Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2015

Niedziela dla włosów: Jego Wysokość Jajo i Jej Wysokość Awokado, plus księżniczka Oliwa



Tak, wszystko ze mną w porządku, dziękuję :D Postanowiłam nadać powyższym składnikom takie tytuły, bo moim zdaniem w pełni na nie zasługują! Są to według mnie absolutne klasyki w pielęgnacji włosów - prawdziwa rodzina królewska.

Dawno nie robiłam sobie takich kompresów na skalp i włosy. A to przecież od nich zaczęła się moja cała pielęgnacja! Niestety takie kompresy są niewygodne, bo najpierw trzeba oddzielić żółtko od białka, obrać i pociapać awokado, wymieszać z olejem, potem nakładanie tego na włosy nie należy do najłatwiejszych zadań; często mimo dobrej konsystencji kompresu i owijania folią kapie mi trochę na ramiona czy spływa po skroni, a na koniec trzeba umyć głowę szamponem, i trzeba to zrobić dokładnie, bo inaczej włosy zwyczajnie się nie domyją i będzie jedna wielka klapa.
Tak więc jak widać taki kompres nie jest tak prosty i przyjemny w użyciu jak sklepowa maska, ale daje o wiele lepsze efekty, bo faktycznie odbudowuje włosy i przyczynia się do wyraźnej poprawy ich stanu, a nie tylko wyglądu.

UWAGA: Istnieją włosy, które nie tolerują dobrze protein, albo nie tolerują protein wielkocząsteczkowych, takich jak w jajku. W takim przypadku po takim kompresie może nastąpić pogorszenie wyglądu włosów, a w najlepszym przypadku właścicielki takich włosów nie zaobserwują żadnej poprawy. Wtedy nie należy się zrażać, tylko zwyczajnie wyeliminować jajko i spróbować ponownie za tydzień :) 

Składniki kompresu:
  • żółtko jaja
  • 1/5 dojrzałego awokado
  • 2 łyżki oliwy z oliwek lub ulubionego oleju do włosów
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • ewentualnie jakiś humektant: miód, aloes, gliceryna, itp. (ja nie użyłam)
 Sposób przygotowania kompresu:
  1. Żółtko oddzielić od białka - będziemy używać tylko żółtka (białko jako źródło protein jest ok, ale bardzo skleja włosy, dlatego generalnie nie używa się go do włosów).
  2. Awokado rozciapać widelcem, dodać do żółtka i wymieszać.
  3. Dodać sok z cytryny, dzięki temu konsystencja będzie nieco bardziej przyjazna i olej lepiej wymiesza się z całością. Teraz należy dodać również ewentualne humenktanty.
  4. Wmieszać olej.



Sposób użycia (dla doświadczonych włosomaniaczek to wszystko oczywiste, ale nie każda czytająca to osoba jest doświadczoną włosomaniaczką):
  1. Umyć skalp i włosy mocnym szamponem-zdzierakiem, żeby przygotować je na dawkę dobroci, jaka za chwilę nastąpi.
  2. Odcisnąć włosy z wody,  użyć ręcznika lub bawełnianej koszulki, żeby włosy były tylko wilgotne! Inaczej szybko pożałujemy lenistwa.
  3. Nałożyć kompres równomiernie na całą długość włosów i skórę głowy. Do nakładania na skalp można użyć wacika.
  4. Owinąć głowę folią i ręcznikiem, trzymać 30-45 minut, a nawet godzinę.
  5. Gdy nadejdzie już ten czas, że dłużej nie da się z tym wytrzymać, należy dokładnie i długo płukać włosy i skalp, bo jakąś część z tego da się wypłukać samą wodą. Resztę TRZEBA domyć szamponem. Najlepiej użyć średnio delikatnego szamponu, np. Alterra (szampony dla dzieci mogą sobie nie poradzić) i broń Boże niczym go nie rozcieńczać ani nie używać samej piany, bo zwyczajnie nie wystarczy. Należy użyć hojnej ilości szamponu, żeby umyć dokładnie skalp oraz włosy na długości! Sama spływająca piana nie wystarczy - trzeba tę pianę dokładnie wcierać w całe włosy przez około minutę, żeby mieć pewność, że włosy nie będą po tym wszystkim przeciążone. 
  6. Jedno mycie powinno wystarczyć, chyba że macie włosy niskoporowate.
  7. Nie używać już żadnych odżywek do spłukiwania! Poczekać, aż włosy wyschną i wtedy stwierdzić, czy końcówki jeszcze czegoś potrzebują. Jeśli beztrosko nałożycie np. odżywkę bez spłukiwania lub serum zanim włosy wyschną, to jest szansa, że skończycie z tłustymi strąkami, więc ostrożnie.
  8. Podziwiać swoje wzmocnione i odżywione włosy :)


Taki cotygodniowy kompres to dobre rozwiązanie na ten jesienny okres, kiedy walczymy zarówno z przesuszeniami po lecie, jak i z bezlitosnym jesiennym wiatrem i - już niedługo - efektami początku sezonu grzewczego...

Używacie takich tradycyjnych masek? Czy może trzymacie się od jajka z daleka? :)

wtorek, 8 września 2015

Pielęgnacja wyjazdowa i regeneracja powyjazdowa



Wróciłam w zeszłym tygodniu z wycieczki do Hiszpanii (a właściwie to Katalonii), ze zwiedzaniem po drodze Paryża, Monako, Wenecji... Normalnie szał ;) Podczas pobytu w Hiszpanii byliśmy w Lloret de Mar, czyli w osławionym nadmorskim kurorcie. Woda w Morzu Śródziemnym jest o wiele bardziej słona niż woda w Bałtyku! A więc jeszcze bardziej niszczy włosy. Dowodem na słoność - oprócz nieuniknionego testu kubków smakowych - jest to, że pierwszego dnia, idąc po plaży zostałam ochlapana wodą aż po kolana przez wyjątkowo agresywną falę i potem 15 minut drapałam się po łydkach D:

Na wyjazd, kierując się radą z Martusiowego Kuferka, zabrałam olejową maskę Biovax zamiast odżywki, a także serum silikonowe Biovax A+E. Niestety prawie w ogóle nie miałam czasu, aby trzymać maskę na głowie przez co najmniej 20 minut, poza tym włosy nie dostawały wcale protein (o tym jak ważne są dla moich włosów proteiny pisałam tutaj), co w połączeniu z solą morską wpłynęło na nie negatywnie. Próbowałam zaradzić niedoborowi protein poprzez dodawanie jogurtu naturalnego (zakupionego w celu ratowania spalonej skóry pleców...) do maski, w proporcji mniej więcej 2:1 (maska:jogurt). Podziałało świetnie, włosy od razu dostały więcej życia, blasku i elastyczności, mimo tego, że na co dzień stosowałam przecież maskę, która zła nie jest. Nie ułatwiała niestety rozczesywania, dlatego musiałam używać aż 2 pompek serum A+E na mokre włosy, żeby je w ogóle rozdzielić, nawet palcami. Jedna pompka tego serum to naprawdę spora porcja! Na domiar złego na samym początku wyjazdu zgubiłam swoją szczotkę Tangle Teezer. Tak dokładnie to została ona przez KOGOŚ wyrzucona do kosza na śmieci, bo ten ktoś wziął ją za szczotkę dla psa, którą poprzedni goście zostawili w łazience! Uwierzycie? :D Przynajmniej teraz mam wymówkę, żeby kupić tą złotą. Po kupieniu czarnej wersji trochę żałowałam, że nie wzięłam jednak tej złotej, ale nie potrafiłam w żaden sposób usprawiedliwić kupna drugiej takiej samej szczotki, tylko w innym kolorze. Teraz mam nie tyle wymówkę, co prawdziwy powód! ;) W każdym razie zmusiło mnie to do kupna grzebienia w najbliższym supermarkecie. Dużego wyboru nie było; kupiłam taki, który miał najszerzej rozstawione zęby z nich wszystkich, ale jak na moje potrzeby był i tak dosyć gęsty. Czesanie się nim nie było proste i spowodowało ułamanie wielu końcówek, mimo silikonowego serum. Poniżej porównanie tego grzebienia i mojego idealnego grzebienia:




Jeśli chodzi o skalp, myłam go tylko codziennie morelowym szamponem z Alterry i nic więcej z nim nie robiłam, przez co (to plus, pamiętajcie, słona woda) pod koniec wyjazdu zaczął mnie trochę czasami swędzieć. Teraz wróciłam więc do mojej zwykłej pielęgnacji, czyli Jantar po każdym myciu, kiedy włosy są jeszcze mokre (to mój sposób na to, żeby ta wcierka nie przetłuszczała mi włosów!), a wieczorem na całą noc jakiś olej czy inna ciężka kuracja.

Jak regeneruję włosy po wyjeździe?
Najpierw zaczęłam od porządnej dawki nawilżenia, czyli aloesowa maska Natur Vital w wersji sensitive, plus odrobina odżywek Nivea Long Repair i Nivea Intense Repair. Olejowa maska Biovax ma niby jakieś składniki nawilżające, ale to jednak nie to samo. Jako serum do końcówek użyłam jedwabiu Biosilk, czyli kolejna dawka protein. Na noc nie zrobiłam nic - po pierwsze, żeby nie spowodować przeciążenia następnego dnia, a po drugie, żeby zobaczyć, w jakim stanie będą włosy po 24 godzinach. Spałam tak długo, że upłynęło o wiele więcej, niż 24 godziny :D Włosy były trochę suche i nieco sztywne. A więc niedobrze. Wymieszałam więc maskę Kallos Argan (która w większych ilościach potrafi mi przeciążyć włosy, dlatego nie chciałam olejować przed nią włosów, aby nie ryzykować przeciążenia) z odrobiną d-panthenolu, kolagenu i keratyny hydrolizowanej. Zostawiłam to na włosach pod czepkiem itd. na dobre 50 minut. Po spłukaniu włosy tak łatwo się rozczesywały i były tak gładkie, że popsikałam tylko skalp Jantarem i zapomniałam o silikonowym serum! Podejrzewam, że i tak przeciążyłoby mi ono włosy, bo i bez tego były na granicy przeciążenia. Wieczorem na skalp nałożyłam serum Betula Alba Care, a na włosy od ucha w dół - olej łopianowy z 3 kroplami oleju neem (tylko 3 krople, a i tak śmierdzi, że hej!). Od tamtej pory nie mam już czasu, żeby kłaść maski na włosy, więc używam tylko odżywek: Isana Oil Care, Nivea Long Repair i Nivea Intense Repair. Używam serum silikonowego Marion Olejki Orientalne z olejem macadamia i ylang-ylang na włosy od ucha w dół, na skórę głowy Jantar na dzień, a na noc - olejek łopianowy z czerwoną papryką Green Pharmacy, zarówno na włosy, jak i na skalp. Póki co muszę powiedzieć, że olejek łopianowy świetnie działa na moje włosy - o wiele lepiej niż Babydream fur Mama, który mimo moich starań nie spełnia oczekiwań i zużyję go chyba do mieszanki do masażu antycellulitowego z bańkami.


W ogóle to ten post leżał prawie skończony od wielu dni, ale na weekend - zanim ogarnęłam się po tych autokarowych wojażach - pojechałam na wieś, do rodziny. Chyba się tam przeziębiłam, czuję się paskudnie :( A już myślałam, że infekcje się mnie nie imają...

A jak u Was? Jak radzicie sobie z wakacyjnymi zniszczeniami na włosach? Czy udało się ich całkowicie uniknąć?


wtorek, 28 lipca 2015

Aktualizacja: radykalne cięcie i bye bye, cieniowanie! Plus parę zdjęć z życia miejskiego rolnika doniczkowego.

Mniej więcej 2 tygodnie temu poszłam do fryzjera, aby podciąć końcówki. Pani fryzjera podcięła końcówki tak jak było trzeba (tzn. nie ścinając 5 cali zamiast 5 centymetrów, jak to fryzjerzy mają w zwyczaju) i zapytała, czy jest ok, czy może ścinamy więcej, a ja na to... WIĘCEJ! :D Tym sposobem ścięłam około 8 cm - sporo, ale tym samym wycięłam dużą partię zniszczonych włosów i wreszcie, WRESZCIE pozbyłam się cieniowania! Tym samym osiągnęłam swój pierwszy włosowy cel.

Jest to drugie (i ostatnie!) z serii radykalnych podcięć końcówek, o pierwszym (samodzielnym) pisałam tu. Widać, że wtedy włosy mimo podcięcia 5 cm były dłuższe niż teraz:

Kwiecień:





Lipiec:




Uwaga numer 1: na górze włosów jest odgniecenie od gumki. Dokładnie to od oryginalnej Invisibobble, która "nie pozostawia odgnieceń"... A tak na usprawiedliwienie to tutaj dopiero co rozpuściłam włosy z kucyka, wyczesałam Tangle Teezerem i od razu stanęłam do zdjęcia. Gdybym poczekała z godzinę, po odgnieceniach nie byłoby śladu - takie już są te moje włosy: proste. Z jednej strony fajnie, bo tafla, ale z drugiej - nie dla mnie loki i fale! :( No i moja tafla jest taflą tylko przez krótki czas - szybko się strąkuje właściwie niezależnie od stosowanej pielęgnacji. Muszę jeszcze popracować nad poprawą kondycji włosów na długości. Moja krucjata jeszcze się nie skończyła.

Uwaga numer dwa: kształt to litera U, naprawdę. Jak widać, końcówki się trochę wywijają we wszystkie strony, sprawiając wrażenie, że włosy są ścięte w trójkąt, albo - ładniej mówiąc - literę V, co nie jest do końca prawdą.

Włosy może są i mocno krótsze, ale w o ile lepszym stanie! :) Zaczęłam się w ogóle czesać szczotką Tangle Teezer. Nie kupowałam jej przez długi czas, bo nie odczuwałam takiej potrzeby, ale kiedy pojawiła się w Rossmanie, wylądowała w moim koszyku. I powiem tak: jest super, ale trzeba uważać, żeby się nie zachłysnąć i nie zniszczyć sobie włosów. Ostre traktowanie bardzo poplątanych włosów, nawet szczotką Tangle Teezer, powoduje ich łamanie (przekonałam się na sobie :c).


