeden dzień mogła mieć wymarzone włosy, jak by one wyglądały? Byłyby długie - za pośladki! :D - grube, gęste i proste. Jeśli chodzi o kolor, to mój obecny by mi odpowiadał, ale na jeden dzień mogłabym mieć jednorożcowe - niebiesko-różowo-fioletowe :D


9. Jaki jest Twój ulubiony kosmetyk do włosów? Ojej, nie lubię, jak ktoś każe mi wybrać jedną rzecz, bo to takie trudne! Moje poszukiwanie włosowego Graala dalej trwa, ale na dzień dzisiejszy powiedziałabym, że moim ulubionym kosmetykiem do włosów jest chyba odżywka do spłukiwania Nivea Long Repair. Jest wydajna i fantastycznie działa na moje włosy.
10. Czego nigdy nie odważyłabyś się zrobić swoim włosom? Nie utleniłabym ich do blondu. Czasem mnie kusi, jak to prawie każdą kobietę ;) Ale nie, nigdy im tego nie zrobię.
11. Dokończ zdanie: mój ulubiony blog o świadomej pielęgnacji włosów to... I teraz powinnam wstawić blog osoby nominującej, tak? ;P Żartuję, ale faktycznie jest to jeden z moich ulubionych blogów ;) Nie mam jednego ulubieńca, bo z każdego biorę co innego. Lubię blog Aliny Rose, chociaż nie jest to blog wyłącznie włosowy, Blondregeneracja, Martusiowy Kuferek, blog Henri, Uroda i włosy, Włosowelove. Znam i cenię blog Anwen, ale jak widać z powyższej listy najbardziej korzystam z blogów tych znawczyń, których włosy są bardziej podobne do moich.



Ciężko było mi znaleźć mniej znane blogi wśród tych, które obserwuję, w dodatku są one o różnej tematyce, więc do zabawy zapraszam:

Moje pytania do Was:

1. Dlaczego założyłaś swojego bloga?
2. Gdybyś musiała wyprowadzić się z Polski i mogła wybrać jakiekolwiek państwo na świecie, gdzie byś zamieszkała? (zakładamy, że język nie stanowi bariery)
3. Jaka piosenka jest szczególnie bliska twojemu sercu i dlaczego?
4. Jaką książkę/książki możesz polecić?
5. Gdybyś miała spędzić resztę życia tylko z 3 kosmetykami, które byś wybrała?
6. Ulubiona potrawa?
7. Jakie - poza głównym tematem twojego bloga - masz hobby, pasje, zainteresowania?
8. W rzeczywistości którego filmu lub serialu chciałabyś się znaleźć?
9. Gdybyś była zapachem, to jakim?
10. Jaka jest jedna rzecz, którą najbardziej chcesz w sobie zmienić, duchowo lub fizycznie?
11. Gdybyś mogła być kimkolwiek lub czymkolwiek zechcesz, kim lub czym byś była?


Zapraszam do zabawy - to dobry sposób na powiedzenie swoim czytelnikom czegoś więcej o sobie, a jeśli kogoś irytują takie tagi, z góry przepraszam :)
Jeśli zdecydujecie się napisać posta z odpowiedzią, dajcie mi znać w komentarzach, bardzo chętnie poczytam! :)


Zobacz również: