Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2016

Kosmetyczna czystka!

Nie robię sobie żadnych noworocznych postanowień - ale jest to dobra okazja, żeby się za coś w końcu zabrać! Na przykład za wyrzucanie starych, nieużywanych i/lub przeterminowanych kosmetyków do makijażu. Biorąc pod uwagę jak rzadko i skromnie się maluję, moja kolekcja kosmetyków do makijażu jest całkiem zdumiewająca.

Natknęłam się na ten artykuł, w którym autorka pomaga pożegnać się z niepotrzebnymi i przeterminowanymi elementami kolorówki. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, jaki może być termin ważności takich produktów... szczególnie, że od jakiegoś czasu noszę soczewki.
Według powyższego artykułu wygląda to tak:

• Pudry, np. podkłady, róże i cienie do powiek: 1 rok
• Tusz do rzęs i eyelinery w płynie: 3 miesiące (!) - chcemy uniknąć wprowadzania bakterii do oczu
• Kredki: 6 miesięcy
• Formuły kremowe, np. korektory i róże: 6-12 miesięcy
• Szminki: 1 rok
 • Gąbki: 1 miesiąc lub krócej, jeśli nie są czyszczone po każdym użyciu

Ile z nas wyrzuca żelowe eyelinery po 3 miesiącach? Lasu rąk na pewno nie zobaczę! :P
Oczywiście robiąc czystkę kosmetyczną nie trzymałam się sztywno tych reguł, bo come on, gdybym miała wyrzucać kredki do oczu lub konturówki po 6 miesiącach, to prawie wcale bym się nimi nie nacieszyła. Co nie zmienia faktu, że wiele rzeczy trafiło do kosza. Czas tak szybko zleciał... studniówka była wczoraj... kosmetyki, które kupiłam na tamtą okazję walają się po szufladzie... a jestem już po studiach. D:

Wyszła z tego taka mała torebka (a nie obejmuje to szminek i błyszczyków, które trzymam w oddzielnej kosmetyczce, do której nie chciało mi się dzisiaj dokopywać):

Chcecie wiedzieć, co było w środku? Niektóre kosmetyki zostały wyrzucone ze względu na wiek, a niektóre ze względu na to, że są po prostu beznadziejne :D



  • Astor, puder matujący Anti Shine Matitude nie jest stary, ale wyleciał, bo po dwóch użyciach mnie zapchał, a odcień jest mimo wszystko nieco za blady.
  • Maybelline Dream Mat Powder - nie mam pojęcia ile ma lat, ale więcej niż 2! Używałam go namiętnie, aż połamał się do takiej formy i stał się bardzo niewygodny w użyciu. Był już stary, więc zamiast bawić się w sklejanie go (wiem, że jakoś się da), kupiłam nowy.
  • Cienie do powiek Lovely - kupione na chybił trafił dawno temu, kiedy nie miałam pojęcia, jakie kolory pasują do mojej karnacji i urody. Ze względu na nietwarzowe kolory i bardzo słabą pigmentację przeleżały, sporadycznie używane, w takim stanie aż do dziś.
  • Dwukolorowe cienie Lovely, Essence lub Wibo (nie pamiętam). Mocna pigmentacja, kolory jednak za bardzo nasycone jak na mój typ urody, a teraz już produkt mocno się przeterminował (3-4 lata D:)
  • Essense, biały perłowy cień do oczu. Jedna wielka pomyłka. Kupiłam go sugerując się uniwersalnymi radami makijażowymi typu "każda dziewczyna w swojej kolorówce powinna mieć...". Jak mówiła mama, "ty nie jesteś wszyscy" :D
  • Paletka korektorów Wibo - zupełnie nie trafiła w moje potrzeby pod żadnym względem.


  • Podkład w sztyfcie (chyba Avon) - miał dobre 6 lat. Ostatni raz używałam go 4 lata temu. No i po co człowiek trzyma takie coś w szufladzie po tyle lat, no po co? :P
  • Rimmel, czerrrrwona szminka. Na warszawskiej ulicy robiłam z nią furorę, szczególnie wśród obcokrajowców na starówce - zdaniem niektórych dlatego, że wyglądałam jak prostytutka. :D Krwiście czerwone usta to jednak nie moje klimaty, więc po paru użyciach wylądowała w ciemnym kącie, gdzie przewalała się przez jakieś 3 lata.
  • MaxFactor 2000 Calorie, maskara - przeterminowała się, ale zanim to się jeszcze stało, bardzo szybko wyschła. Nie wiem czemu parę miesięcy trzymałam w domu prawie puste opakowanie po wyschniętej maskarze.
  • Kredka do ust jednej z bardzo tanich marek (chyba Lovely). Dostałam ją chyba jeszcze w gimnazjum! O zgrozo! Nie wspominając o tym, że ten prawie neonowy róż z brokatem nie pasuje NIKOMU :D
  • Icing, zielony eyeliner i tusz do rzęs w jednym. Nigdy nie działał za dobrze - po prostu nie krył rzęs jako tusz. Jako eyeliner nie był zły, ale rzadko używam eyelinerów, a teraz jest już przeterminowany - zwyczajnie się zwarzyło, jak widać na zdjęciu).
  • MySecret, różowy eyeliner w płynie.Użyty dosłownie 2 razy (raz na Sylwestra 2014/2015, a drugi raz nie pamiętam, więc mógł się on nawet nie wydarzyć!). W opakowaniu wygląda znośnie, ale na powiekach zamienia się w neonową żarówę.
  • Eveline, korektor pod oczy (nazywał się chyba 8w1 coś tam). Bardzo szybko starły się napisy na opakowaniu. Sam korektor nie pasował mi kolorystycznie - za bardzo żółty i ciemny, poza tym słabo krył.
  • Kobo, Perfect Cover Stick - korektor głównie pod oczy w formie sztyftu. Niemożliwy do współpracy, połamany w środku i suchy, a jak już jakimś cudem udało się go zaaplikować, to był za jasny i odkładał się w zmarchach. Leżał w szufladzie co najmniej 2 lata.

 Wywaliłam także stare i brudne pacynki do makijażu, które chyba jeszcze nigdy nikomu (poza dziewczynkami z podstawówki) się nie przydały.

Staram się takie czystki robić regularnie, nie tylko w kosmetykach, ale i dokumentach czy ubraniach.

A Wy? Trzymacie w domu jakieś kosmetyczne trupy? Zachęcam do przejrzenia zawartości kuferków tudzież szuflad, bo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile bezużytecznych bubli w nich przechowujemy! :)

sobota, 12 września 2015

Denko!


Które to już denko? A nie wiem, czy to ważne? :P Ważne, że jest! Zapraszam :)

1. L'Oreal Elseve Total Repair 5, odżywka wypełniająca. Twierdzi, że zawiera "cement", który "wypełnia ubytki" we włosach. Brzmi to jak jakieś voodoo, a chodzi tak naprawdę o jakieś aminokwasy i keratynę, czyli składniki protein i proteiny, które owszem, wypełniają ubytki we włosach. Jeśli chodzi o faktyczne działanie, to było okej. Bez szału. Konsystencja dosyć wodnista, zapach typowy dla kosmetyków Elseve - nie jest to mój ulubiony zapach. Szybko wchłania się we włosy, co dla mnie nie jest zaletą. Było okej, ale bez szału i dlatego nie kupię ponownie. Całe szczęście kupione było na promocji, chyba za ok. 8 zł w SuperPharm.

2. Alterra, emulsja z granatem do oczyszczania twarzy. Nie, nie i jeszcze raz nie. Myślałam, że będzie to kompromis między OCM i normalnym oczyszczaniem, ale niestety kompletnie się na mojej twarzy nie spisało. Lepka konsystencja, niedokładne oczyszczanie, a po zmyciu wodą (co było konieczne ze względu na okropny dyskomfort na twarzy) - brak nawilżenia! Moja tłusta skóra domagała się nawilżenia mimo tego, że ta emulsja jest przeznaczona do skóry suchej! Użyłam kilka razy, potem przez długi, długi czas stało to to na półce, aż w końcu wylądowało w koszu. Zdecydowanie nie kupię ponownie tej emulsji ani żadnego produktu stworzonego w ten sam sposób.

3. Alterra, szampon nadający objętość, papaja i bambus. Jest to ulubiony, oprócz wersji z pszenicą, szampon wielu osób - ale nie mój. Pachnie jak proszek do oranżady, co nie musi być koniecznie wadą. Natomiast jeśli chodzi o działanie, to nie lubię efektu, jaki daje na moich włosach. Trochę skrzypiący, ale nie do końca. Po użyciu mam wrażenie, że czegoś moim włosom i skórze głowy brakuje. Wolę delikatniejsze szampony, uzupełniane raz na jakiś czas mocniejszym szamponem z SLS, niż takie pół na pół. Tej wersji nie kupię ponownie; pozostanę wierna Alterze migdałowej, nawilżającej z granatem i tej z pszenicą. Polecam polować na promocje, bo cena regularna to 9,99 zł, a w promocji 6,99 czy nawet 5,99! Zawsze wtedy wrzucam do koszyka nawet po 4 butelki ^^

Produkty Alterry są dostępne wyłącznie w drogeriach Rossman.




4. Intimelle, delikatny żel do higieny intymnej z rumiankiem. Dowiedziałam się o nim na jakimś blogu, teraz nie mam już pojęcia, gdzie dokładnie... Ale była tam dokładna analiza składu m. in. właśnie tego żelu i tak w skrócie chodzi o to, że to żel idealny! Niedrogi (nie pamiętam dokładnie ile, ale poniżej 10 zł, w promocji nawet po 4 zł!), bez ani jednego niebezpiecznego składnika, z kwasem mlekowym i łagodzącym rumiankiem, a jednocześnie skuteczny :) Trzeba jednak uważać biorąc inne wersje, bo np. wersja z różą zawiera już jakieś SLeS lub SLS. Obecnie używam wersji z korą dębu, która jest oczywiście bezpieczna pod tym względem, a w kolejce czeka wersja z aloesem, również sprawdzona przeze mnie pobieżnie pod kątem niefajnych substancji. Czy kupię ponownie? Już kupiłam! :P Rewelacja.

Dostępna tylko w drogeriach Natura.

5. Nivea Pure&Natural, tonik oczyszczający. Stał na półce przez ponad pół roku, bo nie wiem czemu nie spojrzałam w sklepie na skład, no i przypłaciłam za brak konsumenckiej przezorności... Dlaczego? Na pierwszym miejscu w składzie woda, na drugim... denaturat! Próbowałam mimo to używać toniku, w końcu poza tą wadą skład nie budzi większych zastrzeżeń, ale nie dało się - nie pomagał w niczym, wręcz przyczynił się do powstawania pryszczy i pogorszenia stanu skóry. W końcu wylewanie na twarz denaturatu nigdy nie jest dobrym pomysłem, szczególnie na cerę skłonną do zaczerwienień, jak moja. Nigdy nie kupię ponownie i nie polecam nikomu, bo taki zakup jest kompletnie bez sensu. Ten tonik przez wiele miesięcy służył mi do... przecierania zlewu. W tej roli spisywał się znakomicie.

6. Garnier Mineral Invisible, antyperspirant w kulce. Teraz wszystkie antyperspiranty Garniera w kulce wyglądają w ten sposób, ale przeszły też metamorfozę składową, bo wersji, którą wcześniej kochałam, nie widzę już wśród nowego asortymentu. Ta wersja - może być. Działa. Czy kupię ponownie? Być może.


Trochę to denko wyszło negatywne, ale czy to moja wina, że producentom czasami po prostu się nie chce? :P

A jak idzie Wam walka z efektami braku silnej woli podczas zakupów? ;)

sobota, 15 sierpnia 2015

Denko maseczkowe


W tym tygodniu zdenkowałam tylko i aż 2 maski do włosów, co uznaję za tym większy sukces, że obie były w litrowych opakowaniach. Obie spisały się świetnie!

1. (z prawej) Serical Crema al Latte chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. A jeśli trzeba, to powiem, że to świetna, niedroga (ok. 12 zł za 1 litr) maska, do kupienia np. w drogeriach Hebe, których przynajmniej w Warszawie widzę coraz więcej. Jej głównym składnikiem są proteiny mleczne (dla kompletnie niezaznajomionych z tematem tutaj można poczytać m. in. o proteinach i czemu są takie ważne). Poza tym jest bardzo lekka, nie obciąża włosów, ale odpowiednio je też dociąża, można jej używać do mycia głowy i włosów bez szamponu. Kiedy nałożyłam jej naprawdę dużo, radziła sobie nawet z całkowitym emulgowaniem oleju ze skalpu i z włosów.

2. (z lewej) Seri Natural Line, Intensive Hair Care, maska miodowo-migdałowa. Pisała o niej Henrietta (tutaj), więc odsyłam do jej wpisu po pełną recenzję. Od siebie dodam tyle, że jeszcze lepiej niż Serical al Latte emulguje oleje i myje głowę. Dobrze nawilża, ale moje końcówki potrzebują dociążenia i ochrony silikonowej, chociaż przeważnie tak się dzieje, niezależnie od maski. Fantastycznie pachnie! :) Ten zapach jest spotykany w różnych kosmetykach, przypomina mi np. żel pod prysznic Palmolive z miodem. Uwielbiam te zapachy :) Też jest jej cały litr, do kupienia m. in. w drogeriach Natura, gdzie czasami jest w promocji; cena regularna to chyba coś około 18 zł.
Poniżej skład dla zainteresowanych:


Obie maski są również wydajne, więc zawsze można się z kimś podzielić, jeśli nie lubicie używać tego samego produktu przez 6 miesięcy (lub macie krótkie włosy i będziecie tego używać przez rok :D) - ja tak zrobiłam :)

Mam ochotę wypróbować inne litrowe maski Seri... Co o tym sądzicie? Używałyście? :)



P.S. Zaczęłam pisać bloga o żarciu - Dziś na talerzu, więc jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam :)

niedziela, 30 listopada 2014

Denko październikowo-listopadowe + piosenka na poprawienie humoru :)


Zagapiłam się z wstawieniem październikowego denka (chociaż kto powiedział, że denka muszą być koniecznie comiesięczne?), więc bez zbędnego wstępu przedstawiam swoje ostatnie zużycia, zdradzam czy je polubiłam i czy kupię ponownie.

PAŹDZIERNIK:

1. Original Source, kokosowy żel pod prysznic - super, uwielbiam! Jako jeden z niewielu żeli ten zupełnie mnie nie wysuszał (zresztą jego "funkcja" ma być właśnie nawilżająca), pięknie pachniał, był dosyć wydajny, no i często można go dorwać na promocjach. Kiedy znów zapragnę kokosowego żelu pod prysznic, na 100% wezmę ten. W ogóle bardzo lubię Original Source :)
Czy kupię ponownie: TAK

2. Ziaja, maska do włosów farbowanych "intensywny kolor". Zawiera olej rycynowy, kondycjonery, witaminę B5 - i niewiele poza tym. Dosyć krótki skład, co dla jednych jest zaletą, ale dla mnie była niestety za lekka, plus moje włosy nie lubią się z olejem rycynowym. Ta jej lekkość sprawia również, że można ją stosować bez spłukiwania, co również zaleca producent na opakowaniu. Rzeczywiście nie przeciąża wtedy włosów. Stosowałam ją na sto różnych sposobów - jako oba O w OMO, tudzież tylko jako pierwsze lub tylko jako ostatnie, nakładałam na krótko, na długo... Za każdym razem było kiepsko - włosy nie miały żadnego blasku, były niesforne i nie wyglądały zbyt dobrze (tak jak w zdjęciach z lipca w tej aktualizacji włosowej). Maska dobrze służyła mi jednak jako baza do tuningowania - wymieszana z olejem kokosowym i nawilżającą odżywką granatową z Alterry dawała bardzo dobre efekty. Ale solo nie. W dodatku nie ma na opakowaniu informacji co do przydatności do użycia po otwarciu - przekonałam się dopiero na własnej skórze, kiedy po 3 miesiącach wróciłam do domu i zastałam na słoiczku... grzyb. Dokładnie na wieczku od wewnątrz i na zrębach wokół otwarcia. Not cool...
Czy kupię ponownie: NIE

3. Jantar, odżywka do skóry głowy. Tego pana nie muszę chyba nikomu przedstawiać :P Wcieramy go w czysty, suchy skalp, co nie jest dla mnie takie proste, bo bardzo przyśpiesza mi on przetłuszczanie. W związku z tym wcieram go tylko po powrocie do domu jak już wiem, że nigdzie nie będę wychodzić. Sam w sobie jest w porządku, a w połączeniu z piciem pokrzywy daje świetne efekty w postaci nowych baby hair. Co prawda nie jest ich u mnie tyle co u innych blogerek, ale są i bardzo mnie to cieszy. Obecnie chyba znowu zmieniła się formuła... być może nastąpił powrót do starego składu, bo Jantar ma nowe opakowania i napis "tradycyjna formuła". Nie sprawdzałam co to dokładnie znaczy, ale jakieś różnice rzeczywiście są. Ciekawe, ciekawe.
Czy kupię ponownie: TAK

4. Alterra Cellulite Hautoel pomarańcza i brzoza. Jest to olej do ciała, szczególnie do masażu partii dotkniętych cellulitem, ale wiadomo, że włosomaniaczki używają go do olejowania czupryny. W razie czego można wykorzystać go zgodnie z jego pierwotnym zastosowaniem i w tej roli też się sprawdza :) Chociaż mi było go szkoda tak lać na siebie (do masażu bańkami chińskimi idzie u mnie całkiem sporo produktu), więc do tego celu wymieszałam go z oliwką dla dzieci. Jeśli chodzi o olejowanie włosów - wspaniale! W dodatku ten zapach... <3 Sto razy lepszy od oliwy z limonką tej samej firmy, której obecnie używam. Producenci chyba zauważyli ten popyt na pomarańczową Alerrę, bo kiedy ją kupowałam ho ho, dawno temu, to wszystkie te olejki były w tej samej cenie, a teraz pomarańcza jest kilka złotych droższa od pozostałych dwóch.
Czy kupię ponownie: za każdym razem wypróbowuję nowe oleje, ale kiedyś pewnie TAK :)

5. Joanna Naturia odżywka bez spłukiwania z cytryną i miodem. Wiele osób chwali sobie te odżywki, ale są to chyba osoby o włosach wysokoporowatych, bo moje niskopory nie akceptują alkoholu izopropylowego, który tam niestety straszy... A fe, a fe! Włosy były po tej odżywce sztywne, pozbawione blasku, a na wszystkich końcówkach widać było białe kulki. Niektórzy używają tych odżywek do mycia, ale w tej roli też się u mnie nie sprawdziła. W dodatku pachnie jakoś mdło.
Użyłam tej odżywki do serów sprayu, szczególnie do rozjaśniającego, bo dobrze rozpuszcza się w wodzie i emulguje oleje.
Czy kupię ponownie: NIE

6. Mrs. Potter's balsam do włosów farbowanych z ginko biloba. Używałam go tylko do mycia włosów i sprawdzał się dobrze. Ze względu na dużą pojemność (pół litra) i niską cenę (ok. 6 zł) jest to idealna odżywka do tego celu.
Czy kupię ponownie: być może, ale prawdopodobnie inne wersje

7. Timotei odżywka "lśniący blask". Rzeczywiście nadawała włosom blask, fajnie pachniała. Z tym, że opakowanie krzyczy: "z olejem sezamowym!" a w składzie okazuje się, że to tylko ekstrakt. Mimo to odżywka robiła co powinna. W dodatku kupiłam ją na promocji za śmieszne pieniądze, więc - tyle wygrać :D
Czy kupię ponownie: pewnie TAK

8. Green Pharmacy, olej łopianowy ze skrzypem. Olej jak olej. Mój skalp nie lubi się z olejami i z tym też się nie polubił. Natomiast do olejowania długości wolę po prostu inne oleje, szczególnie takie, które ładnie pachną i/lub które można wykorzystać do innych celów (spożywczych, do pielęgnacji ciała), ten natomiast jest dedykowany tylko do włosów.
Czy kupię ponownie: NIE




LISTOPAD:

1. Le Petit Marseilais, żel pod prysznic mandarynka i limonka. Ma nawilżać i odświeżać. Odświeża, a czy nawilża... Jakoś strasznie mnie nie wysuszał, ale przeważnie musiałam użyć potem nawilżającego mleczka, by poradzić sobie ze uczuciem ściągnięcia.
Czy kupię ponownie: nie wiem, ale chyba NIE

2. Isana, krem do rąk z rumiankiem. Taka mała, bo to opakowanie "samolotowe", czyli 100 ml. Po zużyciu miniaturki mam ochotę dać szansę pełnowymiarowej wersji, bo działa świetnie! Co prawda było lato kiedy ją testowałam i nie wiem czy poradziłaby sobie zimą, ale jestem pełna optymizmu. Mój chłopak, kiedy dotknął moich dłoni po użyciu tego kremu, stwierdził, że są "przerażająco gładkie" i że czuje się bardzo nieswojo, bo ma wrażenie, że dotyka niemowlaka :D Dobra rekomendacja, czyż nie? :)
Czy kupię ponownie: TAK

3. Isana Hair Birkenwasser - woda brzozowa do włosów z prowitaminą B5. Bubel! Składa się z alkoholu, wody brzozowej, prowitaminy B5 i zapachu (niekoniecznie w tej kolejności). Ten zapach jest szczególnie paskudny. W dodatku woda sama w sobie nic nie zdziałała. Kupiłam ją dawno, dawno temu, więc nie wiem czy jest w ogóle jeszcze dostępna. Na zdjęciu widać jeszcze trochę na dnie, ale wylewam. Beznadzieja.
Czy kupię ponownie: NIE

4. Naturalny olejek eteryczny sandałowy. Zapałałam miłością do olejków eterycznych i moja kolekcja sukcesywnie się powiększa. Olejek sandałowy świetnie sprawdza się jako dodatek do kąpieli - ładnie pachnie i relaksuje. Gdzieś widziałam też zastosowanie w domowym toniku na wągry, ale na mnie nie podziałał.
Czy kupię ponownie: TAK

5. Isana Med mleczko do ciała Urea+. Smarowałam nim łydki kiedy używałam depilatora. Bardzo dobrze nawilża. Nie pachnie, więc nie podrażni. Jedyna wada - bardzo się lepi i długo się wchłania.
Czy kupię ponownie: być może

6. Lady Speed Stick Invisible - antyperspirant w żelu. Ten bezbarwny żel pozostawił białe ślady na czarnych ubraniach. Jak to możliwe? Nie wiem :D Jeśli chodzi o ochronę przed potem, ocenię ją jako przeciętną. Spodziewałam się nie wiadomo czego po tych reklamach z Marią Szarapową (wieki temu, ale co tam!), a tu taki raczej średniaczek. Zapach też nie powala na kolana. Wolę inne.
Czy kupię ponownie: NIE

7. Ziaja Sopot, rozjaśniający krem pod oczy. Kupiłam go wieki temu i dopiero niedawno zmobilizowałam się, by go zużyć. Podczas tego intensywnego zużywania zgubiłam zakrętkę. Krem po oczy - jak to krem. Czy rozjaśnia cienie? Moich nie ruszył, aczkolwiek nie mam nadziei, że cokolwiek da radę. Bardzo wydajny, zużywałam go naprawdę w nieskończoność. Ociupina jeszcze została, ale mam dość i mówię mu już papa.
Czy kupię ponownie: NIE

***

I obiecana piosenka! Raz na jakiś czas (ostatnio coraz częściej!) robię sobie przerwę od metalu i innych ciężkich brzmień na rzecz takich dziewczyńskich, wesołych rytmów. Ta piosenka bardzo poprawia mi humor i sprawia, że mam ochotę kupić bieliznę American Apparel :P




To tyle! Znacie te produkty? Jak sprawdziły się u Was? No i jak podoba się piosenka? :)


niedziela, 5 października 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 2

Denko jest przedwyjazdowe, a teraz jest już dawno po wyjeździe, oj kiepsko z tym moim pisaniem na bloga, kiepsko... Ale część pierwsza była (tu: klik!), więc i druga musi być. 

Część pierwsza była włosowa, ta będzie bardziej "ciałowa". No to jedziemy! ;)


1. Perfecta: Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu z wyciągiem z bawełny i świetlikiem. Dostałam go na święta i mimo standardowej pojemności sukcesywnie zużywałam go przez pół roku, a to dlatego, że kiepsko radzi sobie z makijażem wodoodpornym i do tego celu musiałam jednocześnie używać innych produktów. W ogóle nie rozpuszcza wodoodpornej maskary; usuwałam ją właściwie mechanicznie, czyli mocno pocierając oczy wacikiem. Z drugiej strony jest cudowny do zmywania zwykłego makijażu - całkiem dobrze sobie z nim radzi i przede wszystkim redukuje uczucie zmęczonych oczu i zaczerwienienie. Dla tego działania używałam go z rana, mimo że wtedy niczego nie zmywałam - wyciąg ze świetlika delikatnie rozjaśnia i łagodzi. Ten płyn micelarny potrafił "postawić moje oczy na nogi" z samego rana, ale to chyba za mało, bym kupiła go ponownie. Podobne działanie wykazują kompresy z herbatki ze świetlika.

2. Garnier Czysta Skóra Active: Ultrazłuszczający peeling z kwasem salicylowym i Herbarepair. Zajęło mi dobre 5 lat, by wreszcie uświadomić sobie, że nie powinnam używać mechanicznych peelingów, bo podrażniają moją naczynkową trądzikową cerę, fundując efekt buraka i dodatkowe wypryski. Jednak przez pewien czas byłam z tego produktu bardzo zadowolona - na tyle, że zużyłam 2 czy 3 jego opakowania. Jest to najbardziej odpowiedni dla cery takiej jak moja peeling mechaniczny, a to dlatego, że jest bardzo drobnoziarnisty i zawiera kwas salicylowy, pomocny w leczeniu trądziku. Robi co powinien i pozostawia przyjemne uczucie świeżości. Zawiera SLS, ale jakoś się nie pieni i nie wysusza. Gdyby moja cera nie była tak kapryśna, dalej bym go używała. 
Gdzie i za ile: drogerie, ok. 16 zł

3. Hean Cosmetics: Slim No Limit (kuracja ujędrniająca) Peeling Masaż solankowy do ciała z miłorzębem japońskim i d-panthenolem. Zakupiony jako peeling do całego ciała, a w szczególności do miejsc dotkniętych cellulitem. I tu nie jestem ekspertką, bo nigdy nie zauważyłam u siebie by jakiekolwiek peelingi poprawiały stan mojej pomarańczowej skórki, chyba że domowy peeling kawowy, który daje efekty dzięki dużej zawartości kofeiny. Ujędrniający masaż solankowy średnio ściera, ujędrnienia natomiast nie zauważyłam na żadnej części ciała. Powiedziałabym, że prawie bubel. Więcej raczej nie kupię - są lepsze peelingi, które dodatkowo przyjemniej pachną, a najbardziej kocham domowe sposoby, ścierające rękawice i szczotkowanie na sucho (sposób podpatrzony u Aliny).
Gdzie i za ile: Rossman, ok. 13 zł

4. Nivea Supreme Touch z masłem shea i olejkiem z orzechów macadamia (żel pod prysznic). Przyjemnie pachnie. Producent obiecuje uczucie nawilżenia także po wytarciu ręcznikiem i rzeczywiście ten żel wysusza moją skórę mniej niż inne ;) Być może kupię ponownie, ale tylko na promocji, bo cena regularna wydaje mi się nieco za wysoka jak na taką pojemność.
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena promocyjna: 7 zł

5. Facelle Waschlotion, duftneutral, mit Avocado- und Kamillenextrakt, czyli bezzapachowy płyn do higieny intymnej Facelle z ekstraktem z awokado i rumianka. Hit włosowej blogosfery i dobry płyn do mycia wszystkiego. Mi jednak średnio przypadł do gustu, bo jest taki jakby śliski i ciężko go zmyć ze skóry, natomiast włosy po umyciu nim są jakby tępe i splątane, ogólnie ciężko umyć nim głowę, a po wysuszeniu jest jeszcze gorzej. No cóż, co kto lubi - ja akurat lubię co innego. ;)
Gdzie i za ile: Rossman, cena ok. 4 zł, w promocji za 2 zł (!)



6. Nie wiem czemu pominęłam jeszcze antyperspirant Adidas Pro Clear Cool&Care, roll-on, widoczny na zbiorczym zdjęciu powyżej. To już moje kolejne rozczarowanie dezodorantami Adidas. Od marki sportowej wymagam maksymalnej ochrony, a on sprawuje się przeciętnie. O wiele lepiej działają na mnie antyperspiranty Garniera. Więcej nie kupię, chyba że będzie w mega promocji ;)
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena do 13 zł


7. Dołączam też kolejny produkt, który nie załapał się na żadne zdjęcie grupowe (ale nieogar!), czyli Seboradin: Maska przeciw wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Poniżej przedstawiam obietnice producenta...


Ale super! Żeby tylko jeszcze tak to działało :D Włosy po tej masce są bardziej sprężyste i lśniące, to prawda, ale tak jak wypadały, tak dalej wypadają. Stosowałam tą maskę tylko na skalp, bo zależało mi tylko na działaniu ograniczającym wypadanie, trzymałam dłużej niż zalecane 5 minut - i nic. 
Skład:


Na pewno nie kupię ponownie. Jest za droga jak na takie działanie i pojemność, w dodatku nie spełnia swojego głównego zadania, czyli nie ogranicza wypadania.
Gdzie i za ile: niektóre apteki i niesieciowe drogerie, internet (np. doz.pl), cena 25 zł.

To wszystko! Tak długo zwlekałam z tym denkiem, że niedługo będzie chyba następne :D
A jak Wam idzie zużywanie kosmetyków?

sobota, 9 sierpnia 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 1

Przed moim wyjazdem starałam się "zdenkować", czyli ludzkim językiem zużyć jak najwięcej kosmetyków - nie chciałam, żeby tuziny na wpół zużytych butelek zalegały samotnie w łazience podczas mojej prawie 3-miesięcznej nieobecności.

Zapraszam więc do lektury mojego pierwszego denkowego posta i recenzowanych przy tej okazji kosmetyków :)

Zrobiłam z tego 2 części, bo nikt nie lubi czytać przydługich postów (tylko ja...).


Jak widać większość z nich to kosmetyki włosowe: maski i odżywki; od nich też zacznę.


1. Alberto Balsam Juicy Green Apple - odżywka do włosów normalnych/przetłuszczających się. Kupiłam ją z zamiarem zużycia do mycia głowy i w tej roli spisała się świetnie! Nie pieni się za bardzo, ale mimo to skutecznie odświeża włosy lepiej niż niejeden szampon. Bardzo korzystny skład - brak parabenów czy wysuszających alkoholi (na reszcie się póki co nie znam ;) )


Gdzie kupiłam i za ile: Tesco, ok. 7 zł za 400 ml

2. Alterra maska nawilżająca z granatem i aloesem - chyba nikomu nie trzeba tego klasyka przedstawiać ;) Dla mnie jednak - odpada... Czy to przez zawartość wysuszającego alkoholu izopropylowego, czy przez to, że moje włosy po prostu pragną czego innego - nie wiem. Wiem natomiast, że ta maska zbyt wiele dla moich włosów nie robi i raczej nie kupię jej ponownie. Solo po myciu potrafiła czasem nawet pogorszyć stan/wygląd moich włosów (większa widoczność rozdwojonych końcówek i "białych kulek"), natomiast użyta do zmywania oleju zdziałała cuda (link do tej niedzieli dla włosów tutaj - klik!)
Gdzie i za ile: Rossman (tylko), ok. 10 zł lub 6 zł w promocji / 150 ml

3. Odżywka Gliss Kur Ultimate Oil Elixir - kolejne rozczarowanie! Kupiłam Gliss Kura ze względu na dużą zawartość keratyny, której moje niskoporowate włosy potrzebują... a tu klapa :( Pamiętam mojego pierwszego Gliss Kura - bodajże czarnego. Byłam wtedy zachwycona, bo standardowa ilość odżywki fenomenalnie wygładzała moje włosy i ułatwiała rozczesywanie. Tutaj natomiast takiego efektu nie ma. Tak samo zawiedziona byłam różową i białą wersją. Niebieska i czarna są póki co najlepsze.
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 15 zł/400 ml

4. Joanna Argan Oil serum do zniszczonych końcówek. Świetne serum silikonowe, olej arganowy gdzieś tam sobie siedzi za górami, za lasami... ale to nieistotne! Istotne jest to, że ta odżywka bez spłukiwania działa bez zarzutów i jest megawydajna. Malutka kapka starczy, by na cały dzień zabezpieczyć końcówki. Nieco większa ilość (ale i tak mniejsza niż standardowa porcja odżywki do spłukiwania) nałożona na mokre włosy wygładza i ułatwia rozczesywanie do tego stopnia, że wystarczą dosłownie 3 pociągnięcia grzebieniem, by wszystko ładnie rozczesać :) Przy gęstych/grubych konieczne będzie oczywiście trochę więcej wysiłku, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Używana w ten sposób była niezastąpiona po basenie, kiedy moje włosy są matowe, splątane i ogólnie pokrzywdzone przez los i wodę basenową. Joanna Argan Oil to cała seria, włącznie z szamponem, maską, jedwabiem w sprayu i odżywką do spłukiwania, ale nie spróbowałam żadnej z nich. Szampon jest na pewno z SLS/SLES, czyli jak dla mnie odpada. Co reszty nie będę się wypowiadać, ale po tym serum mam ochotę dać jej szansę. 
Ach, o mało nie zapomniałabym o zapachu. Pachnie cudownie. Tak jakoś... orzechowo, kakaowo, kokosowo... oj nie wiem jak to opisać, ale kocham takie zapachy. Ciężko mi było powstrzymać się od ciągłego wąchania włosów :D
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 6-7 zł/50 g

Część druga denka w opracowaniu :)

Zobacz również: