Hej hej hej! Koniec z licencjatem, a to oznacza... cóż, a to wcale nie oznacza, że mam nagle masę czasu, z którym nie wiem co zrobić. Eh, życie.
Dziś będzie nie włosowo, a makijażowo - mniej więcej, bo o to właśnie chodzi, że makijażu tu prawie wcale nie ma. Przetestowałam ten zestaw kosmetyków w największe upały i teraz mogę z czystym sumieniem go polecić (albo i nie, jak się za chwilę przekonacie). Akurat zaczyna się kolejna fala upałów, więc myślę, że post może się przydać. Zaczynamy!
Gdy słońce przypieka i musimy wyjść na zewnątrz, nie wolno zapominać o ochronie przeciwsłonecznej! Po porannym myciu twarzy (w moim przypadku tonik liście manuka Ziai spłukany dużą ilością zimnej wody) należy nałożyć od razu krem do twarzy z wysokim filtrem, szczególnie jeśli borykamy się z trądzikiem czy przebarwieniami - bez ochrony UVA i UVB przebarwienia staną się trudniejsze do usunięcia. Podkreślam to ze względu na popularny mit o tym, że opalanie się leczy trądzik. Nie jestem pewna, czy nadal trzyma się on tak mocno jak za moich szkolnych czasów, ale na wszelki wypadek mówię - to mit. Ochrona przeciwsłoneczna to podstawa. Nie będę skupiała się tu na doborze kremu z filtrem, zajrzyjcie na blogi osób bardziej kompetentnych niż ja i dopasujcie go do typu skóry oraz swoich preferencji. Osobiście używam tzw. blokerów, czyli SPF 50+: Neutrogena do twarzy (niedostępna w Polsce) i Iwostin zapobiegający rumieniowi. Napiszę o nich kiedy indziej, teraz przechodzę do makijażu per se.
Osoby borykające się ze świeceniem skóry, tak jak ja, powinny szukać matujących kremów z filtrem. Ja jednak jestem przypadkiem specjalnym i nieważne co zrobię, prędzej czy później (w lato raczej prędzej niż później) świecę się bardziej niż słońce, więc jak tylko filtr się wchłonie, nanoszę pędzlem flat top puder matujący. Ale, ale, zanim użyję pudru, używam jeszcze oczywiście korektora pod oczy. Obecnie jest to ten, który widać na zdjęciu - Maybelline LumiTouch. Nie kryje tak dobrze jak moje cienie potrzebują, ale kiedy jest naprawdę gorąco, jest mi trochę wszystko jedno. Normalnie "neutralizuję" trochę cienie różowym korektorem z Wibo zanim użyję korektora w kolorze skóry, ale kiedy pot ze mnie spływa, chcę mieć na sobie jak najmniej warstw. Kiedy jest naprawdę źle, wyrównuję jeszcze kolor powieki i skóry wokół oczu (szczególnie w kącikach) cieniem do powiek CoverGirl z serii Wet'n'Wild. Jak widać bardzo się kruszy w transporcie, ale nie jest najgorszy. Każdy inny matowy cień w kolorze skóry będzie się nadawał.
Jeśli chodzi o pudry matujące - na zdjęciu widać dwa: Astor Shine Mattitude w odcieniu 002 i Rimmel Stay Matte w odcieniu 011. Ten drugi kupiłam pomyłkowo rok temu w Stanach - był na półce z pudrem w odcieniu "translucent", niestety w domu dopiero okazało się, że to inny odcień i bynajmniej nie półprzezroczysty, dlatego aż do zeszłego tygodnia leżał nieotwarty. Otworzyłam go w końcu dlatego, że trochę się opaliłam i puder Astor widoczny na zdjęciu zrobił się za jasny, a po drugie dlatego, że niestety mnie zapychał. Po zaledwie kilku dniach stosowania pojawiły się u mnie pryszcze, więc go odstawiłam. Potem znowu do niego wróciłam i powitało mnie ponowne pogorszenie stanu skóry, więc winowajcą jest niewątpliwie właśnie ten puder. W dodatku nigdzie na opakowaniu nie ma składu. Natomiast Rimmel Stay Matte radzi sobie świetnie, bo jest niedrogi, matuje na dość długi czas, nie ciasteczkuje (chyba że nałożymy za dużo produktu) i przede wszystkim nie zapycha. Szkoda, że nie ma puszka w opakowaniu, przez co zabieranie go ze sobą kiedy wychodzimy z domu jest trudne lub nawet niemożliwe, zależnie od pojemności torebki i ilości znajdujących się już tam dupereli ;)
Kiedy już nałożę korektor i puder, moje i tak jasne rzęsy robią się jeszcze jaśniejsze. Nie mam ochoty używać czarnej maskary, więc kupiłam bezbarwną odżywkę Pierre Rene (widoczna na pierwszym zdjęciu). Po pociągnięciu nią rzęs stają się one znowu brązowe, a nie białawe. Użycie zalotki jest oczywiście nieodzowne - dzięki temu lepiej je widać. Pokryte odżywką rzęsy są też nieznacznie pogrubione. Na opakowaniu nie ma składu, ale po paru tygodniach używania zauważyłam, że rzęsy stały się trochę dłuższe! Oczywiście nie jest to jedno z tych super drogich serów do rzęs, ale uważam, że warto, bo taką odżywką nie tylko poprawiamy wygląd przyprószonych pudrem włosków, ale też faktycznie robimy dla nich coś dobrego. Można nią też pociągnąć brwi.
Teraz usta: balsam Carmex Jasmine Green Tea z filtrem SPF 15 wydaje się idealnym wyborem na lato, bo dodatkowo zapewnia uczucie delikatnego chłodzenia, jak to Carmex. Jednak ja za nim nie przepadam, bo okrągły aplikator wcale nie jest łatwy w użyciu i zawsze trochę go "posmakuję", a jest bardzo niesmaczny (gorzkawy!), poza tym znika w ekspresowym tempie. Jeśli istnieje jego wersja w sztyfcie, byłaby pewnie idealna.
Pomadka olejowa Omega7 firmy Terry Naturally, czyli jakiejś amerykańskiej firmy krzak, kupiona za 2 albo 3 dolary w dziwnym sklepie z różnymi dziwnymi "produktami naturalnymi" (krem na menopauzę? ale co on robi? powoduje menopauzę? przywraca miesiączkę? łagodzi objawy menopauzy? nie wiemy, bo to po prostu megadrogi, cudowny "krem na menopauzę" xD). Nie wierzyłam w niego, ale jest naprawdę świetny - najlepszy jaki miałam. Lepszy niż Eosy! Wydaje mi się, że pomadka Oeparolu to coś w tym stylu.
I wreszcie kosmetyk kolorowy: balsam do ust w kredce Catrice. Oczywiście napisy całkowicie się wytarły, ale to chyba Catrice Pure Shine Colour Lip Balm w kolorze 030 (Don't Think Just Pink). Nie jestem pewna, bo dosyć dawno to kupowałam i nie zwracałam uwagi na nazwy kolorów, tylko wzięłam co mi się podobało w drogerii ;)
W każdym razie to wyjątkowo łatwa w aplikacji kredka, kolor jest subtelny, w świetle naturalnym prawie taki sam jak mój naturalny kolor ust, a jednak daje poczucie zadbania i wyglądam dzięki temu na bardziej ogarniętą ;)
I to tyle. Minimalizm to według mnie jedyne słuszne wyjście podczas upałów.
A jak wygląda Wasz letni makijaż na sytuacje ekstremalne? Możecie coś polecić? :)
niedziela, 19 lipca 2015
piątek, 5 czerwca 2015
Aktualizacja + błąd w pielęgnacji (niedobór protein)
Hej, hej, hej!
Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.
Diagnoza: niedobór protein!
Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen
Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.
Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.
I druga część posta: aktualizacja!
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:
(ależ ja jestem skinny fat :< )
Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.
Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.
Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D
Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.
Diagnoza: niedobór protein!
Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen
Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.
Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.
I druga część posta: aktualizacja!
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:
(ależ ja jestem skinny fat :< )
Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.
Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.
Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D
sobota, 18 kwietnia 2015
Rozświetlająca maska "wszystko w jednym"
Witajcie! :)
Zbliża się lato, słoneczko zaczyna wychodzić zza chmur (chociaż dzisiaj wzięło sobie urlop -.-"), więc i wiele z nas ma ochotę wyglądać jak "muśnięte słońcem". Skóra muśnięta słońcem to skóra delikatnie opalona, natomiast włosy muśnięte słońcem to włosy delikatnie rozjaśnione, albo z jasnymi refleksami - taki kontrastujący efekt ma już to słońce na nasz wygląd :) Najgorszym pomysłem byłoby oczywiście farbowanie, lub, o zgrozo, balejaż, czyli pasemka u fryzjera (prawie zawsze efekt jest moim zdaniem KICZOWATY! chyba, że ktoś lubi wyglądać jak tygrys, względnie jak ocelot - przy krótkich włosach). Najlepszym wyjściem są oczywiście rozwiązania naturalne. I nie, "domowe" nie zawsze znaczy "naturalne", więc błagam, odłóż natychmiast tę wodę utlenioną! XD
Można używać rozjaśniających płukanek (pisałam o tym tutaj), ale potrafi być to czaso- i pracochłonne (zaparzanie, odcedzanie, studzenie...), a dodatkowo wysuszać włosy. Maska z rozjaśniającymi składnikami daje nam tą pewność, że odżywimy, natłuścimy i nawilżymy włosy, jednocześnie nadając im pięknych, jasnych refleksów. Czego chcieć więcej? ;)
SKŁADNIKI
Na zdjęciu widzicie wszystkie składniki, których użyłam do mojej maski.
Pierwszy rząd to właśnie te rzeczy, które rozjaśnią nam włosy - rumianek (mocny napar w małej ilości wody), cynamon, sok z cytryny i miód, który jest jednocześnie humektantem, czyli nawilżaczem.
Drugi rząd to składniki pielęgnacyjne i odżywcze: olej kokosowy (lub inny, ulubiony olej do włosów), maska proteinowa, nafta kosmetyczna (opcjonalnie, bo już mamy olej) i awokado (moje awokado było niefotogeniczne).
Widzicie już, czemu nazwałam tą maskę "wszystko w jednym"? :) Posiada wszystkie elementy, których potrzebują nasze włosy: proteiny, humektanty, emolienty, a dzięki cytrynie nawet kwaśne pH, które pomaga domknąć łuski. Dzięki temu wiem, że moje włosy nie będą po takim rozjaśnianiu "kaprysić" - a jest to bardzo możliwe, bo mimo, że naturalne, takie rozjaśnianie nie jest całkowicie obojętne dla włosów, szczególnie wysokoporowatych, zniszczonych czy wrażliwych.
Jak widzicie, składników rozświetlających jest całkiem sporo, więc można oczywiście z niektórych zrezygnować - np. z miodu, który wielu osobom puszy włosy lub z cytryny, która jest wbrew pozorom całkiem agresywnym utleniaczem.
PROPORCJE
Dokładne proporcje trzeba dobrać sobie do własnych potrzeb, np. ilość protein itd. Jednak zalecane przeze mnie proporcje są następujące:
- 3 łyżki maski (w moim przypadku Crema al Latte). To jest nasza baza, w której mieszamy dodatki, więc musi jej być najwięcej. Jeśli Wasze włosy nie lubią protein, zastąpcie ją inną maską lub odżywką, która Wam służy.
- 1 łyżka mocnego wywaru z rumianku. Więcej raczej nie, bo maska będzie za rzadka.
- 1 łyżka "rozciapcianego" awokado. Maska z awokado jest hitem chyba dla każdego typu włosów, ale zwykle zmywa się ją szamponem. My naszą maskę będziemy spłukiwać tylko wodą, więc żeby nie przeciążyć włosów, trzeba zachować umiar z ilością awokado.
- 1 czubata łyżeczka zmielonego cynamonu
- 1 łyżeczka miodu. Z miodem radzę ostrożnie, bo potrafi spuszyć włosy - jak zresztą wiele innych humektantów.
- 1 łyżeczka oleju kokosowego (lub innego). To nasz emolient, który odżywia i chroni włosy. Podobnie jak w przypadku awokado, nie przesadzajmy z ilością, bo możemy mieć problemy ze zmyciem.
- 1 łyżeczka soku z cytryny. Jeśli czujemy się pewniej (i nie mamy litości dla naszych włosów ;D ) możemy dać więcej, ale mieszając, zwracajmy uwagę na konsystencję - nie chcemy jej za bardzo rozrzadzić.
- kilka kropli nafty - opcjonalnie. Ja zdecydowałam się na to, bo nafta daje lepszy połysk i wygładzenie niż naturalne oleje, plus uważałam, że dodając naftę minimalizuję ryzyko spuszenia. Niektóre oleje nawet potrafią spuszyć włosy, natomiast nafta - nigdy (chyba). Ciężko się ją jednak zmywa, więc radzę ograniczyć jej ilość do dosłownie paru kropli.
EFEKTY
Jak z każdym naturalnym sposobem rozjaśniania, nie spodziewajmy się, że ta maska magicznie zamieni nasz brąz w platynę. Regularnym stosowaniem możemy dzięki niej uzyskać przede wszystkim ładne, jasne refleksy, a niektórym osobom być może uda się nawet rozjaśnić kolor o ton lub pół tonu.
Nie polecam do włosów farbowanych! Ciężko jest przewidzieć, jaki efekt będzie to wtedy miało, a poza tym, to trochę bez sensu. Skoro są farbowane, to tak jakby już po ptokach i jeśli chcemy mieć jaśniejszy kolor, to po prostu już lepiej je na taki pofarbować. A jeśli mówicie, "tak, mam farbowane włosy, ale chcę już odejść od farby, a jednocześnie chcę mieć jaśniejszy odcień" - to ok, stosujcie naturalne sposoby rozjaśniania, ale na własną odpowiedzialność. Wydaje mi się, że składniki tej maski mogą ocieplić kolor, a więc stosując je na niektóre kolory włosów farbowanych, ryzykujemy efektem "jaja" lub po prostu niekontrolowanym utlenianiem.
Co o tym sądzicie? Macie swoje sposoby na naturalne rozjaśnianie włosów? Czy może wręcz przeciwnie, dążycie do przyciemnienia? :)
niedziela, 12 kwietnia 2015
Trochę radykalne cięcie (5 cm)
Trochę radykalne? Brzmi trochę jak zaprzeczenie samo w sobie, ale pozwólcie mi wytłumaczyć. :D
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)
Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...
Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.
Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):
Po:
Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).
Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):
Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D
Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.
Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)
Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...
Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.
Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):
Po:
Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).
Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):
Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D
Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.
Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Druga szansa dla olejowania skóry głowy + co u mnie? :)
Hej, hej, długo mnie nie było! Wróciłam, niestety tylko na chwilę, żeby opowiedzieć co nieco o mojej obecnej pielęgnacji, w szczególności pielęgnacji skóry głowy. Praktyki, praca, studia i życie prywatne nie zostawiają mi żadnego czasu ani energii na pisanie bloga. Ale nie bójta się, o włosy i ciało dbam tak samo ;) Poza tym wkręcam się - albo już wkręciłam? - w bieganie, co dodatkowo zabiera mi czas, ale warto. Chociaż w moim wypadku bardziej odpowiednim określeniem byłoby truchtanie, ale czyż truchtanie nie jest po prostu wolnym bieganiem? :P Świetne jest to, że robię postępy - na początku nie byłam w stanie biec przez więcej niż 2 minuty, musiałam więc robić sobie "interwały" z chodzeniem (które, jak się okazało, są jedynym rekomendowanym sposobem na wdrożenie się w bieganie dla totalnych nowicjuszy), a teraz jestem w stanie przebiec całą tę trasę bez przerw na spacerek! Oczywiście od czasu do czasu zatrzymuję się - na światłach. :)
Przechodząc do rzeczy! :D Na wiosnę wzmogło się migrowanie włosów z mojej głowiny. Nie wiem, czy było to spowodowane zmianą pory roku, czy małą zmianą w pielęgnacji (przez ok. 3 tygodnie myłam głowę trochę mocniejszym szamponem), czy też podróżą na drugi koniec świata i z powrotem, którą w międzyczasie odbyłam. W każdym razie włosów zaczęło mi bardziej ubywać i postanowiłam przemóc się i dać szansę olejkowi Ajuwerdyjska terapia do włosów z Orientany.
Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
A, i włosy u nasady są wzmocnione, co owocuje bardzo skromnym, ale dla mnie zauważalnym uniesieniem u nasady i co za tym idzie większą objętością. To zależy też oczywiście od odżywki/maski, jakiej użyję i czy nałożę ją blisko skalpu czy nie.
Z pełnym raportem zamelduję się po 3 miesiącach używania - mam nadzieję, że wytrwam, bo jeszcze nigdy nie udało mi się tak długo testować jednej wcierki, motywacja zawsze zawodziła po maksymalnie 1,5 miesiąca. Teraz idzie mi lepiej, bo lepiej mi się ten olej aplikuje.
Mam w zanadrzu kilka wpisów, tzn. pomysłów na wpisy, ale niestety muszą się one napisać, a na to nie ma czasu... Mimo to mam nadzieję, że niedługo uda mi się wrócić na prostą z moim blogowaniem. :) Trzymajcie kciuki i do zobaczenia!
Dajcie znać w komentarzach jaką Wy macie opinię lub doświadczenia z olejowaniem skóry głowy. :)
* Co nazywam kryzysem? To, że wypadało mi około 100 włosów dziennie. Wiem, wiem, że to normalne, ale moją normą jest połowa tej liczby, więc dojście do "ogólnej normy" w moim przypadku oznacza podwojenie ilości wypadających włosów, co na przestrzeni kilku miesięcy wyraźnie przerzedziłoby mi moją i tak skromną fryzurę.
poniedziałek, 16 lutego 2015
Tag: włosowe pytania i odpowiedzi
Dawno temu, za lasami, za górami zostałam nominowana przez FairHairCare do zabawy - po raz drugi, za co jestem bardzo wdzięczna, niniejszym zabieram się więc wreszcie za odpowiedź na niniejszy tag!
| 1. Jaki jest Twój ulubiony produkt kuchenny, który wykorzystujesz na włosy? Chyba żółtko. To świetne źródło protein dla moich włosów i skalpu, i jeszcze nie zdarzyło mi się przeproteinowanie. Oprócz tego kocham też awokado. 2. Ile miesięcznie wydajesz na pielęgnację włosów? Nie tak znowu dużo... Kupuję dużo, ale ten koszt jest rozłożony na wiele miesięcy użytkowania. Moje szampony kosztują przeważnie ok. 10 zł za butelkę, odżywki tak samo, maski - do 20 zł, wcierki - domowe lub Jantar za 14 zł. Drogie oleje typu różany czy z pestek malin kupuję do twarzy i tylko sporadycznie dodaję do włosowych mieszanek. Koszt półproduktów też jest niewielki. W pielęgnację włosów nie wliczam produktów kuchennych lub takich, których jednocześnie używam do ciała. Więc ciężko mi powiedzieć, tym bardziej, że 1 szamponu czy maski używam przez więcej niż 1 miesiąc. Ale na pewno nie wyjdzie więcej niż powiedzmy 20-30 zł miesięcznie, max. 3. Jaka jest największa wada i zaleta twoich włosów? Zaleta: kolor. Wiele osób go chwali, często słyszę pytania: "To twój naturalny kolor?". Odpowiedź oczywiście brzmi: tak :) Dlatego mimo sroczej kobiecej ciekawości i chęci zmiany, te komplementy skutecznie mnie do tej pory powstrzymują przed farbowaniem. Nie mówiąc o obawie przed zniszczeniem włosów. Wada: gęstość... Myślę, że byłabym o wiele szczęśliwsza, gdyby moje włosy były o wiele gęstsze. A tak to mimo wystarczającej długości wiele fryzur na mojej głowie wygląda po prostu biednie. 4. Co myślisz o pojęciu "włosomaniaczka"? Myślę, że to pojęcie wrzucające do jednego wora co najmniej 2 rodzaje dziewczyn: te, które znają się na włosach (swoich) i zwyczajnie prawidłowo o nie dbają, jak i te, których życie kręci się wokół włosów (swoich i innych) i które do przesady pozwalają kwestiom włosowym rządzić swoim życiem. Słowo "maniak/maniaczka" sugeruje, że dana osoba ma obsesję na jakimś punkcie, co jest prawdą w przypadku niektórych włosomaniaczek, ale, ale - nie należy mylić obsesji z zainteresowaniem... Mi osobiście to słowo kojarzy się raczej pozytywnie, ale gdybym była niewtajemniczona - wywoływałoby ono zdecydowanie nieprzyjemne uczucia. Często widzę też jak inne osoby używają tego terminu z przekąsem, a nawet pogardą i wtedy jest mi smutno. Jestem włosomaniaczką, ale jednocześnie interesuję się wieloma innymi rzeczami; nie wydaję fortuny na włosy i nie wtykam nosa w nieswoją pielęgnację, chyba że ktoś mnie o to poprosi. To w końcu tylko - i aż - włosy... 5. Jaki jest twój ulubiony sposób olejowania? Na sucho, na noc, bo tak najwygodniej. Czasem olejuję też na mokro, ale to kwestia przymusu (kiedy chcę nałożyć maskę lub olej na skalp - najpierw muszę umyć go szamponem). Dzisiaj naolejowałam na żel z siemienia lnianego, chyba będę tak robić częściej. Kiedy przeleję do butelki z atomizerem roztwór żelu aloesowego z wodą, będę olejowała na to. 6. Co robisz z włosami na noc? Najczęściej olejuję od ucha w dół, związuję w koka ślimaka za pomocą gumki invisibobble i umacniam spinką. 7. Opisz nam swój najbardziej nieudany włosowy eksperyment! Ojej... tylko 1? XD Pamiętam moją mieszankę wszystkiego - skrobia ziemnaczana, ocet jabłkowy, cynamon (dla rozjaśnienia), herbatka z rumianka, oleje, żółtko chyba też - wszystko to zmieszane z algową maską Bingo Spa. Efekt - przeciążenie, smętne przetłuszczone strąki od nasady aż po końce XD 8. Jak czeszesz się na co dzień i dlaczego? Najczęściej warkocz francuski, bo łapie wszystkie włosy i jest szybki i prosty. A jak nie to wariacje koków-ślimaków, np. z warkocza lub zwykły, ale podpięty wsuwkami, dzięki czemu wygląda w miarę elegancko. A czemu nie rozpuszczone? Po pierwsze, moje rozpuszczone włosy wyglądają dobrze tylko do paru godzin po myciu, potem jest oklap, przyklap i smętne strąki. Po drugie, przez wieloletnie noszenie rozpuszczonych włosów postrzępiłam sobie włosy po tej stronie, po której noszę torby i plecaki, nie mówiąc o wyrywaniu ich z głowy z tego samego powodu. Różnica między jedną a drugą stroną głowy jest pod tym względem naprawdę widoczna. Dlatego teraz ze względu na ochronę włosów, ale także komfort, zawsze staram się związać lub upiąć jakoś włosy. Jeśli już rozpuszczam włosy, to przeważnie zbieram włosy z przodu i spinam je z tyłu, o tak mniej więcej (tylko że moja wersja polega na związaniu tych dwóch kosmyków cienką gumeczką i zasłonięciu jej spinką-kokardką):
9. Jaki jest twój ulubiony kanał o włosach na YouTube? Nie znam żadnych. Czytam tylko blogi, filmiki mnie nie interesują.
10. Co w pielęgnacji włosów jest dla Ciebie najtrudniejsze? Ciężko powiedzieć... wszystko? Najbardziej chyba jednak podcinanie - chodzenie do fryzjerów to rosyjska ruletka, a samodzielnie też nie jest tak łatwo sobie poradzić, w dodatku mimo zabezpieczania i upinania już po miesiącu od podcięcia zaczynają pokazywać się białe kulki na końcówkach...
11. Jaki gadżet/sprzęt do pielęgnacji włosów chciałabyś mieć? Super wypasioną suszarkę jonizującą z nawiewem tak zimnym, że szczękają zęby! Mam zamiar sobie taką sprawić, więc jak ktoś ma namiary na jakiś sprzęcior dobrej jakości, to proszę się podzielić informacją :) I to tyle! Czeka na mnie jeszcze jeden tag od Lawendowych Piór, ale znowu trochę mi zajmie, zanim na niego odpowiem, a to dlatego, że nie chcę, aby na moim blogu pojawiły się dwa tagi pod rząd - byłoby trochę nudno :) Nie nominuję nikogo w szczególności. Jeśli ktoś przeczytał i ma ochotę na te pytania odpowiedzieć na swoim blogu, niech czuje się nominowany ;) |
poniedziałek, 9 lutego 2015
Charakterystyka moich włosów
Najczęściej piszę na tym blogu o włosach, a nigdzie nie napisałam wyczerpującej informacji na temat charakterystyki moich włosów. W końcu to ważne dla osób, które czytają moje włosowe wpisy i zastanawiają się, czy moje rady i metody poskutkują na ich własnych czuprynach.
1. DŁUGOŚĆ
Obecnie - nieco za łopatki (niestety nie podam dokładnych wymiarów, bo mierzenie włosów to przedsięwzięcie nie na moje nerwy. Poza tym dla mnie liczy się efekt na mnie, a nie obiektywna ilość centymetrów. Chodzi mi o to, że jestem wysoka i chcę mieć włosy do kości ogonowej, co wymaga ode mnie zapuszczenia o wiele większej ilości centymetrów niż od dziewczyny o wzroście na przykład 1,50 m.)
2. POROWATOŚĆ
Chyba najważniejszy punkt :)
Włosy u nasady, czyli pierwsze ok. 7 cm - średnioporowate, w kierunku niskoporowatych (chyba). To te nowe włosy, które wzrastają w miłości i w erze Dbania o Skalp (poprzednia era była erą Katowania Skalpu i Włosów Na Całej Długości) i na pewno są średnioporowate, a te najnowsze czasem przejawiają cechy porowatości średniej w kierunku niskiej (niestety w stu procentach niskoporowate nigdy nie będą, taka ich uroda). Wnioskuję to z tego, jak łatwo je przeciążyć, ale nie jest to takie znowu takie łatwe do ocenienia, bo moje włosy są również cienkie.
Włosy na długości - wysokoporowate w kierunku średnioporowatych.
Końcówki - wysokoporowate.
Mimo to moje wysokopory nie są typowymi przedstawicielami swojego gatunku, bo kochają olej kokosowy i wspaniale reagują na mieszanki olejowe pełne teoretycznie wysuszających ekstraktów roślinnych typu Sesa :)
3. SKŁONNOŚĆ DO FALOWANIA
Następne 3 punkty będą oparte na tym wpisie Henrietty, polecam się z nim zapoznać, bo przedstawiony w nim system klasyfikacji włosów jest bardzo ciekawy i przydatny, a jednocześnie rzadko spotykany na polskich blogach włosowych.
Typ 1B - proste, ale nie idealnie proste druty. Czasem potrafią się trochę sfalować, co wynika w większej części z cieniowania, ale nie łapią skrętu - po paru godzinach z mocnych fal czy loków nie zostaje nic lub prawie nic.
Oto ich maksymalny potencjał jeśli chodzi o falowanie po dużej dawce protein i nawilżenia:
Natomiast przeważnie wyglądają tak:
4. GRUBOŚĆ
Niska, czyli włosy cienkie, niestety. Chociaż tak naprawdę powiedziałabym, że są pomiędzy cienkimi a średnimi, ale to byłoby chyba dzielenie włosa na czworo ;)
5. OBJĘTOŚĆ
Średnie (6 cm). Wcześniej napisałam, że na pewno jest poniżej 5 cm, ale jednak przemogłam się i jakoś zmierzyłam objętość kucyka razem z grzywką i wyszło 6 cm. Niestety grzywka jest krótsza od reszty i nie wchodzi w normalne kucyki (czyli nie takie na czole tylko z tyłu :P), więc objętość mojego "normalnego" kucyka wynosi ok. 5 cm. Teraz jest i tak lepiej niż 2 lata temu, ale obawiam się, że potencjał moich włosów i skalpu w tym zakresie jest bardzo ograniczony i nigdy nie przekroczę 7 cm, ze względu na małą gęstość włosów (=ilość mieszków włosowych na głowie i ilość włosów wyrastających z pojedynczego mieszka) i cienkość pojedynczych włosów.
I na koniec - najlepsze zdjęcie moich kłaczków, jakie znalazłam na blogu :) Po masce z awokado masce Biovax (z tego wpisu):
I z aktualizacji włosowej:
Mam nadzieję, że ten wpis będzie przydatny w razie jakichkolwiek wątpliwości :) Może nawet ułatwi mi on znalezienie włosowej siostry?
WŁOSOWE SIOSTRY, zgłaszajcie się w komentarzach! :)
1. DŁUGOŚĆ
Obecnie - nieco za łopatki (niestety nie podam dokładnych wymiarów, bo mierzenie włosów to przedsięwzięcie nie na moje nerwy. Poza tym dla mnie liczy się efekt na mnie, a nie obiektywna ilość centymetrów. Chodzi mi o to, że jestem wysoka i chcę mieć włosy do kości ogonowej, co wymaga ode mnie zapuszczenia o wiele większej ilości centymetrów niż od dziewczyny o wzroście na przykład 1,50 m.)
2. POROWATOŚĆ
Chyba najważniejszy punkt :)
Włosy u nasady, czyli pierwsze ok. 7 cm - średnioporowate, w kierunku niskoporowatych (chyba). To te nowe włosy, które wzrastają w miłości i w erze Dbania o Skalp (poprzednia era była erą Katowania Skalpu i Włosów Na Całej Długości) i na pewno są średnioporowate, a te najnowsze czasem przejawiają cechy porowatości średniej w kierunku niskiej (niestety w stu procentach niskoporowate nigdy nie będą, taka ich uroda). Wnioskuję to z tego, jak łatwo je przeciążyć, ale nie jest to takie znowu takie łatwe do ocenienia, bo moje włosy są również cienkie.
Włosy na długości - wysokoporowate w kierunku średnioporowatych.
Końcówki - wysokoporowate.
Mimo to moje wysokopory nie są typowymi przedstawicielami swojego gatunku, bo kochają olej kokosowy i wspaniale reagują na mieszanki olejowe pełne teoretycznie wysuszających ekstraktów roślinnych typu Sesa :)
3. SKŁONNOŚĆ DO FALOWANIA
Następne 3 punkty będą oparte na tym wpisie Henrietty, polecam się z nim zapoznać, bo przedstawiony w nim system klasyfikacji włosów jest bardzo ciekawy i przydatny, a jednocześnie rzadko spotykany na polskich blogach włosowych.
Typ 1B - proste, ale nie idealnie proste druty. Czasem potrafią się trochę sfalować, co wynika w większej części z cieniowania, ale nie łapią skrętu - po paru godzinach z mocnych fal czy loków nie zostaje nic lub prawie nic.
Oto ich maksymalny potencjał jeśli chodzi o falowanie po dużej dawce protein i nawilżenia:
Natomiast przeważnie wyglądają tak:
4. GRUBOŚĆ
Niska, czyli włosy cienkie, niestety. Chociaż tak naprawdę powiedziałabym, że są pomiędzy cienkimi a średnimi, ale to byłoby chyba dzielenie włosa na czworo ;)
5. OBJĘTOŚĆ
Średnie (6 cm). Wcześniej napisałam, że na pewno jest poniżej 5 cm, ale jednak przemogłam się i jakoś zmierzyłam objętość kucyka razem z grzywką i wyszło 6 cm. Niestety grzywka jest krótsza od reszty i nie wchodzi w normalne kucyki (czyli nie takie na czole tylko z tyłu :P), więc objętość mojego "normalnego" kucyka wynosi ok. 5 cm. Teraz jest i tak lepiej niż 2 lata temu, ale obawiam się, że potencjał moich włosów i skalpu w tym zakresie jest bardzo ograniczony i nigdy nie przekroczę 7 cm, ze względu na małą gęstość włosów (=ilość mieszków włosowych na głowie i ilość włosów wyrastających z pojedynczego mieszka) i cienkość pojedynczych włosów.
I na koniec - najlepsze zdjęcie moich kłaczków, jakie znalazłam na blogu :) Po masce z awokado masce Biovax (z tego wpisu):
I z aktualizacji włosowej:
Mam nadzieję, że ten wpis będzie przydatny w razie jakichkolwiek wątpliwości :) Może nawet ułatwi mi on znalezienie włosowej siostry?
WŁOSOWE SIOSTRY, zgłaszajcie się w komentarzach! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