A na koniec pokażę Wam co na moim tarasie :) Jak widać nie trzeba mieć ogrodu, by w środku miasta hodować to i owo :)

Zaczęło się od tego, że chciałam po prostu podlać chwasta, który zasiał się w tej doniczce, a skończyło na tym, że równie dobrze można wsadzić dymki i coś z tego mieć. Dymka nie potrzebuje wiele do szczęścia, nawet w kubeczku z wodą wyrośnie z niej szczypiorek.

Poziomki! W przeciwieństwie do truskawek, pomidorów i innych rzeczy, które próbowałyśmy hodować na tarasie, one nigdy nas nie zawodzą, a smakują obłędnie :) Dużo tego nie ma, ale smak można złapać. ;)


Po miesiącach brutalnego wykorzystywania dymek dla ich szczypiorku, nadszedł czas i na nie. Trochę urosły od czasu wsadzenia ich w ziemię, ale niewiele. Ładniej nazywa się to "zielona cebulka" i ma łagodniejszy smak od zwykłej cebuli.


A co u Was? Jak idą Wasze plany włosowe? :)

piątek, 5 czerwca 2015

Aktualizacja + błąd w pielęgnacji (niedobór protein)

Hej, hej, hej!

Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.

Diagnoza: niedobór protein!

Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen

Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.

Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.


I druga część posta: aktualizacja! 
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:




(ależ ja jestem skinny fat :< )


Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.



Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.

Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D


sobota, 18 kwietnia 2015

Rozświetlająca maska "wszystko w jednym"



Witajcie! :)
Zbliża się lato, słoneczko zaczyna wychodzić zza chmur (chociaż dzisiaj wzięło sobie urlop -.-"), więc i wiele z nas ma ochotę wyglądać jak "muśnięte słońcem". Skóra muśnięta słońcem to skóra delikatnie opalona, natomiast włosy muśnięte słońcem to włosy delikatnie rozjaśnione, albo z jasnymi refleksami - taki kontrastujący efekt ma już to słońce na nasz wygląd :) Najgorszym pomysłem byłoby oczywiście farbowanie, lub, o zgrozo, balejaż, czyli pasemka u fryzjera (prawie zawsze efekt jest moim zdaniem KICZOWATY! chyba, że ktoś lubi wyglądać jak tygrys, względnie jak ocelot - przy krótkich włosach). Najlepszym wyjściem są oczywiście rozwiązania naturalne. I nie, "domowe" nie zawsze znaczy "naturalne", więc błagam, odłóż natychmiast tę wodę utlenioną! XD 

Można używać rozjaśniających płukanek (pisałam o tym tutaj), ale potrafi być to czaso- i pracochłonne (zaparzanie, odcedzanie, studzenie...), a dodatkowo wysuszać włosy. Maska z rozjaśniającymi składnikami daje nam tą pewność, że odżywimy, natłuścimy i nawilżymy włosy, jednocześnie nadając im pięknych, jasnych refleksów. Czego chcieć więcej? ;)

SKŁADNIKI

Na zdjęciu widzicie wszystkie składniki, których użyłam do mojej maski. 
Pierwszy rząd to właśnie te rzeczy, które rozjaśnią nam włosy - rumianek (mocny napar w małej ilości wody), cynamon, sok z cytryny i miód, który jest jednocześnie humektantem, czyli nawilżaczem. 
Drugi rząd to składniki pielęgnacyjne i odżywcze: olej kokosowy (lub inny, ulubiony olej do włosów), maska proteinowa, nafta kosmetyczna (opcjonalnie, bo już mamy olej) i awokado (moje awokado było niefotogeniczne).

Widzicie już, czemu nazwałam tą maskę "wszystko w jednym"? :) Posiada wszystkie elementy, których potrzebują nasze włosy: proteiny, humektanty, emolienty, a dzięki cytrynie nawet kwaśne pH, które pomaga domknąć łuski. Dzięki temu wiem, że moje włosy nie będą po takim rozjaśnianiu "kaprysić" - a jest to bardzo możliwe, bo mimo, że naturalne, takie rozjaśnianie nie jest całkowicie obojętne dla włosów, szczególnie wysokoporowatych, zniszczonych czy wrażliwych.

Jak widzicie, składników rozświetlających jest całkiem sporo, więc można oczywiście z niektórych zrezygnować - np. z miodu, który wielu osobom puszy włosy lub z cytryny, która jest wbrew pozorom całkiem agresywnym utleniaczem.


PROPORCJE

Dokładne proporcje trzeba dobrać sobie do własnych potrzeb, np. ilość protein itd. Jednak zalecane przeze mnie proporcje są następujące:

  • 3 łyżki maski (w moim przypadku Crema al Latte). To jest nasza baza, w której mieszamy dodatki, więc musi jej być najwięcej. Jeśli Wasze włosy nie lubią protein, zastąpcie ją inną maską lub odżywką, która Wam służy.
  • 1 łyżka mocnego wywaru z rumianku. Więcej raczej nie, bo maska będzie za rzadka.
  • 1 łyżka "rozciapcianego" awokado. Maska z awokado jest hitem chyba dla każdego typu włosów, ale zwykle zmywa się ją szamponem. My naszą maskę będziemy spłukiwać tylko wodą, więc żeby nie przeciążyć włosów, trzeba zachować umiar z ilością awokado.
  • 1 czubata łyżeczka zmielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka miodu. Z miodem radzę ostrożnie, bo potrafi spuszyć włosy - jak zresztą wiele innych humektantów.
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego (lub innego). To nasz emolient, który odżywia i chroni włosy. Podobnie jak w przypadku awokado, nie przesadzajmy z ilością, bo możemy mieć problemy ze zmyciem.
  • 1 łyżeczka soku z cytryny. Jeśli czujemy się pewniej (i nie mamy litości dla naszych włosów ;D ) możemy dać więcej, ale mieszając, zwracajmy uwagę na konsystencję - nie chcemy jej za bardzo rozrzadzić.
  • kilka kropli nafty - opcjonalnie. Ja zdecydowałam się na to, bo nafta daje lepszy połysk i wygładzenie niż naturalne oleje, plus uważałam, że dodając naftę minimalizuję ryzyko spuszenia. Niektóre oleje nawet potrafią spuszyć włosy, natomiast nafta - nigdy (chyba). Ciężko się ją jednak zmywa, więc radzę ograniczyć jej ilość do dosłownie paru kropli.
Tak przygotowaną maskę nakładamy na umyte włosy na co najmniej 20 minut. Jak na pierwszy raz polecam nałożyć ją na dokładnie 20 minut i ocenić efekty. Jeśli było dobrze - następnym razem spróbujcie na 30-40 minut. Oczywiście, jak z każdą maską, najlepsze efekty uzyskamy porządnie odciskając włosy z wody przed nałożeniem maski, a po nałożeniu - zakładając plastikowy czepek, a następnie owijając głowę ręcznikiem.







EFEKTY

Jak z każdym naturalnym sposobem rozjaśniania, nie spodziewajmy się, że ta maska magicznie zamieni nasz brąz w platynę. Regularnym stosowaniem możemy dzięki niej uzyskać przede wszystkim ładne, jasne refleksy, a niektórym osobom być może uda się nawet rozjaśnić kolor o ton lub pół tonu.

Nie polecam do włosów farbowanych! Ciężko jest przewidzieć, jaki efekt będzie to wtedy miało, a poza tym, to trochę bez sensu. Skoro są farbowane, to tak jakby już po ptokach i jeśli chcemy mieć jaśniejszy kolor, to po prostu już lepiej je na taki pofarbować. A jeśli mówicie, "tak, mam farbowane włosy, ale chcę już odejść od farby, a jednocześnie chcę mieć jaśniejszy odcień" - to ok, stosujcie naturalne sposoby rozjaśniania, ale na własną odpowiedzialność. Wydaje mi się, że składniki tej maski mogą ocieplić kolor, a więc stosując je na niektóre kolory włosów farbowanych, ryzykujemy efektem "jaja" lub po prostu niekontrolowanym utlenianiem.


Co o tym sądzicie? Macie swoje sposoby na naturalne rozjaśnianie włosów? Czy może wręcz przeciwnie, dążycie do przyciemnienia? :)



niedziela, 12 kwietnia 2015

Trochę radykalne cięcie (5 cm)

Trochę radykalne? Brzmi trochę jak zaprzeczenie samo w sobie, ale pozwólcie mi wytłumaczyć. :D
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)

Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...

Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.

Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):




Po:


Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).



Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):




Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D

Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.

Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Druga szansa dla olejowania skóry głowy + co u mnie? :)




Hej, hej, długo mnie nie było! Wróciłam, niestety tylko na chwilę, żeby opowiedzieć co nieco o mojej obecnej pielęgnacji, w szczególności pielęgnacji skóry głowy. Praktyki, praca, studia i życie prywatne nie zostawiają mi żadnego czasu ani energii na pisanie bloga. Ale nie bójta się, o włosy i ciało dbam tak samo ;) Poza tym wkręcam się - albo już wkręciłam? - w bieganie, co dodatkowo zabiera mi czas, ale warto. Chociaż w moim wypadku bardziej odpowiednim określeniem byłoby truchtanie, ale czyż truchtanie nie jest po prostu wolnym bieganiem? :P Świetne jest to, że robię postępy - na początku nie byłam w stanie biec przez więcej niż 2 minuty, musiałam więc robić sobie "interwały" z chodzeniem (które, jak się okazało, są jedynym rekomendowanym sposobem na wdrożenie się w bieganie dla totalnych nowicjuszy), a teraz jestem w stanie przebiec całą tę trasę bez przerw na spacerek! Oczywiście od czasu do czasu zatrzymuję się - na światłach. :)


Przechodząc do rzeczy! :D Na wiosnę wzmogło się migrowanie włosów z mojej głowiny. Nie wiem, czy było to spowodowane zmianą pory roku, czy małą zmianą w pielęgnacji (przez ok. 3 tygodnie myłam głowę trochę mocniejszym szamponem), czy też podróżą na drugi koniec świata i z powrotem, którą w międzyczasie odbyłam. W każdym razie włosów zaczęło mi bardziej ubywać i postanowiłam przemóc się i dać szansę olejkowi Ajuwerdyjska terapia do włosów z Orientany.

Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
 A, i włosy u nasady są wzmocnione, co owocuje bardzo skromnym, ale dla mnie zauważalnym uniesieniem u nasady i co za tym idzie większą objętością. To zależy też oczywiście od odżywki/maski, jakiej użyję i czy nałożę ją blisko skalpu czy nie. 

Z pełnym raportem zamelduję się po 3 miesiącach używania - mam nadzieję, że wytrwam, bo jeszcze nigdy nie udało mi się tak długo testować jednej wcierki, motywacja zawsze zawodziła po maksymalnie 1,5 miesiąca. Teraz idzie mi lepiej, bo lepiej mi się ten olej aplikuje. 

Mam w zanadrzu kilka wpisów, tzn. pomysłów na wpisy, ale niestety muszą się one napisać, a na to nie ma czasu... Mimo to mam nadzieję, że niedługo uda mi się wrócić na prostą z moim blogowaniem. :) Trzymajcie kciuki i do zobaczenia!

Dajcie znać w komentarzach jaką Wy macie opinię lub doświadczenia z olejowaniem skóry głowy. :)


* Co nazywam kryzysem? To, że wypadało mi około 100 włosów dziennie. Wiem, wiem, że to normalne, ale moją normą jest połowa tej liczby, więc dojście do "ogólnej normy" w moim przypadku oznacza podwojenie ilości wypadających włosów, co na przestrzeni kilku miesięcy wyraźnie przerzedziłoby mi moją i tak skromną fryzurę.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Tag: włosowe pytania i odpowiedzi

Dawno temu, za lasami, za górami zostałam nominowana przez FairHairCare do zabawy - po raz drugi, za co jestem bardzo wdzięczna, niniejszym zabieram się więc wreszcie za odpowiedź na niniejszy tag!





1. Jaki jest Twój ulubiony produkt kuchenny, który wykorzystujesz na włosy? Chyba żółtko. To świetne źródło protein dla moich włosów i skalpu, i jeszcze nie zdarzyło mi się przeproteinowanie. Oprócz tego kocham też awokado.

2. Ile miesięcznie wydajesz na pielęgnację włosów? Nie tak znowu dużo... Kupuję dużo, ale ten koszt jest rozłożony na wiele miesięcy użytkowania. Moje szampony kosztują przeważnie ok. 10 zł za butelkę, odżywki tak samo, maski - do 20 zł, wcierki - domowe lub Jantar za 14 zł. Drogie oleje typu różany czy z pestek malin kupuję do twarzy i tylko sporadycznie dodaję do włosowych mieszanek. Koszt półproduktów też jest niewielki. W pielęgnację włosów nie wliczam produktów kuchennych lub takich, których jednocześnie używam do ciała. Więc ciężko mi powiedzieć, tym bardziej, że 1 szamponu czy maski używam przez więcej niż 1 miesiąc. Ale na pewno nie wyjdzie więcej niż powiedzmy 20-30 zł miesięcznie, max.

3. Jaka jest największa wada i zaleta twoich włosów? Zaleta: kolor. Wiele osób go chwali, często słyszę pytania: "To twój naturalny kolor?". Odpowiedź oczywiście brzmi: tak :) Dlatego mimo sroczej kobiecej ciekawości i chęci zmiany, te komplementy skutecznie mnie do tej pory powstrzymują przed farbowaniem. Nie mówiąc o obawie przed zniszczeniem włosów.
Wada: gęstość... Myślę, że byłabym o wiele szczęśliwsza, gdyby moje włosy były o wiele gęstsze. A tak to mimo wystarczającej długości wiele fryzur na mojej głowie wygląda po prostu biednie.

4. Co myślisz o pojęciu "włosomaniaczka"? Myślę, że to pojęcie wrzucające do jednego wora co najmniej 2 rodzaje dziewczyn: te, które znają się na włosach (swoich) i zwyczajnie prawidłowo o nie dbają, jak i te, których życie kręci się wokół włosów (swoich i innych) i które do przesady pozwalają kwestiom włosowym rządzić swoim życiem. Słowo "maniak/maniaczka" sugeruje, że dana osoba ma obsesję na jakimś punkcie, co jest prawdą w przypadku niektórych włosomaniaczek, ale, ale - nie należy mylić obsesji z zainteresowaniem... Mi osobiście to słowo kojarzy się raczej pozytywnie, ale gdybym była niewtajemniczona - wywoływałoby ono zdecydowanie nieprzyjemne uczucia. Często widzę też jak inne osoby używają tego terminu z przekąsem, a nawet pogardą i wtedy jest mi smutno. Jestem włosomaniaczką, ale jednocześnie interesuję się wieloma innymi rzeczami; nie wydaję fortuny na włosy i nie wtykam nosa w nieswoją pielęgnację, chyba że ktoś mnie o to poprosi. To w końcu tylko - i aż - włosy...

5. Jaki jest twój ulubiony sposób olejowania? Na sucho, na noc, bo tak najwygodniej. Czasem olejuję też na mokro, ale to kwestia przymusu (kiedy chcę nałożyć maskę lub olej na skalp - najpierw muszę umyć go szamponem). Dzisiaj naolejowałam na żel z siemienia lnianego, chyba będę tak robić częściej. Kiedy przeleję do butelki z atomizerem roztwór żelu aloesowego z wodą, będę olejowała na to.

6. Co robisz z włosami na noc? Najczęściej olejuję od ucha w dół, związuję w koka ślimaka za pomocą gumki invisibobble i umacniam spinką.

7. Opisz nam swój najbardziej nieudany włosowy eksperyment! Ojej... tylko 1? XD Pamiętam moją mieszankę wszystkiego - skrobia ziemnaczana, ocet jabłkowy, cynamon (dla rozjaśnienia), herbatka z rumianka, oleje, żółtko chyba też - wszystko to zmieszane z algową maską Bingo Spa. Efekt - przeciążenie, smętne przetłuszczone strąki od nasady aż po końce XD

8. Jak czeszesz się na co dzień i dlaczego? Najczęściej warkocz francuski, bo łapie wszystkie włosy i jest szybki i prosty. A jak nie to wariacje koków-ślimaków, np. z warkocza lub zwykły, ale podpięty wsuwkami, dzięki czemu wygląda w miarę elegancko. A czemu nie rozpuszczone? Po pierwsze, moje rozpuszczone włosy wyglądają dobrze tylko do paru godzin po myciu, potem jest oklap, przyklap i smętne strąki. Po drugie, przez wieloletnie noszenie rozpuszczonych włosów postrzępiłam sobie włosy po tej stronie, po której noszę torby i plecaki, nie mówiąc o wyrywaniu ich z głowy z tego samego powodu. Różnica między jedną a drugą stroną głowy jest pod tym względem naprawdę widoczna. Dlatego teraz ze względu na ochronę włosów, ale także komfort, zawsze staram się związać lub upiąć jakoś włosy. Jeśli już rozpuszczam włosy, to przeważnie zbieram włosy z przodu i spinam je z tyłu, o tak mniej więcej (tylko że moja wersja polega na związaniu tych dwóch kosmyków cienką gumeczką i zasłonięciu jej spinką-kokardką):


9. Jaki jest twój ulubiony kanał o włosach na YouTube? Nie znam żadnych. Czytam tylko blogi, filmiki mnie nie interesują.


10. Co w pielęgnacji włosów jest dla Ciebie najtrudniejsze? Ciężko powiedzieć... wszystko? Najbardziej chyba jednak podcinanie - chodzenie do fryzjerów to rosyjska ruletka, a samodzielnie też nie jest tak łatwo sobie poradzić, w dodatku mimo zabezpieczania i upinania już po miesiącu od podcięcia zaczynają pokazywać się białe kulki na końcówkach...


11. Jaki gadżet/sprzęt do pielęgnacji włosów chciałabyś mieć? Super wypasioną suszarkę jonizującą z nawiewem tak zimnym, że szczękają zęby! Mam zamiar sobie taką sprawić, więc jak ktoś ma namiary na jakiś sprzęcior dobrej jakości, to proszę się podzielić informacją :)



 I to tyle! Czeka na mnie jeszcze jeden tag od Lawendowych Piór, ale znowu trochę mi zajmie, zanim na niego odpowiem, a to dlatego, że nie chcę, aby na moim blogu pojawiły się dwa tagi pod rząd - byłoby trochę nudno :)

Nie nominuję nikogo w szczególności. Jeśli ktoś przeczytał i ma ochotę na te pytania odpowiedzieć na swoim blogu, niech czuje się nominowany ;)




poniedziałek, 9 lutego 2015

Charakterystyka moich włosów

Najczęściej piszę na tym blogu o włosach, a nigdzie nie napisałam wyczerpującej informacji na temat charakterystyki moich włosów. W końcu to ważne dla osób, które czytają moje włosowe wpisy i zastanawiają się, czy moje rady i metody poskutkują na ich własnych czuprynach.

1. DŁUGOŚĆ
Obecnie - nieco za łopatki (niestety nie podam dokładnych wymiarów, bo mierzenie włosów to przedsięwzięcie nie na moje nerwy. Poza tym dla mnie liczy się efekt na mnie, a nie obiektywna ilość centymetrów. Chodzi mi o to, że jestem wysoka i chcę mieć włosy do kości ogonowej, co wymaga ode mnie zapuszczenia o wiele większej ilości centymetrów niż od dziewczyny o wzroście na przykład 1,50 m.)


2. POROWATOŚĆ
Chyba najważniejszy punkt :)
Włosy u nasady, czyli pierwsze ok. 7 cm - średnioporowate, w kierunku niskoporowatych (chyba). To te nowe włosy, które wzrastają w miłości i w erze Dbania o Skalp (poprzednia era była erą Katowania Skalpu i Włosów Na Całej Długości) i na pewno są średnioporowate, a te najnowsze czasem przejawiają cechy porowatości średniej w kierunku niskiej (niestety w stu procentach niskoporowate nigdy nie będą, taka ich uroda). Wnioskuję to z tego, jak łatwo je przeciążyć, ale nie jest to takie znowu takie łatwe do ocenienia, bo moje włosy są również cienkie.

Włosy na długości - wysokoporowate w kierunku średnioporowatych.

Końcówki - wysokoporowate.

Mimo to moje wysokopory nie są typowymi przedstawicielami swojego gatunku, bo kochają olej kokosowy i wspaniale reagują na mieszanki olejowe pełne teoretycznie wysuszających ekstraktów roślinnych typu Sesa :)


3. SKŁONNOŚĆ DO FALOWANIA
Następne 3 punkty będą oparte na tym wpisie Henrietty, polecam się z nim zapoznać, bo przedstawiony w nim system klasyfikacji włosów jest bardzo ciekawy i przydatny, a jednocześnie rzadko spotykany na polskich blogach włosowych.

Typ 1B - proste, ale nie idealnie proste druty. Czasem potrafią się trochę sfalować, co wynika w większej części z cieniowania, ale nie łapią skrętu - po paru godzinach z mocnych fal czy loków nie zostaje nic lub prawie nic.
Oto ich maksymalny potencjał jeśli chodzi o falowanie po dużej dawce protein i nawilżenia:



Natomiast przeważnie wyglądają tak:



4. GRUBOŚĆ
Niska, czyli włosy cienkie, niestety. Chociaż tak naprawdę powiedziałabym, że są pomiędzy cienkimi a średnimi, ale to byłoby chyba dzielenie włosa na czworo ;)



5. OBJĘTOŚĆ

Średnie (6 cm). Wcześniej napisałam, że na pewno jest poniżej 5 cm, ale jednak przemogłam się i jakoś zmierzyłam objętość kucyka razem z grzywką i wyszło 6 cm. Niestety grzywka jest krótsza od reszty i nie wchodzi w normalne kucyki (czyli nie takie na czole tylko z tyłu :P), więc objętość mojego "normalnego" kucyka wynosi ok. 5 cm. Teraz jest i tak lepiej niż 2 lata temu, ale obawiam się, że potencjał moich włosów i skalpu w tym zakresie jest bardzo ograniczony i nigdy nie przekroczę 7 cm, ze względu na małą gęstość włosów (=ilość mieszków włosowych na głowie i ilość włosów wyrastających z pojedynczego mieszka) i cienkość pojedynczych włosów.


I na koniec - najlepsze zdjęcie moich kłaczków, jakie znalazłam na blogu :) Po masce z awokado masce Biovax (z tego wpisu):


I z aktualizacji włosowej:




Mam nadzieję, że ten wpis będzie przydatny w razie jakichkolwiek wątpliwości :) Może nawet ułatwi mi on znalezienie włosowej siostry?
WŁOSOWE SIOSTRY, zgłaszajcie się w komentarzach! :)


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wkurzyłam się i... czyli o samodzielnym podcinaniu włosów




Wkurzona stanem (beznadziejnym) i gęstością (nieistniejącą) moich końcówek, a także ceną i dostępnością fryzjerów w okresie przedsylwestrowym ("Nowy Rok, nowa ja - zacznę od fryzury!" ehh...), w momencie natchnienia chwyciłam za rossmanowskie nożyczki fryzjerskie i zabrałam się za podcinanie wilgotnych jeszcze po myciu końcówek. Zaczęłam od sposobu, który w myślach ochrzciłam sposobem "na babuszkę", czyli zrobiłam przedziałek na środku głowy, związałam pod brodą i ucięłam ogonek (więcej na ten temat pisze Henri w swoim poście TUTAJ). To załatwiło najdłuższe włosy z tyłu, natomiast te z przodu są o wiele krótsze i ten sposób ich "nie sięga", więc nie przestając operować nożyczkami zabrałam się i za nie. Na tą część niestety nie miałam żadnego magicznego sposobu, tym bardziej, że mają się one płynnie łączyć z długim tyłem. Zrobiłam to więc "sposobem fryzjerskim", czyli - dalej z przedziałkiem na środku - czesałam i brałam między palce małe pasma i ucinałam końcówki, tak jak na tym obrazku mniej więcej:


W ten sposób pozbyłam się około 2 cm. Starałam się, żeby to wszystko w miarę ludzko wyglądało i chyba mi się to udało. Wiadomo, że nie jest tak jak po wizycie u dobrego fryzjera, ale zdecydowałam się na to, bo:
  • prawie nigdy nie noszę rozpuszczonych włosów, a w domu w razie co mogę sobie straszyć, więc nie mam nic do stracenia
  • pozostawione same sobie uszkodzenia i rozdwojenia tylko się pogłębiają, idą w górę włosa, niwecząc wiele miesięcy pracy nad poprawą stanu włosów i większym przyrostem - żadne sera ani maski tego nie naprawią, jedynym rozwiązaniem jest niestety odcięcie uszkodzonej części (także reklama Gliss Kur z panią łamiącą nożyczki na pół ma sens tylko wtedy, gdy nasze włosy nie są jeszcze uszkodzone... swoją drogą, jak ona to robi? :D)
  • co prawda bardzo chciałam zrównać (zapuścić) krótszy przód, czyli to, co kiedyś było grzywką, z dłuższym tyłem, ale przez to, że te partie nie były podcinane od co najmniej roku, były niesamowicie zniszczone i obawiałam się, że właśnie przez ten brak podcinania ciągle się kruszą i nie mogą zrównać się z długością tak szybko jak by mogły.
Po podcięciu od razu zabezpieczyłam końcówki serum Marion z olejkiem kokosowym i tamanu (oraz własnoręcznym dodatkiem 2 kropel oleju z pestek malin), potem poprawiłam jeszcze serum Gliss Kur z olejkami (czerwona pompka).

Efekty - pokazać mogę, ale ostrzegam, że w rzeczywistości wcale nie jest tak nierówno jak to może wyglądać, po prostu nie umiem zmusić moich włosów, by się mnie słuchały - są za lekkie, a nadal suche i zniszczone końcówki wykręcają się w różne strony. Na poniższych zdjęciach włosy są jeszcze trochę wilgotne, przez co jeszcze bardziej się nie słuchały. Klikając można powiększyć, ale nie polecam, bo jakość zdjęć jest raczej kiepska:



Widać niestety sterczące krótsze włoski - to te, które kiedyś się ułamały.




Jak włosy już wyschły, zaczęły też lepiej się układać. Nie jest źle :D
Polecam taki sposób, jeśli macie w domu ostre nożyczki oraz zawsze i tak związujecie/upinacie włosy. Końcówki uleczone, pieniądze (i często też nerwy) zaoszczędzone - same plusy :)

Podcinacie same, prosicie kogoś z rodziny czy zawsze idziecie do fryzjera? :)


niedziela, 23 listopada 2014

Niedziela dla włosów VI - awokado i mąka

Dawno nie chwaliłam się moimi niedzielami włosowymi, ale też nie bardzo było czym. Wiele moich weekendów wyglądało tak jak poprzednia NDW - jajko, olej, maska... Nic ciekawego. Za to dzisiaj ociupinę zaszalałam. :)




Dziś w roli głównej wystąpiły:

  • 1/4 awokado
  • łyżeczka mąki ziemniaczanej (jeśli pierwsze skojarzenie po zobaczeniu zdjęcia było inne - IDŹ NA ODWYK! :D)
  • 2 czubate łyżeczki maski Biovax intensywnie regenerującej do włosów suchych i zniszczonych
  • parę kropel nafty kosmetycznej z dodatkiem wit. A i E.

Awokado (lub jak mówi moja babcia - adwokato) rozciapciałam widelcem na gęstą papkę, którą wymieszałam ze skrobią, a następnie z maską i naftą. Powstała taka przyjemna, ufoludkowa masa:


Wygląda trochę jak guacamole, ale zdecydowanie nie polecam próbować:D


Jeśli chodzi o to co zrobiłam z włosami:
  • naolejowałam je na noc olejem kokosowym (od uszu w dół)
  • następnego dnia umyłam szamponem z slseskami Joanna Rzepa - dzięki temu, że końcówki były wcześniej naolejowane, nie uległy wysuszeniu przez mocne detergenty zawarte w tym szamponie
  • nałożyłam na odciśnięte z wody włosy zieloną maskę z awokado i trzymałam pod czepkiem foliowym i ręcznikiem przez ok. 40 minut
  • spłukałam pobieżnie maskę wodą, a następnie płukanką ze skrzypu
  • pozostawiłam włosy do naturalnego wyschnięcia.

Teraz widzę na innych blogach, że większość osób zmywa awokado szamponem... Hmm. Gdy rozczesałam włosy na mokro, były takie jakieś sztywne i nieco posklejane, ale gdy wyschły zrobiły się na szczęście bardzo mięciutkie.

Oczywiście kiedy włosy całkowicie już wyschły, zrobiło się ciemno i nie było mowy o zrobieniu zdjęcia w świetle dziennym. Zamieszczam więc zdjęcia w sztucznym świetle z łazienki, ale ostrzegam, że są one zafałszowane. Nie wiem czemu ale szczególnie światło z tej łazienki sprawia, że moje włosy wyglądają na o wiele bardziej błyszczące niż w rzeczywistości. W świetle naturalnym były po tej masce o wiele bardziej matowe.




Ciuchy po domu ;)




Efekty, czyli moje włosy po tej kuracji są:
nawilżone,
+ dociążone, ale nieprzeciążone - CUD!
miękkie,
+ mięsiste,
- ALE niestety wcale nie błyszczące,
- nieco się strąkują.

Myślę, że aby rozwiązać dwa powyższe problemy, wystarczyłoby umyć włosy delikatnym szamponem i nałożyć potem odżywkę, np. Nivea Long Repair (lub w ogóle pominąć mycie szamponem i od razu przejść do odżywki). Wtedy włosy powinny nabrać blasku i przestać zbijać się w strąki.


Awokado świetnie sprawdza się również jako maseczka do twarzy, dekoltu i pleców. W połączeniu z jogurtem i paroma kroplami soku z cytryny doskonale nawilża i nawet chyba rozjaśnia i wyrównuje koloryt, bo taki efekt na sobie zaobserwowałam, gdy jej kiedyś użyłam :) Dziś wieczorem planuję znów jej użyć, już nie mogę się doczekać :)

To dobry sposób na "pozbycie się" przejrzałego awokado, jeśli nie jesteśmy zbyt wielkimi fankami jego smaku (ja jem przez rozum, ale tylko cienkie plasterki lub wymieszany z tuńczykiem lub łososiem z puszki).

Próbowałyście? Lubicie adwokato na włosach? :)



niedziela, 2 listopada 2014

Amerykańskie kosmetyki - cz. 1, włosowa

Dzisiaj pokażę Wam ciekawostki kosmetyczne z Kraju Kwitnącego Hamburgera, czyli kosmetyki, których nie ma w Polsce (a przynajmniej których ja nie widziałam nigdzie w Warszawie :) ).

Byłam w Teksasie przez prawie 3 miesiące (ach te studenckie wakacje :D), więc trochę tego jest. Dlatego podzielę post o amerykańskich kosmetykach na kilka części. Zacznę od włosowych.

Dodam, że kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Dla zainteresowanych - cenowo celowałam raczej w tańsze produkty; nie pamiętam dokładnie cen wszystkich kosmetyków, ale jeśli chodzi o zawartość tego posta, to żadna z cen nie przekroczyła chyba 8 dolarów.

W Stanach Zjednoczonych jest wiele ciekawych, nieznanych polskiemu konsumentowi marek, jak również te, które mamy w Polsce, z tym że oferowane przez nie produkty są całkowicie inne lub wybór jest o wiele większy. Np. jeśli chodzi o Garnier, to nie znalazłam nigdzie produktów z serii Ultra Doux ani odżywki Oleo Repair, ale natknęłam się na inne produkty, np. większy wybór odżywek z serii Fructis lub olejek do włosów i olejek do twarzy przeznaczony m. in. do używania w metodzie OCM. Ogromny jest też wybór produktów Herbal Essences.
Większy jest też wybór produktów do stylizacji: wosków, produktów bez spłukiwania podkreślających skręt lub przeciwnie - prostujących włosy, żeli i Bóg wie czego jeszcze. Wiele z nich jest kierowanych do czarnoskórych kobiet z charakterystyczną dla nich problematyczną bujną czupryną.


  • Herbal Essences Color Me Happy - odżywka do spłukiwania do włosów farbowanych, z ekstraktem z róży, 300 ml. Obiecuje nam o 50% więcej blasku i rzeczywiście nadaje blask, ale tylko potrzymana przez parę minut. Ułatwia rozczesywanie, pokrywa włosy ochronną warstewką silikonów. Zapach charakterystyczny dla produktów Herbal Essences + słabiutki zapaszek różany. W składzie rzeczywiście posiada różne fajne ekstrakty roślinne i to wcale nie w śladowych ilościach, wow! Są to: jedwabny wyciąg z kukurydzy (?), wyciąg z róży i wyciąg z kwiatu passiflory. Skład (przepraszam za poblask, ale 20 września dalej było 30 stopni):


***

  • Herbal Essences, Hello Hydration - nawilżająca odżywka do spłukiwania z ekstraktem z kokosa, 700 ml. Jak do tej pory najlepsza dla kręconych włosów mojego lubego, rzeczywiście dobrze nawilża, włosy są po niej bardzo miękkie, szczególnie przy regularnym stosowaniu. Tak samo jak poprzednia, zawiera 3 ekstrakty roślinne przez zapachem: znowu ten jedwabny wyciąg z kukurydzy (chyba że źle tłumaczę), potem wyciąg z kwiatu storczyka męskiego i wyciąg z kokosa. Jak na odżywkę sklepową ma całkiem nieskomplikowany skład (czyli na plus!). Skład:


***

  • Herbal Essences, Smooth Collection - wygładzająca odżywka do spłukiwania z owocami róży, witaminą E i ekstraktem z jojoby, 1 litr (tak, wszystko jest większe w Teksasie!). Kupiliśmy tą odżywkę ze względu na jej pojemność, bo mój luby serdecznie nienawidzi kupowania czegokolwiek i najbardziej lubi rzeczy, które nigdy się nie kończą. Niestety, odżywki sprzedawane w takiej pojemności są przeważnie gorsze niż te w mniejszych opakowaniach. Tą odżywkę porównałabym do wspomnianej wcześniej Color Me Happy, bo obie zawierają ekstrakty z róży, z tym że Color Me Happy lepiej wygładza niż Smooth Collection, mimo że nie to jest jej głównym zadaniem. Po użyciu tej odżywki moje włosy nie były wygładzone, tylko trochę bardziej... puszyste (ale nie spuszone!). Na obronę Smooth Collection powiem jednak, że producent nie oszukuje i wszystkie obiecane bajery rzeczywiście w niej są, a witamina E jest nawet w dwóch postaciach (tocopherol i tocopheryl acetate)! Niestety jest to jeden z przykładów kiedy dobry skład nie przekłada się bezpośrednio na działanie, przynajmniej nie na naszych włosach (moje - proste, cienkie, wysokoporowate; jego - kręcone, grube, średnioporowate). Skład:


***

  • Finesse - odżywka do spłukiwania dla wszystkich typów włosów, o zapachu lawendy, 384 ml. Kupiłam ją za niecałe 2 dolary, głównie do mycia głowy. W tej roli spisała się bardzo dobrze, ale okazało się, że w roli zwykłej odżywki też spisuje się zaskakująco dobrze :) Pachnie rzeczywiście olejkiem lawendowym, dyscyplinuje włosy, ułatwia rozczesywanie i wygładza. Z ciekawszych rzeczy zawiera puder jedwabny i hydrolizowane proteiny sojowe. Skład:


***

  • Renewing Argan Oil of Morocco, OGX - odżywka do spłukiwania z olejkiem arganowym, 7 ml. Kupiłam ją tylko dlatego, że z jakiegoś powodu myślałam, że to odżywka bez spłukiwania... Tak to jest, jak KTOŚ stoi nad głową i jęczy, żeby już iść! :P W dodatku zawiera alkohol izopropylowy, jak wszystkie dobrze zapowiadające się odżywki tej firmy (a wybór jest naprawdę duży). Jeśli komuś nie przeszkadza isopropyl alcohol w składzie - go for it. Ale moje włosy go nie lubią. Po tej odżywce są jakby tępe i kompletnie bez blasku. Chociaż wydają się nieco grubsze w dotyku. Skład uroczy: olej arganowy już na 6 miejscu, potem hydrolizowana keratyna, masło kakaowe, olej z awokado, sok z aloesu, jakiś czas potem olej kokosowy. Tylko ten wysuszający alkohol... Skład:


***



  • Garnier Fructis Style: Sleek&Shine Blow Dry Perfector - prostujący włosy balsam z olejkiem arganowym, bez spłukiwania, 150 ml. Producent obiecuje 3-dniową ochronę przed puszeniem, a także szybsze, łatwiejsze suszenie suszarką i gładkie włosy pełne blasku. Ojejejej. Bez zbędnego rozwodzenia się powiem, że to wszystko prawda na moich włosach :) Są rzeczywiście idealnie proste, szybciej schną - zarówno z użyciem suszarki, jak i bez. Generalnie nie mam problemu z nadmiernym puszeniem się i myję głowę codziennie, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście chroni przed panem puszkiem, i to przez 3 dni. Znacząco ułatwia rozczesywanie i pokrywa końcówki ochronną warstwą silikonów bez obciążania, dlatego zabrałam go ze sobą do Polski. Bardzo wydajny - kupiłam go w lipcu i w listopadzie dalej go mam, chociaż nie używam go codziennie. Skład:



***



  • Garnier Fructis Style: Sleek & Shine Anti-humidity hairspray - lakier do włosów przeciw wilgoci (w domyśle przeciw puszeniu się włosów spowodowanym wilgocią) z ekstraktem z bambusa, zapewnia sprężyste utrwalenie. Czegoś takiego na 100% nie mamy w Polsce - lakier od Garniera? :D Bardzo ładnie pachnie, utrwala bez sklejania, dozownik się nie zacina i działa poprawnie. Plus za ładne opakowanie, jeszcze nie widziałam zielonego lakieru :) Tak szczerze mówiąc nie jestem w stanie ocenić utrwalenia, bo na moje cienkie, proste i śliskie włosy nic nie działa tak, jakbym sobie tego życzyła - chyba mam jakieś nierzeczywiste wymagania :) Mimo to byłam bardzo zadowolona, spryskane nim koki się nie rozwalały, więc polecam.

***




  • Spożywczy olej kokosowy extra virgin marki Kelapo, organiczny, z certyfikatem Fair Trade, wyciskany na zimno i nierafinowany. Tyle bajerów za 5 dolarów :) Czyli taniej niż w Polsce. Używałam go głównie do włosów - dodawałam do masek, olejowałam na mokro i na sucho na całą noc, nakładałam na skalp i jestem zachwycona! Pominąwszy fakt, że uwielbiam zapach kokosa - jeśli chodzi o działanie, nie ma lepszego oleju dla moich włosów. Efekty regularnego stosowania pokazywałam w tej aktualizacji włosowej. Używałam tego oleju też w celach spożywczych, np. do smażenia naleśników - bardzo przechodzą wtedy kokosowym aromatem! Użyty na ciało nawilża, ale w niewielkim stopniu. Zostawia skórę jedwabiście gładką w dotyku. I ten zapach! Czy mówiłam już, że moim ulubionym mleczkiem do ciała jest kokosowe Ziai? No właśnie :) 


To tyle jeśli chodzi o amerykańskie ciekawostki włosowe :) Gdy polecę znowu do Stanów, na pewno zakupię kolejny słoiczek oleju kokosowego, bo tam bardziej się opłaca. Z reszty produktów też jestem generalnie zadowolona - oprócz OGX Renewing Argan Oil of Morocco i HE Smooth Collection - i kupiłabym je ponownie, gdyby nie to, że srocza ciekawość każe mi testować za każdym razem inne kosmetyki :) Aczkolwiek jeśli nie znajdę innego produktu podobnego do Garnier Sleek&Shine Blow Dry Perfector, to już przy nim zostanę.

Następnym razem napiszę co nieco o upolowanych w Teksasie kosmetykach do twarzy i tym podobnych.



Czy te kosmetyki są rzeczywiście niedostępne w Polsce? Jeśli nie, dajcie znać i wyprowadźcie mnie z błędu :)
Jeśli możecie polecić mi jeszcze inne amerykańskie kosmetyki, to chętnie zapoznam się z sugestiami :)




niedziela, 26 października 2014

Niedziela dla włosów V - jajco :)

Mniej więcej raz w tygodniu kładę na skalp i włosy domową maskę jajeczną. Nic tak nie wzmacnia i pogrubia moich wątłych kosmyków jak właśnie żółtko - czyli proteiny. Keratyna to niby też proteiny, ale nie pogrubia tak moich włosów, tylko wygładza. Teoria stojąca za tym fenomenem jest taka, że żółtko jaja to proteiny wielkocząsteczkowe, a hydrolizowana keratyna - małocząsteczkowe.

Robię to w ten sposób, że myję głowę szamponem z SLS (obecnie Joanna Rzepa), mieszam żółtko z olejem rycynowym, sokiem z cytryny i ewentualnie innymi bajerami. Jeśli będę nakładać miksturę na skalp, to dodaję odżywkę do skóry głowy, np. łyżeczkę Jantara lub sprayu Green Pharmacy przeciw wypadaniu. Często wkraplam też kilka kropelek olejku eterycznego, np. cytrynowego, z drzewa herbacianego czy lawendowego (wszystkie mają właściwości antyseptyczne, co przydaje się tłustym skalpom). Po nałożeniu na skalp "rozwadniam" to, co zostało większą ilością jakiegoś oleju i wcieram w długość, szczególnie w końcówki. Po ok. 30 minutach zmywam szamponem Alterry, nakładam jakąś odżywkę do spłukiwania (obecnie Timotei Shine Recharge z olejem sezamowym), po wyschnięciu wcieram w końcówki serum Gliss Kur - dla ochrony.

Jednak tym razem nie miałam oleju rycynowego, więc zastąpiłam go olejem łopianowym ze skrzypem Green Pharmacy. Cytrynę zastąpiłam octem jabłkowym, znanym ze swoich właściwości domykających łuski włosów i ograniczających przetłuszczanie się skalpu. Na długość dodałam oliwę z oliwek.


Trochę za bardzo zaszalałam z ilością octu, ale mimo wszystko było ok :) Nie zrobiłam zdjęć, bo też nie miałam niczego ciekawego do pokazania ;) Włosy w lepszej kondycji, pogrubione, szczególnie końcówki, chociaż nie miały szczególnego blasku. 

Wy też stosujecie stare dobre jajco? :)

Zobacz również: