Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2014

Domowe i zdrowe wody smakowe

Wakacje to okres, w którym wiele osób bierze się za detoks albo idzie na dietę - nic tak nie motywuje jak widok czekającego na nas bikini ;) A nawet jeśli nas to nie dotyczy, nic nie zmienia faktu, że w tym okresie trzeba pić dużo wody, szczególnie podczas upałów. Znam osoby, które nie lubią zwykłej wody, zresztą nie ma co się dziwić - w kółko to samo może się trochę znudzić. Wiele osób sięga wtedy po sklepowe wody smakowe, które zawierają cukier, substancje słodzące, sztuczne aromaty i konserwanty... Jeśli naprawdę zależy nam na zdrowiu i sylwetce, polecam przygotowanie własnej wody smakowej - szczególnie podczas detoksu lub diety oczyszczającej. Dlaczego - zaraz wyjaśnię.



Potrzebujemy:

- dzbanka lub innego sporego naczynia
- oczywiście wody niegazowanej (z kranu jeśli jest ona bezpieczna)
- dodatków, które dodadzą właśnie tego smaku

Wrzucamy dodatki do wody, dobrze mieszamy i zostawiamy na tyle, ile cierpliwość nam pozwoli (najlepiej na noc, ale ja piję już po kilku minutach ;] ).

A jakie te dodatki?
Podzielę je na 2 grupy: oczyszczające (nie mylić z przeczyszczającymi! :P) i pozostałe :)

1. W diecie detoks najlepiej spiszą się:
  • cytryna - to pewnie żadne zaskoczenie :) Sok z cytryny pomaga oczyścić i alkalizować organizm (sprzyja odkwaszaniu).
  • mięta - pomaga na żołądek i w problemach trawiennych. Żeby stworzyć miętową wodę, potrzebujemy kilku świeżych listków. Jeśli nie mamy tej roślinki na parapecie, łatwo możemy ten stan zmienić - wycieczka do supermarketu i 6 zł rozwiąże problem :) W wielu supermarketach na dziale z warzywami i owocami są często półeczki ze świeżymi ziołami w doniczkach, np. rozmaryn, melisa, bazylia czy właśnie mięta. 
  • ogórek - bardziej wszechstronne warzywo, niż by się mogło wydawać! Woda z dodatkiem kilku plasterków świeżego ogórka ma orzeźwiający smak i właściwości przeciwzapalne. Oprócz tego nawadnia organizm lepiej niż sama woda! (porównaj: napoje izotoniczne)
  • imbir - oczyszcza organizm, wspomaga trawienie, dobrze robi na żołądek, czyli właściwie wszystko w jednym :) Ale uwaga, na 1 szklankę wody wystarczy 1 plasterek - imbir długo uwalnia swój aromat. Na początku w ogóle go nie czuć, co kusi, żeby dodać więcej. Kiedy tak zrobimy, mocno potem żałujemy, bo efekt jest piorunujący. Mówię z doświadczenia... :P
(Na podstawie http://www.fitsugar.com/Detox-Lemon-Cucumber-Ginger-Mint-Water-25695903)

Polecam mieszać dodatki. Nigdzie nie jest powiedziane, że należy dodawać tylko 1 rzecz. Wręcz przeciwnie! Najlepiej smakują wody z 2, maksymalnie 3 dodatkami. Oprócz wyżej wymienionych można dodawać owoce i inne zioła. 

2. Owoce i aromatyczne zioła - nie czynią aż tyle dobrego co dodatki z punktu 1, ale świetnie smakują i na pewno nie szkodzą:
  • truskawki
  • jagody
  • owoce cytrusowe, np. pomarańcze, grejpfruty, limonka itd.
  • arbuz
  • ananas
  • maliny i jeżyny
  • rozmaryn
  • szałwia
Możemy mieszać je dowolnie, do wyboru do koloru :) Mi bardzo smakuje moja woda imbirowo-jagodowa:



Jeśli nie macie pomysłu, możecie skorzystać z tych sprawdzonych połączeń:
  • wszystkie cytrusy (pomarańcza + cytryna + grejpfrut + limonka)
  • malina + limonka
  • arbuz + rozmaryn
  • jeżyna + szałwia
  • ananas + mięta
Gotowa woda może stać w lodówce do 3 dni.

(Na podstawie http://www.theyummylife.com/Flavored_Water)

Szkoda, że obecna pogoda nastraja raczej do picia grzańców niż orzeźwiających napojów... Cholerna polska pogoda, jakim cudem w czerwcu może być 14 stopni... Pocieszam się faktem, że za 2 tygodnie będę już w gorącym Teksasie, gdzie najniższa temperatura o tej porze roku to 27 stopni :)



Smacznego! A raczej - do dna! :)

niedziela, 8 czerwca 2014

Niedziela dla włosów - i dla siebie

Uff, wreszcie sesja! Nie, nie zwariowałam :) Dwa tygodnie przed początkiem sesji to był u mnie istny młyn, sajgon i co tam jeszcze - pisanie prac naukowych na łeb na szyję (brzmi dumnie, ale to tylko 12 stron razem ze stroną tytułową, bibliografią itd., a grupa uczestników badania wynosiła jedynie 29 osób... co nie zmienia faktu, że to była moja pierwsza praca badawcza, więc trochę zajęło mi, żeby wszystko rozkminić), uczenie się na 2 zaliczenia przedmiotów dziennie ("zaliczenie" = "egzamin, tylko nie w sesji, więc powiemy, że to zaliczenie, ale będzie śmiesznie"), a na podsumowanie tygodnia wizyta w ambasadzie. Na szczęście już wiem, że niektóre rzeczy poszły dobrze, w tym wizyta w ambasadzie, w związku z czym w te wakacje będę z radością umierała z przegrzania w gorącym jak patelnia Teksasie, jupiiiii! <3
A z nadejścia sesji bardzo się cieszę, bo mam w niej tylko 1 egzamin, i to dopiero za półtora tygodnia, można się wreszcie zrelaksować :) A no i jeszcze jedna praca, ale tym razem prostsza i bardziej przyjemna, bo typowo humanistyczna: socjologia + filmy + historia, o tak.

Wracając do niedzieli dla włosów i siebie. Dlaczego dodałam to "dla siebie"? Ano, od 3 dni boli mnie głowa, praktycznie non stop, bo nawet jak biorę tabletki, to ten ból tylko się zmniejsza, a nigdy tak naprawdę nie ustaje. Dziś rano wręcz obudził mnie ból głowy i przestraszyłam się troszkę. A że ostatnio nie odżywiałam się tak zdrowo, jak byłoby to zalecane, postanowiłam zrobić sobie dzień mini-detoksu, bo a nuż to z tego wynika mój ból głowy? Nawet jeśli nie, to nie zaszkodzi zrobić sobie jeden taki dzień.



Mój plan dnia:

  1. Śniadanie: ogromny kubek zielonej herbaty (pojemność ok. 0,5 l), wafel ryżowy Sonko, owsianka na mleku (tylko ze szczyptą soli, moje kubki smakowe cierpią, bo są przyzwyczajone do owsianki na słodko :c )
  2. WŁOSOMANIA: niedziela dla JASNYCH włosów :) 
  • Umyłam głowę mieszanką szamponów z SLS z... sodą kuchenną. Dodanie do szamponu sody pozwala na usunięcie nadbudowanych substancji na włosach szybciej i efektywniej niż zwykły "zdzierak" z SLS/SLES, ale oczywiście jednocześnie bardziej wysusza i matowi włosy - zdecydowanie nie jest to rozwiązanie dla wszystkich, a jeśli już ktoś się na to zdecyduje, to raz w tygodniu maksymalnie! A najlepiej to jeszcze rzadziej. 
  • Następnie zrobiłam sobie domową pastę rozjaśniającą z cynamonu (2 łyżeczki), 1/4 szklanki naparu z rumianku z łyżeczką miodu, soku z grubego plastra cytryny, plus trochę glutka z siemienia lnianego dla poślizgu i ochrony oraz odżywka Joanna Naturia Miód i Cytryna również dla tegoż celu, a także, by za bardzo nie zmasakrować sobie włosów. Taką mieszankę nałożyłam na mokre, odciśnięte z wody włosy, ale aplikacja sprawiła mi nieco problemów, bo mimo siemienia i odżywki konsystencja mieszanki była bardzo, taka, no, tępa (bez obrazy, mieszanko) przez ten cynamon. Nałożyłam więc tak równomiernie jak byłam w stanie i potrzymałam na włosach przez ok. 20 minut (dłużej się nie odważyłam, przynajmniej na początek). O ile nie macie większej wprawy w nakładaniu specyfików na włosy niż ja, Wasza wanna będzie wyglądała o tak:
Na szczęście łatwo się spłukuje, i radzę to zrobić w miarę szybko, inaczej domownicy mogą zacząć Was podejrzewać o różne dziwne rzeczy ;)
  • Spłukałam ciepłą wodą (spłukiwało się prawie jak szamponetka, czyli dłuuugo), nałożyłam trochę odżywki Timotei Róża z Jerycha Lśniący Blask (z olejem sezamowym), odcisnęłam nadmiar wody i nałożyłam mieszankę oleju z pestek winogron i oliwy z oliwek na długość, a na skalp i włosy u nasady olejek Green Pharmacy Łopian i Skrzyp Polny. Związałam w kok, potrzymałam ok. 45 minut i zmyłam odżywką: najpierw Joanna Naturia Miód i Cytryna, a potem jeszcze balsamem zielone jabłuszko do włosów normalnych i przetłuszczających się od Alberto. Oleje rzeczywiście się domyły, ale to zasługa głównie zielonego Alberto - naprawdę dobrze myje :)
  • Po odciśnięciu z wody nałożyłam serum do zniszczonych/suchych końcówek Joanna Argan Oil - wyśmienicie ułatwia rozczesywanie i jest dosyć wydajne, kosztując przy tym naprawdę niewiele, jak na Joannę przystało. Spryskałam skalp i włosy u nasady Eliksirem wzmacniającym przeciw wypadaniu Green Pharmacy.
  • Dałam włosom wyschnąć naturalnie. Zajęło to więcej niż np. wczoraj, mimo że dziś jest jeszcze cieplej, więc winą za taki stan rzeczy obarczam wysuszenie włosów - włosy zniszczone i przesuszone schną dłużej niż zadbane i nawilżone. Po wyschnięciu efekt jest taki:
Efekt rozjaśnienia, jakkolwiek delikatny, jest. Co ciekawe, rozjaśnienie nie poszło w stronę blondu (jak np. po rumianku), tylko jakby jaśniejszego brązu. Oprócz tego włosy zyskały trochę cieplejszy odcień, podczas gdy po rumianku moje włosy mają raczej chłodny, nawet żółtawy odcień. Różnicę w temperaturze brązu widać na tle mojej brązowej koszulki, która jest zdecydowanie zimnym brązem. Ale poczekajmy, może to tylko pozostałości cynamonu nadają im taki odcień, a po następnym myciu wszystko wróci do swojej chłodnej normy?

3. W międzyczasie: popijanie wody z plasterkiem cytryny i imbirem, a później to samo tylko że ze świeżymi truskawkami :)

4. Przekąski: świeże truskawki, sałatka z truskawek i jabłka, samo jabłko, brzoskwinie "ufo", nasiona słonecznika i pestki dyni.

5. Obiad: wafle ryżowe Sonko (smuteczek :c)

6. Kolacja: ryż pełnoziarnisty na mleku, bez cukru, ale z odrobiną soli.

Oraz - inhalacje Inhalolem, żeby odetkać zatoki i przyspieszyć odkrztuszanie wydzieliny (trochę pokasłuję). Jest to olejek do inhalacji parowych, mieszanka olejku sosnowego, tymiankowego, miętowego i w największym stężeniu: terpentynowego. Wystarczy szklanka gorącej wody i dobre chęci. Polecam, pomaga w przeziębieniu i grypie lepiej niż niejeden syrop wykrztuśny. W dodatku to sama natura, a ostre opary pomagają wytępić wszelkie ślady wrogiego życia w gardle :) Kosztuje ok. 10 zł, do kupienia w praktycznie każdej aptece.


Rączki brudne od truskawek.

Dzień jeszcze się nie skończył, ale ból głowy prawie odszedł. No właśnie, prawie, niestety. Mam nadzieję, że to jednak już ostatni dzień. Mam też nadzieję, że wytrzymam na tej mojej diecie do wieczora i nie skuszę się na żadne ciasto czy mięso albo chleb...


niedziela, 16 marca 2014

Nadziewane pieczarki z indykiem


Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, ale słowo "nadziewane" w nazwie potrawy sygnalizuje dla mnie szalony przepych, luksus, wyśmienity smak i takie tam; homar nadziewany kawiorem, o ile takie coś w ogóle da się zrobić... Wiecie, o co mi chodzi. ;) 
Faktem jest, że rzeczy "nadziewane" są o wiele bardziej pracochłonne niż np. prosty schabowy. Ale to danie jest bardzo łatwe i dosyć szybkie, a pozwala nam cieszyć się tym, że przygotowaliśmy coś "nadziewanego". To brzmi dumnie :)

Podpatrzyłam ten przepis w programie "Doradca smaku", bodajże na TVP1, tylko że tam te pieczarki podane były jako przekąska sama w sobie, z jakimś dipem. Oprócz tego pan kucharz użył mięsa mielonego, suszonych pomidorów i czegoś tam jeszcze. Ja użyłam świeżych pomidorów, bo za suszonymi nie przepadam, a miałam spore opakowanie pomidorków cherry, które niedługo by zgniły, bo nie było komu ich jeść. Zamiast mielonego mięsa, bardzo drobno pokroiłam kawałek sznycelka z indyka (lepsza byłaby chyba pierś, bo sznycel jest dosyć suchy, ale akurat to miałam w lodówce). Poza tym - kto by kupował składniki specjalnie do jednego dania, które może, ale nie musi okazać się dobre...



Składniki (na 2 osoby):
- kawałek piersi/sznycla z indyka (lub mięso mielone z indyka)
- 12-14 większych, okrągłych pieczarek*
- 8 pomidorków cherry (lub suszone pomidory)
- trochę kukurydzy z puszki, albo groszku, albo co kto tam sobie chce dorzucić :)
- przyprawy: tymianek, zioła prowansalskie, bazylia, sól, pieprz
- plasterek sera żółtego
- opcjonalnie: ząbek czosnku

*mówię "okrągłych", bo dziko rosnące pieczarki, które wiele osób lubi zbierać (moja mama...) mają proste kapelusze, które - wiadomo - nie nadają się do nadziewania farszem :)


Przygotowanie:
Mięso bardzo drobno kroimy, dodajemy przyprawy, smażymy krótko na wolnym ogniu.
Pieczarki obieramy, wyrzucamy ogonki. Za pomocą łyżeczki albo specjalnego narzędzia do drążenia, DELIKATNIE wydrążamy (?) wnętrze pieczarek. Jak się chce i nie ma się drewnianych rączek (a jak się na sobie przekonałam, to warunek konieczny), można "pogłębić" dziurę, czyli wydrążyć nie tylko blaszki, ale też wyskrobać trochę dna kapelusza.
Wydrążoną zawartość grzybów wrzucamy do smażącego się mięsa.
Pomidorki kroimy na 4 części, wrzucamy do mięsa, kukurydzę też.
Połowę lub całość (dla odważnych) ząbka czosnku kroimy w bardzo malutkie kawałeczki i też dodajemy do smażącego się powoli farszu.
Kapelusze grzybów trochę posolić, można podsmażyć chwilę na patelni, ale wtedy znacznie zmniejszą swój rozmiar i wejdzie w nie o wiele mniej farszu. W takim wypadku należy użyć więcej pieczarek :) Można też od razu posolone grzyby włożyć do żaroodpornego naczynia wysmarowanego tłuszczem (np. olejem z pestek winogron, bo nie ma charakterystycznego "olejowego" smaku, jaki pozostawia np. olej rzepakowy), nałożyć hojną porcję farszu i przykryć ją kawałkiem sera żółtego. Następnie należy zapiekać wszystko przez 20 minut, jeśli włożyliśmy surowe pieczarki, lub 10 minut, jeśli włożyliśmy pieczarki wstępnie podsmażone, w temperaturze ok. 180-200 stopni. Jeśli mamy taką możliwość, dobrze jest ustawić grzanie od spodu.




W międzyczasie możemy przygotować ryż lub kaszę oraz surówkę. Mój ryż jest pomarańczowy, bo wsypałam do niego łyżeczkę słodkiej i pół łyżeczki ostrej papryki. A surówka jest produkcji mojej babci. Jest to połowicznie ukiszona kapusta. Sto razy wolę taką od zwykłej surówki z kapusty kiszonej :)



I voila! Teraz i Ty możesz poczuć się jak szef wykwintnej kuchni, serwując przepyszne nadziewane pieczarki :)

niedziela, 2 lutego 2014

Coś dla ciała i duszy, czyli mój plan pielęgnacji na kolejne 3 miesiące

Uff, wreszcie koniec sesji! Tzn. teoretycznie sesja w pełni, ale ja mam już wszystkie egzaminy za sobą. Dlaczego mówię o sesji? Bo sesja i okres przed nią to okres Wielkiego Zaniedbywania. Przede wszystkim siebie, ale też na przykład zaniedbywanie sprzątania ^^; Zawsze mówię, że trzeba mieć priorytety w życiu: albo zdam dobrze egzamin i dzięki temu skończę dobre studia, albo będę miała czyste mieszkanie i nic w sumie z tego nie wyniknie.
Tak więc bardzo zaniedbywałam się przez ostatnie 3 miesiące. Zauważyłam przerzedzenie włosów (po prawej stronie głowy większe niż po lewej - nie wiem, z czego ta różnica może wynikać...), a moją twarz zaatakowały, cóż, straszne rzeczy, nie wspominając o tym, że ciągłe ślęczenie nad książkami lub laptopem nie posłużyło moim plecom. Jak to mówią w reklamach, DOSYĆ TEGO! TAK DŁUŻEJ BYĆ NIE MOŻE! Trzeba wreszcie wziąć się za siebie.



Czuję się, jakby przejechało po mnie 10 czołgów :)
Rysowałam to ze 2 lata temu na podstawie swojego własnego zdjęcia. Oczywiście bez krwi ;)



I. WŁOSY

1. Jantar, codziennie. Używam go już od miesiąca, planuję skończyć kurację po 3 miesiącach. Zakupiłam go po przeczytaniu wielu rewelacyjnych opinii na jego temat, szczególnie jeśli chodzi o powodowanie wysypu baby hair. I rzeczywiście, już po 3 tygodniach (bo należy go stosować codziennie przez 3 tygodnie, zrobić kilka dni przerwy i potem znowu 3 tygodnie itd.) zauważyłam dużo nowych, malutkich włosków nad czołem. Zawsze miałam mało włosów, więc mam nadzieję, że z czasem Jantar spowoduje ich zagęszczenie.
Można go dostać w aptekach, ale ja wolę nie ryzykować robienia wycieczek po całej dzielnicy w takim zimnie i po kolana w śniegu, więc korzystam z apteki internetowej doz.pl, która jest tańsza i nie płaci się za koszty przesyłki, bo zamówienie odbiera się osobiście w jednej z pobliskich aptek. Jantar w stacjonarnej aptece kosztuje ok. 16 zł, tutaj link do doz.pl za 12 zł: Jantar na doz.pl

2. Maska z żółtka, rycyny i nafty (i cytryny), raz w tygodniu. Jest to sposób, którym moja babcia kiedyś zabiła mój łupież (a był to naprawdę ciężki przypadek, który powinien skończyć się u dermatologa i antybiotykami, ale moja mama najpierw udała się do babci, co na szczęście okazało się strzałem w dziesiątkę). Dokładniej to używała samej nafty z żółtkiem i cytryną. Jakiś czas temu stosowałam ją regularnie, ale ostatnio jakoś o tym zapomniałam. Co prawda nie mam łupieżu, ale mam problem z wypadaniem włosów, co maska z żółtka, rycyny i nafty potrafi zahamować. Jest to w ogóle niesamowicie odżywcza maska, lepsza niż jakakolwiek kupna. Szczerze mówiąc sama dawno wpadłam na to, żeby połączyć naftę i żółtko z olejem rycynowym, ale babcia przekazała mi wiadomość od swojej fryzjerki, że nie należy łączyć nafty z rycyną. Nie wiem dlaczego. Próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w internecie, niczego takiego nie znalazłam, a wręcz przeciwnie. Po dokładny przepis odsyłam do bloga, na którym go znalazłam: klik!

3. Szampony bez SLS. Czyli w moim przypadku szampony Alterry, bo na nic innego mnie nie stać ^^; Dostępna w Rossmanie, Alterra to jedna z najtańszych linii kosmetyków naturalnych (10 zł za niewielką buteleczkę, ale trzeba polować na promocje).
Dlaczego bez SLS? SLS to inaczej Sodium Laureth Sulfate, kosmetyki go zawierające przeważnie mają go na początku składu. Jest to detergent, który powoduje, że kosmetyk dobrze się pieni. Oprócz szamponów może występować w pastach do zębów czy płynach do higieny intymnej (np. w tych niedrogich, niebieskich od Ziai). Należy go unikać, bo to a) detergent, co samo w sobie źle brzmi, b) może powodować podrażnienia, świąd (kurczę, właśnie przed chwilą umyłam głowę szamponem Garnier Ultra Doux z SLS i non stop się drapię!), c) według niektórych źródeł może być nawet rakotwórczy! Więcej informacji tutaj.
Poza tym zauważyłam, że po umyciu włosów szamponem Alterry i bez nakładania żadnej odżywki, moje włosy wyglądają na mocniejsze i błyszczą się, podczas gdy normalnie są raczej matowe i pozbawione życia.


4. Odżywka: Garnier Fructis Goodbye Damage, Radical Serum Ziołowo-Witaminowe ze skrzypem od Farmony. Po każdym myciu (czyli codziennie :/) potrzebuję jakiejś odżywki ułatwiającej rozczesywanie włosów, bo inaczej jest tragedia i zgrzytanie zębów. Odżywka Garniera świetnie pachnie, ale jeśli chodzi o zapobieganie/naprawianie rozdwojonych końcówek, lepiej spisują się u mnie odżywki Glisskur, pewnie dlatego, że zawierają one ogromne ilości kolagenu, a Fructis nie ma go w ogóle. Natomiast serum regenerujące Farmony kupiłam z nadzieją, że zapobiegnie wypadaniu i łamliwości włosów, ale niczego takiego póki co nie zauważyłam. Problem z tym serum jest też taki, że nie powinno się go spłukiwać, a powoduje to szybsze przetłuszczanie się włosów tłustych. Poza tym zdecydowanie nie ułatwia rozczesywania, a wręcz przeciwnie. Stosuję je więc raz na jakiś czas i efektów jako takich nie zauważam.


5. Płukanka z rumianku, raz w tygodniu. Rumianek działa przeciwzapalnie, a poza tym rozjaśnia włosy. Chcę zobaczyć, jak bardzo rozjaśnią mi się włosy i w sumie tylko o to tu chodzi ^^; Tym bardziej, że olej rycynowy przyciemnia włosy, więc być może dzięki rumiankowi mój kolor pozostanie po prostu niezmieniony.


Ponadto, ponieważ zapuszczam włosy, postanowiłam podejść do tego bardziej metodycznie niż do tej pory. Na przykład poprzez regularne mierzenie przyrostu. Na dzień 1 lutego długość moich włosów to ok. 45 cm. Zobaczymy, jaka będzie długość po miesiącu stosowania wszystkich wymienionych wyżej specyfików i kuracji.



II. SKÓRA 

1. Peeling/maseczka owsiana na twarz, dekolt i plecy, raz w tygodniu. Kiedyś ją stosowałam, ale zaprzestałam, bo jest dosyć niewygodna w użyciu - spływa z twarzy. Ogarnęłam sposób na to, żeby utrzymać ją na miejscu: trzeba położyć na nią chusteczki lub kawałki papieru toaletowego. Tak, to działa.
Peeling owsiany wyrównuje koloryt i wygładza skórę. Podobno oczyszcza też pory, ale to chyba tylko w takim stopniu, jak każdy inny peeling.
Podaję link do szerszego wpisu o peelingu owsianym, z kilkoma sposobami przygotowania: klik.


2. Maseczka z kozieradki, raz w tygodniu. Kozieradka świetnie działa na skórę trądzikową, gdyż działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Rozjaśnia też trochę skórę. 
Mój przepis na maseczkę z kozieradki to zalanie około 3 łyżeczek zmielonej kozieradki wrzątkiem, ale tak, by woda ledwo zakrywała proszek. Kiedy napęcznieje (daję jej na to ok. pół godziny), dodaję dużo sody, która ma działanie oczyszczające (więcej o sodzie pisałam tu) i nakładam na około 10 minut na twarz, dekolt i plecy. Najlepiej byłoby na 15 minut, ale ciężko mi wytrzymać, bo po pierwsze wszystko strasznie spływa, a po drugie trochę zaczyna mnie szczypać twarz i jest to sygnał, żeby wszystko szybko zmywać ;)




III. CIAŁO

1. Basen, raz w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na basen jako zaliczenie obowiązkowego wfu w tym semestrze. W zeszłym chodziłam tylko na płatne karate, ale pomyślałam sobie, że skoro na karate można chodzić również bez zapisywania się poprzez USOS i w obu przypadkach kosztuje to tyle samo, to czemu nie skorzystać jednocześnie z opcji bezpłatnych? To moja ostatnia szansa na skorzystanie z darmowego basenu! A ja kocham pływać. Plus, nic tak nie pomaga na kondycję jak intensywny trening na pływalni. To dla mnie najlepsze cardio. Jako rozgrzewka na karate mamy bardzo długi trening cardio, ale moja kondycja była lepsza po semestrze basenu niż po semestrze karate. Poza tym, dziewczyny uczęszczające na pływanie mają dozwoloną 1 nieobecność miesięcznie, podczas gdy chodząc na coś, co nie ma związku z wodą, mamy tylko 2 nieobecności na cały semestr ;>

2. Karate, raz w tygodniu. Bardzo fajne zajęcia, te karate, a jakie przydatne! To joga, cardio, pilates i Bóg wie co jeszcze, dzięki którym dodatkowo można przerzucić kogoś przez ramię, a następnie rozkwasić mu nos. Poza tym moja koleżanka, którą poznałam właśnie na karate, nie przepuści mi, jeśli zrezygnuję z treningów ;) To nie jest śmieszne, ona ma zielony pas! Od czarnego dzieli ją tylko brązowy. Więc ten tego, cenię sobie swoje życie. I zęby. ;)

3. Wzmacnianie mięśni brzucha, codziennie. Codziennie oprócz tych dni, w których mam basen lub karate, oczywiście. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno chcę zacząć dziś i ćwiczyć codziennie do połowy lutego, kiedy to zacznie się kolejny semestr, a wraz z nim wyżej wymienione zajęcia.
Ogólnie odkryłam, że o wiele łatwiej mi się ćwiczy w domu jeśli robię to jednocześnie z jakimś filmikiem, czyli tak jakby trenerem, który dodatkowo liczy czas i powtórzenia za mnie, a także powstrzymuje mnie od lenistwa albo krótszego czy niedbałego wykonywania ćwiczeń. Znalazłam świetny kanał na YouTube z mnóstwem filmików profesjonalnych trenerów, na różne partie mięśni. Dostępne są zestawy ćwiczeń dopasowane do ilości czasu, jaki możemy na nie poświęcić, np. 5, 10 czy nawet 20 minut. Kanał nazywa się XHIT Daily, a tutaj jest do niego link.




IV. OD ŚRODKA

1. Herbatka z pokrzywy i skrzypu, codziennie. Wszyscy chyba wiedzą, że pokrzywa pomaga zapobiegać wypadaniu włosów, a skrzyp je wzmacnia. Okazuje się, że napar z pokrzywy ma jeszcze więcej potencjalnych korzyści, o czym dowiedziałam się stąd. 
Od dawna chciałam regularnie pić te ziółka, ale po dwóch-trzech dniach zapominałam, albo nie miałam czasu... Teraz zdałam sobie sprawę, że jest jeden boleśnie prosty sposób na zapewnienie regularności: picie jej RANO. Ja codziennie rano piję jakąś herbatę (przeważnie zieloną), więc teraz zwyczajnie zastąpię ją herbatką z pokrzywy. Genialne.


2. Suplement z wapniem. Niedrogi, a wzmocni włosy (niektórym nawet przyspiesza przyrost) i paznokcie, lepiej niż jakaś tam Skrzypowita. Oraz wszystko, co potrzebuje wapnia, np. kości :)
Skrzypowity nie mam zamiaru brać. Kupiłam ją raz. Dzielnie wybrałam wszystkie 40 tabletek - tylko po to, żeby cierpieć codziennie łykając je i nie zauważyć żadnych wspaniałych rezultatów. Producent zapewnia, że po 40 dniach są one właśnie już widoczne. Ale jakichkolwiek efektów by ten suplement nie przyniósł, nie są one warte w moim przekonaniu codziennej agonii spowodowanej paskudnym smakiem tych tabletek i ich gigantycznym rozmiarem. Tabletki niby się łyka, a nie gryzie, ale ich posmak zostaje w ustach i odbija się to z żołądka. No ogólnie masakra. Więc tabletki ziołowe - nie dla mnie.


3. Więcej owsianki. Owsianka ma dobroczynne działanie i jest zdrowsza od płatków śniadaniowych, chociażby dlatego, że jest nieprzetworzona, nie zawiera cukrów i substancji konserwujących niewiadomego pochodzenia. Cheerios z mlekiem są moim ulubionym śniadaniem i rzadko kiedy jem co innego, ale powinnam to zmienić. Czasem rano mam ochotę na coś ciepłego, i to jest ten moment, w którym owsianka przyjdzie mi z pomocą. Znalazłam fajny przepis na niestandardową owsiankę tutaj.


4. Medytacja? Oj, nie wiem, jak mi to wyjdzie... Chciałam zacząć już miesiąc temu no i, ten tego... jeszcze ani razu nie spróbowałam. Ale myślę, że powinnam się skusić na 10 minut medytacji dziennie, gdyż z czasem przynosi ona niesamowite korzyści. Człowiek, który regularnie praktykuje medytację potrafi podejść do spraw życia codziennego z większym dystansem, mniej się stresuje, jest ogólnie bardziej zrelaksowany i potrafi lepiej się skupić na wykonywanych zadaniach. Nawet jeśli to wszystko wydaje się komuś nienaukowymi bredniami, to nic nie zmieni faktu, że 10 minut w ciszy co wieczór to najlepszy rodzaj relaksu i wyciszenia EVER.


Więc to tyle. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Po 3 miesiącach postaram się zrobić podsumowanie. Mam nadzieję, że będę miała co podsumowywać.

piątek, 15 listopada 2013

Risotto curry z kurczakiem i warzywami

Od kiedy postanowiłam zdrowiej się odżywiać, częściej zaczęłam przyrządzać dania, które nazywam risotto, ale w sumie nie znam definicji tego, czym jest risotto i nie wiem, czy te moje wymysły można tak nazwać, ale tak mi się wydaje...
Generalnie mój schemat myślowy w tym względzie wygląda tak:
--> ma ryż?
a) tak = risotto
b) nie = nie risotto

Więc ten, tego...

Oto widok całości:



I zbliżenie na brokuła:




Jak to przygotowałam?

Składniki:
- ryż pełnoziarnisty (jest podobno zdrowszy, ale walorów smakowych szczerze mówiąc nie potrafię dostrzec... Zwykły ryż jest o wiele smaczniejszy, przynajmniej moim zdaniem)
- pierś z kurczaka
- curry
- dowolne przyprawy do kurczaka - ja użyłam ziół prowansalskich, pieprzu, curry, imbiru, przyprawy do kurczaka (która ma w swoim składzie głównie czosnek, paprykę i coś tam jeszcze, plus sól, dlatego mięso nie wymaga już solenia), rozmaryn... (tak, zawsze daję baaardzo dużo przypraw)
- świeży imbir (obrany i drobno pokrojony)
- oliwa i olej do smażenia kurczaka i "zwilgotnienia" całego dania
- brokuły
- groszek zielony z puszki
- ewentualnie sos sojowy (ja chciałam go użyć, ale okazało się, że jednak go nie mam, więc było bez)
- ewentualnie papryczka chilli (dla mnie było wystarczająco ostre bez ;))
- ewentualnie marchewka (zwykle dodaję ją do moich "risottów", ale dziś mi się nie chciało)
- ewentualnie rodzynki (z racji obecności dużych ilości przyprawy curry, danie robi się nieco orientalne, więc rodzynki jak najbardziej pasują)
- ewentualnie czerwona papryka słodka (ja tym razem nie dałam, bo papryka, którą akurat mam w lodówce, ma dosyć grubą skórkę i po podsmażeniu jest jeszcze gorzej)

Sposób przygotowania:
Chyba nie trzeba tego tłumaczyć, bo danie jest tak proste, że nawet facet będzie wiedział, jak je przygotować...  (Oczywiście bez obrazy! Najlepsi szefowie kuchni to przeważnie panowie!)

Wytłumaczę sposób przygotowania w sposób niestandardowy, ufając, że to, co niedopowiedziane, jest dla czytelnika oczywiste :P

1. Ugotowałam ryż w wodzie z solą i dużą ilością  pieprzu i curry, żeby ryż wchłonął w siebie te przyprawy. Aczkolwiek mam wrażenie, że ryż pełnoziarnisty nie wchłania przypraw tak dobrze, jak zwykły.
Poza tym zawsze gotuję ryż o wiele dłużej niż zaleca producent... Czy to tylko moje wrażenie czy producenci nigdy nie próbują jeść własnego ryżu?

2. Standardowy sposób przygotowania kawałków kurczaka to smażenie go na niewielkiej ilości oleju, ale ja przeważnie gotuję go w niewielkiej ilości wody, do której dodatkowo wsypuję przyprawy, głównie sól i pieprz. Efekt jest podobny, a kalorii (chyba) mniej. Zima idzie, co oznacza, że brzuch i dupsko rosną nieubłaganie... :(
Dziś jednak uznałam, że yolo i podsmażyłam mięso na mieszance oleju i oliwy. Podobno niezdrowo smażyć na oliwie, bo coś tam się wydziela... Ale, jak już wspomniałam, YOLO.

3. Jeśli chcę dodać gotowane warzywa (a zawsze chcę :D), to w celu oszczędzenia wody i ilości garnków na kuchence wrzucam je po prostu do gotującego się ryżu (warzywa, nie garnki!). I tak się potem wszystko wymiesza.

4. Wszystko mieszam na patelni - lub woku, gdy porcja jest duża (tak właściwie to to chyba frytkownica, ale ja nie widzę różnicy...). Żeby nie było za sucho (a ryż pełnoziarnisty wydaje mi się wyjątkowo suchy!), wlewam na patelnię najpierw oliwę z odrobiną oleju. Dodaję do tego ugotowanego kurczaka, następnie warzywka, a na końcu mieszam wszystko z ryżem.

5. Warzywa i inne dodatki, które nie wymagają gotowania, czyli groszek, rodzynki, chilli (bardzo drobno pokrojona), papryka czy oliwki dodaję od razu do mięsa, przed wsypaniem ryżu na patelnię. Wtedy te dodatki lepiej się ugrzeją, usmażą czy co tam. I mięso złapie trochę imbirowego aromatu :)

6. Po wymieszaniu wszystkiego z ryżem, dodaję jeszcze drugie tyle curry i pieprzu, bo naprawdę mam wrażenie, że ciemny ryż nie ma żadnego smaku i sypie się na niego przyprawy jak w czarną dziurę...

7. Niestety nie miałam sosu sojowego, ale jestem przekonana, że poprawiłby walory smakowe. Zamiast tego dolałam trochę więcej oliwy do całego dania. Ale i tak było mniamuśne :)


Przygotowanie całego dania zajmuje maks. 40 minut, a jest to suma czasu, który jest potrzebny na zagotowanie się wody do ryżu, ugotowanie się ryżu (bo wszystko inne można robić w międzyczasie) i połączenie wszystkiego pod koniec. Uwielbiam takie proste, nieskomplikowane dania, które w dodatku można zrobić z tego, co akurat jest w lodówce :)

poniedziałek, 2 września 2013

Zrobiłam sushi!

Dziś po raz bodajże trzeci raz w swoim życiu zrobiłam sushi. Za pierwszym razem... no cóż, znawca sushi z pewnością stwierdziłby, że to była tragedia. Ryż był niedogotowany, a jednocześnie rozgotowany. Wzięło się to z tego, że nie chciało mi się czekać... na nic ;) A jak się okazuje, na przygotowanie ryżu do sushi trzeba jednak zarezerwować sobie około godziny. Za drugim razem było nieco lepiej, ale wciąż daleko od ideału. Dziś jednak znalazłam stronę z naprawdę dobrym przepisem na ryż do sushi: http://osushi.pl/gotujemy-ryz/ - i wyszedł idealnie, przynajmniej jak na moje oko. Prawdziwy sushi master pewnie miałby jakieś zastrzeżenia, ale każdy zwykły śmiertelnik na pewno byłby zadowolony.

Zrobiłam hosomaki z łososiem i trochę nieudane (bo rozwalające się, mogłam związać kawałkiem "glona", ale już mi się nie chciało, szczególnie, że nie zapomniałam o pałeczkach i trzeba było jeść rękami, więc i tak wszystko bardziej się rozwalało i tak) nigiri, też z łososiem.


Uwielbiam surowego łososia. Mogę go także jeść w formie surowej, samej ryby (zapomniałam jak to się nazywa po japońsku D:) z sosem sojowym. Dobry łosoś wręcz rozpływa się w ustach ;) Ten, z Lidla, był okej, ale nie był mimo wszystko najlepszym łososiem, jakiego jadłam.

Kocham sushi!  <3

Zobacz również: