wtorek, 28 lipca 2015

Aktualizacja: radykalne cięcie i bye bye, cieniowanie! Plus parę zdjęć z życia miejskiego rolnika doniczkowego.

Mniej więcej 2 tygodnie temu poszłam do fryzjera, aby podciąć końcówki. Pani fryzjera podcięła końcówki tak jak było trzeba (tzn. nie ścinając 5 cali zamiast 5 centymetrów, jak to fryzjerzy mają w zwyczaju) i zapytała, czy jest ok, czy może ścinamy więcej, a ja na to... WIĘCEJ! :D Tym sposobem ścięłam około 8 cm - sporo, ale tym samym wycięłam dużą partię zniszczonych włosów i wreszcie, WRESZCIE pozbyłam się cieniowania! Tym samym osiągnęłam swój pierwszy włosowy cel.

Jest to drugie (i ostatnie!) z serii radykalnych podcięć końcówek, o pierwszym (samodzielnym) pisałam tu. Widać, że wtedy włosy mimo podcięcia 5 cm były dłuższe niż teraz:

Kwiecień:





Lipiec:




Uwaga numer 1: na górze włosów jest odgniecenie od gumki. Dokładnie to od oryginalnej Invisibobble, która "nie pozostawia odgnieceń"... A tak na usprawiedliwienie to tutaj dopiero co rozpuściłam włosy z kucyka, wyczesałam Tangle Teezerem i od razu stanęłam do zdjęcia. Gdybym poczekała z godzinę, po odgnieceniach nie byłoby śladu - takie już są te moje włosy: proste. Z jednej strony fajnie, bo tafla, ale z drugiej - nie dla mnie loki i fale! :( No i moja tafla jest taflą tylko przez krótki czas - szybko się strąkuje właściwie niezależnie od stosowanej pielęgnacji. Muszę jeszcze popracować nad poprawą kondycji włosów na długości. Moja krucjata jeszcze się nie skończyła.

Uwaga numer dwa: kształt to litera U, naprawdę. Jak widać, końcówki się trochę wywijają we wszystkie strony, sprawiając wrażenie, że włosy są ścięte w trójkąt, albo - ładniej mówiąc - literę V, co nie jest do końca prawdą.

Włosy może są i mocno krótsze, ale w o ile lepszym stanie! :) Zaczęłam się w ogóle czesać szczotką Tangle Teezer. Nie kupowałam jej przez długi czas, bo nie odczuwałam takiej potrzeby, ale kiedy pojawiła się w Rossmanie, wylądowała w moim koszyku. I powiem tak: jest super, ale trzeba uważać, żeby się nie zachłysnąć i nie zniszczyć sobie włosów. Ostre traktowanie bardzo poplątanych włosów, nawet szczotką Tangle Teezer, powoduje ich łamanie (przekonałam się na sobie :c).


A na koniec pokażę Wam co na moim tarasie :) Jak widać nie trzeba mieć ogrodu, by w środku miasta hodować to i owo :)

Zaczęło się od tego, że chciałam po prostu podlać chwasta, który zasiał się w tej doniczce, a skończyło na tym, że równie dobrze można wsadzić dymki i coś z tego mieć. Dymka nie potrzebuje wiele do szczęścia, nawet w kubeczku z wodą wyrośnie z niej szczypiorek.

Poziomki! W przeciwieństwie do truskawek, pomidorów i innych rzeczy, które próbowałyśmy hodować na tarasie, one nigdy nas nie zawodzą, a smakują obłędnie :) Dużo tego nie ma, ale smak można złapać. ;)


Po miesiącach brutalnego wykorzystywania dymek dla ich szczypiorku, nadszedł czas i na nie. Trochę urosły od czasu wsadzenia ich w ziemię, ale niewiele. Ładniej nazywa się to "zielona cebulka" i ma łagodniejszy smak od zwykłej cebuli.


A co u Was? Jak idą Wasze plany włosowe? :)

niedziela, 26 lipca 2015

Balsam po goleniu jako baza pod makijaż? Nivea Men Sensitive After Shave

Taki oto nagłówek zobaczyłam na niemieckim blogu Innen Aussen. Autorka tamtego wpisu znalazła to z kolei na kanale youtuberki Nikkie Tutorials (ten filmik jest z kolei po angielsku). Tak więc jeśli znacie dobrze te języki i chcecie u źródła dowiedzieć się o co chodzi, kliknijcie na powyższe linki do blogów. Jeśli macie natomiast ochotę poczytać o tym u mnie, to zapraszam :)


Od razu zastrzegam, że nie stosowałam tej metody i chyba się nie skuszę, bo to dobry patent raczej dla suchej skóry twarzy (moja jest tłusta).

Okazuje się, że balsam po goleniu dla mężczyzn może być niezłą bazą pod makijaż na lato dla dziewczyn borykających się z suchymi skórkami, suchymi "plackami" itd. dlatego, że jest delikatny, nie zawiera silikonów ani alkoholu i bardzo nawilża. Spójrzcie na skład:

Ingredients: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Chamomilla Recutita Flower Extract, Tocopheryl Acetate, Hamamelis Virginiana Bark/Leaf Extract, Maltodextrin, Tapioca Starch, Triceteareth-4 Phosphate, Sodium Carbomer, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethanol, Piroctone Olamine, Parfum.

 Na drugim miejscu w składzie mamy humektant - glicerynę. Nawilża ona skórę, dzięki czemu podkład dłużej trzyma się na suchej skórze i nie pojawiają się suche skórki. Karin z Innen Aussen twierdzi, że na jej suchej skórze podkład pod koniec dnia wygląda tak samo dobrze, jak tuż po nałożeniu. Mówi też, że w przeciwieństwie do silikonowych baz, Nivea Men Sensitive nie wygładza drastycznie powierzchni skóry, ale delikatnie matuje. Brak silikonów może być wielką zaletą dla dziewczyn ze skórą skłonną do zapychania! Nie zostawia w związku z tym podobno żadnego filmu na skórze ani białych smug.

Oprócz gliceryny w składzie powyżej pogrubiłam również wyciąg z kwiatów rumianka (o właściwościach kojących, łagodzących podrażnienia), po którym mamy witaminę E, a następnie wyciąg z oczaru wirginijskiego, który możemy często znaleźć w produktach przeciwtrądzikowych ze względu na jego właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i uszczelniające naczynia krwionośne. Wyciągi z roślin mogą jednak uczulać wrażliwców, tak samo jak znajdujący się na końcu zapach. Zapach oczywiście typowy dla męskich kosmetyków.

UWAGA! Ważne, żeby była to wersja "sensitive", bo wersja "cooling" zawiera na drugim miejscu podrażniający i wysuszający alkohol! Uważnie trzeba patrzeć na skład.

Za granicą (najbardziej chyba w Niemczech) jest na to podobno szał. Tłumaczy to też korzystna cena - ok. 4 euro (w Polsce trochę mniej korzystnie, bo ok. 26 zł w Rossmanie). Najbardziej korzystają te dziewczyny, które mają w domu jakiegoś mężczyznę (który się goli of kors), bo wtedy oboje korzystają :)

Zaciekawione? Macie ochotę spróbować? ;)

niedziela, 19 lipca 2015

Wakacyjny makijaż

Hej hej hej! Koniec z licencjatem, a to oznacza... cóż, a to wcale nie oznacza, że mam nagle masę czasu, z którym nie wiem co zrobić. Eh, życie.

Dziś będzie nie włosowo, a makijażowo - mniej więcej, bo o to właśnie chodzi, że makijażu tu prawie wcale nie ma. Przetestowałam ten zestaw kosmetyków w największe upały i teraz mogę z czystym sumieniem go polecić (albo i nie, jak się za chwilę przekonacie). Akurat zaczyna się kolejna fala upałów, więc myślę, że post może się przydać. Zaczynamy!



Gdy słońce przypieka i musimy wyjść na zewnątrz, nie wolno zapominać o ochronie przeciwsłonecznej! Po porannym myciu twarzy (w moim przypadku tonik liście manuka Ziai spłukany dużą ilością zimnej wody) należy nałożyć od razu krem do twarzy z wysokim filtrem, szczególnie jeśli borykamy się z trądzikiem czy przebarwieniami - bez ochrony UVA i UVB przebarwienia staną się trudniejsze do usunięcia. Podkreślam to ze względu na popularny mit o tym, że opalanie się leczy trądzik. Nie jestem pewna, czy nadal trzyma się on tak mocno jak za moich szkolnych czasów, ale na wszelki wypadek mówię - to mit. Ochrona przeciwsłoneczna to podstawa. Nie będę skupiała się tu na doborze kremu z filtrem, zajrzyjcie na blogi osób bardziej kompetentnych niż ja i dopasujcie go do typu skóry oraz swoich preferencji. Osobiście używam tzw. blokerów, czyli SPF 50+: Neutrogena do twarzy (niedostępna w Polsce) i Iwostin zapobiegający rumieniowi. Napiszę o nich kiedy indziej, teraz przechodzę do makijażu per se.




Osoby borykające się ze świeceniem skóry, tak jak ja, powinny szukać matujących kremów z filtrem. Ja jednak jestem przypadkiem specjalnym i nieważne co zrobię, prędzej czy później (w lato raczej prędzej niż później) świecę się bardziej niż słońce, więc jak tylko filtr się wchłonie, nanoszę pędzlem flat top puder matujący. Ale, ale, zanim użyję pudru, używam jeszcze oczywiście korektora pod oczy. Obecnie jest to ten, który widać na zdjęciu - Maybelline LumiTouch. Nie kryje tak dobrze jak moje cienie potrzebują, ale kiedy jest naprawdę gorąco, jest mi trochę wszystko jedno. Normalnie "neutralizuję" trochę cienie różowym korektorem z Wibo zanim użyję korektora w kolorze skóry, ale kiedy pot ze mnie spływa, chcę mieć na sobie jak najmniej warstw. Kiedy jest naprawdę źle, wyrównuję jeszcze kolor powieki i skóry wokół oczu (szczególnie w kącikach) cieniem do powiek CoverGirl z serii Wet'n'Wild. Jak widać bardzo się kruszy w transporcie, ale nie jest najgorszy. Każdy inny matowy cień w kolorze skóry będzie się nadawał.

Jeśli chodzi o pudry matujące - na zdjęciu widać dwa: Astor Shine Mattitude w odcieniu 002 i Rimmel Stay Matte w odcieniu 011. Ten drugi kupiłam pomyłkowo rok temu w Stanach - był na półce z pudrem w odcieniu "translucent", niestety w domu dopiero okazało się, że to inny odcień i bynajmniej nie półprzezroczysty, dlatego aż do zeszłego tygodnia leżał nieotwarty. Otworzyłam go w końcu dlatego, że trochę się opaliłam i puder Astor widoczny na zdjęciu zrobił się za jasny, a po drugie dlatego, że niestety mnie zapychał. Po zaledwie kilku dniach stosowania pojawiły się u mnie pryszcze, więc go odstawiłam. Potem znowu do niego wróciłam i powitało mnie ponowne pogorszenie stanu skóry, więc winowajcą jest niewątpliwie właśnie ten puder. W dodatku nigdzie na opakowaniu nie ma składu. Natomiast Rimmel Stay Matte radzi sobie świetnie, bo jest niedrogi, matuje na dość długi czas, nie ciasteczkuje (chyba że nałożymy za dużo produktu) i przede wszystkim nie zapycha. Szkoda, że nie ma puszka w opakowaniu, przez co zabieranie go ze sobą kiedy wychodzimy z domu jest trudne lub nawet niemożliwe, zależnie od pojemności torebki i ilości znajdujących się już tam dupereli ;)

Kiedy już nałożę korektor i puder, moje i tak jasne rzęsy robią się jeszcze jaśniejsze. Nie mam ochoty używać czarnej maskary, więc kupiłam bezbarwną odżywkę Pierre Rene (widoczna na pierwszym zdjęciu). Po pociągnięciu nią rzęs stają się one znowu brązowe, a nie białawe. Użycie zalotki jest oczywiście nieodzowne - dzięki temu lepiej je widać. Pokryte odżywką rzęsy są też nieznacznie pogrubione. Na opakowaniu nie ma składu, ale po paru tygodniach używania zauważyłam, że rzęsy stały się trochę dłuższe! Oczywiście nie jest to jedno z tych super drogich serów do rzęs, ale uważam, że warto, bo taką odżywką nie tylko poprawiamy wygląd przyprószonych pudrem włosków, ale też faktycznie robimy dla nich coś dobrego. Można nią też pociągnąć brwi.


Teraz usta: balsam Carmex Jasmine Green Tea z filtrem SPF 15 wydaje się idealnym wyborem na lato, bo dodatkowo zapewnia uczucie delikatnego chłodzenia, jak to Carmex. Jednak ja za nim nie przepadam, bo okrągły aplikator wcale nie jest łatwy w użyciu i zawsze trochę go "posmakuję", a jest bardzo niesmaczny (gorzkawy!), poza tym znika w ekspresowym tempie. Jeśli istnieje jego wersja w sztyfcie, byłaby pewnie idealna.

Pomadka olejowa Omega7 firmy Terry Naturally, czyli jakiejś amerykańskiej firmy krzak, kupiona za 2 albo 3 dolary w dziwnym sklepie z różnymi dziwnymi "produktami naturalnymi" (krem na menopauzę? ale co on robi? powoduje menopauzę? przywraca miesiączkę? łagodzi objawy menopauzy? nie wiemy, bo to po prostu megadrogi, cudowny "krem na menopauzę" xD). Nie wierzyłam w niego, ale jest naprawdę świetny - najlepszy jaki miałam. Lepszy niż Eosy! Wydaje mi się, że pomadka Oeparolu to coś w tym stylu.

I wreszcie kosmetyk kolorowy: balsam do ust w kredce Catrice. Oczywiście napisy całkowicie się wytarły, ale to chyba Catrice Pure Shine Colour Lip Balm w kolorze 030 (Don't Think Just Pink). Nie jestem pewna, bo dosyć dawno to kupowałam i nie zwracałam uwagi na nazwy kolorów, tylko wzięłam co mi się podobało w drogerii ;)
W każdym razie to wyjątkowo łatwa w aplikacji kredka, kolor jest subtelny, w świetle naturalnym prawie taki sam jak mój naturalny kolor ust, a jednak daje poczucie zadbania i wyglądam dzięki temu na bardziej ogarniętą ;)



I to tyle. Minimalizm to według mnie jedyne słuszne wyjście podczas upałów.

A jak wygląda Wasz letni makijaż na sytuacje ekstremalne? Możecie coś polecić? :)

piątek, 5 czerwca 2015

Aktualizacja + błąd w pielęgnacji (niedobór protein)

Hej, hej, hej!

Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.

Diagnoza: niedobór protein!

Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen

Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.

Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.


I druga część posta: aktualizacja! 
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:




(ależ ja jestem skinny fat :< )


Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.



Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.

Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D


sobota, 18 kwietnia 2015

Rozświetlająca maska "wszystko w jednym"



Witajcie! :)
Zbliża się lato, słoneczko zaczyna wychodzić zza chmur (chociaż dzisiaj wzięło sobie urlop -.-"), więc i wiele z nas ma ochotę wyglądać jak "muśnięte słońcem". Skóra muśnięta słońcem to skóra delikatnie opalona, natomiast włosy muśnięte słońcem to włosy delikatnie rozjaśnione, albo z jasnymi refleksami - taki kontrastujący efekt ma już to słońce na nasz wygląd :) Najgorszym pomysłem byłoby oczywiście farbowanie, lub, o zgrozo, balejaż, czyli pasemka u fryzjera (prawie zawsze efekt jest moim zdaniem KICZOWATY! chyba, że ktoś lubi wyglądać jak tygrys, względnie jak ocelot - przy krótkich włosach). Najlepszym wyjściem są oczywiście rozwiązania naturalne. I nie, "domowe" nie zawsze znaczy "naturalne", więc błagam, odłóż natychmiast tę wodę utlenioną! XD 

Można używać rozjaśniających płukanek (pisałam o tym tutaj), ale potrafi być to czaso- i pracochłonne (zaparzanie, odcedzanie, studzenie...), a dodatkowo wysuszać włosy. Maska z rozjaśniającymi składnikami daje nam tą pewność, że odżywimy, natłuścimy i nawilżymy włosy, jednocześnie nadając im pięknych, jasnych refleksów. Czego chcieć więcej? ;)

SKŁADNIKI

Na zdjęciu widzicie wszystkie składniki, których użyłam do mojej maski. 
Pierwszy rząd to właśnie te rzeczy, które rozjaśnią nam włosy - rumianek (mocny napar w małej ilości wody), cynamon, sok z cytryny i miód, który jest jednocześnie humektantem, czyli nawilżaczem. 
Drugi rząd to składniki pielęgnacyjne i odżywcze: olej kokosowy (lub inny, ulubiony olej do włosów), maska proteinowa, nafta kosmetyczna (opcjonalnie, bo już mamy olej) i awokado (moje awokado było niefotogeniczne).

Widzicie już, czemu nazwałam tą maskę "wszystko w jednym"? :) Posiada wszystkie elementy, których potrzebują nasze włosy: proteiny, humektanty, emolienty, a dzięki cytrynie nawet kwaśne pH, które pomaga domknąć łuski. Dzięki temu wiem, że moje włosy nie będą po takim rozjaśnianiu "kaprysić" - a jest to bardzo możliwe, bo mimo, że naturalne, takie rozjaśnianie nie jest całkowicie obojętne dla włosów, szczególnie wysokoporowatych, zniszczonych czy wrażliwych.

Jak widzicie, składników rozświetlających jest całkiem sporo, więc można oczywiście z niektórych zrezygnować - np. z miodu, który wielu osobom puszy włosy lub z cytryny, która jest wbrew pozorom całkiem agresywnym utleniaczem.


PROPORCJE

Dokładne proporcje trzeba dobrać sobie do własnych potrzeb, np. ilość protein itd. Jednak zalecane przeze mnie proporcje są następujące:

  • 3 łyżki maski (w moim przypadku Crema al Latte). To jest nasza baza, w której mieszamy dodatki, więc musi jej być najwięcej. Jeśli Wasze włosy nie lubią protein, zastąpcie ją inną maską lub odżywką, która Wam służy.
  • 1 łyżka mocnego wywaru z rumianku. Więcej raczej nie, bo maska będzie za rzadka.
  • 1 łyżka "rozciapcianego" awokado. Maska z awokado jest hitem chyba dla każdego typu włosów, ale zwykle zmywa się ją szamponem. My naszą maskę będziemy spłukiwać tylko wodą, więc żeby nie przeciążyć włosów, trzeba zachować umiar z ilością awokado.
  • 1 czubata łyżeczka zmielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka miodu. Z miodem radzę ostrożnie, bo potrafi spuszyć włosy - jak zresztą wiele innych humektantów.
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego (lub innego). To nasz emolient, który odżywia i chroni włosy. Podobnie jak w przypadku awokado, nie przesadzajmy z ilością, bo możemy mieć problemy ze zmyciem.
  • 1 łyżeczka soku z cytryny. Jeśli czujemy się pewniej (i nie mamy litości dla naszych włosów ;D ) możemy dać więcej, ale mieszając, zwracajmy uwagę na konsystencję - nie chcemy jej za bardzo rozrzadzić.
  • kilka kropli nafty - opcjonalnie. Ja zdecydowałam się na to, bo nafta daje lepszy połysk i wygładzenie niż naturalne oleje, plus uważałam, że dodając naftę minimalizuję ryzyko spuszenia. Niektóre oleje nawet potrafią spuszyć włosy, natomiast nafta - nigdy (chyba). Ciężko się ją jednak zmywa, więc radzę ograniczyć jej ilość do dosłownie paru kropli.
Tak przygotowaną maskę nakładamy na umyte włosy na co najmniej 20 minut. Jak na pierwszy raz polecam nałożyć ją na dokładnie 20 minut i ocenić efekty. Jeśli było dobrze - następnym razem spróbujcie na 30-40 minut. Oczywiście, jak z każdą maską, najlepsze efekty uzyskamy porządnie odciskając włosy z wody przed nałożeniem maski, a po nałożeniu - zakładając plastikowy czepek, a następnie owijając głowę ręcznikiem.







EFEKTY

Jak z każdym naturalnym sposobem rozjaśniania, nie spodziewajmy się, że ta maska magicznie zamieni nasz brąz w platynę. Regularnym stosowaniem możemy dzięki niej uzyskać przede wszystkim ładne, jasne refleksy, a niektórym osobom być może uda się nawet rozjaśnić kolor o ton lub pół tonu.

Nie polecam do włosów farbowanych! Ciężko jest przewidzieć, jaki efekt będzie to wtedy miało, a poza tym, to trochę bez sensu. Skoro są farbowane, to tak jakby już po ptokach i jeśli chcemy mieć jaśniejszy kolor, to po prostu już lepiej je na taki pofarbować. A jeśli mówicie, "tak, mam farbowane włosy, ale chcę już odejść od farby, a jednocześnie chcę mieć jaśniejszy odcień" - to ok, stosujcie naturalne sposoby rozjaśniania, ale na własną odpowiedzialność. Wydaje mi się, że składniki tej maski mogą ocieplić kolor, a więc stosując je na niektóre kolory włosów farbowanych, ryzykujemy efektem "jaja" lub po prostu niekontrolowanym utlenianiem.


Co o tym sądzicie? Macie swoje sposoby na naturalne rozjaśnianie włosów? Czy może wręcz przeciwnie, dążycie do przyciemnienia? :)



niedziela, 12 kwietnia 2015

Trochę radykalne cięcie (5 cm)

Trochę radykalne? Brzmi trochę jak zaprzeczenie samo w sobie, ale pozwólcie mi wytłumaczyć. :D
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)

Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...

Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.

Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):




Po:


Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).



Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):




Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D

Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.

Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Druga szansa dla olejowania skóry głowy + co u mnie? :)




Hej, hej, długo mnie nie było! Wróciłam, niestety tylko na chwilę, żeby opowiedzieć co nieco o mojej obecnej pielęgnacji, w szczególności pielęgnacji skóry głowy. Praktyki, praca, studia i życie prywatne nie zostawiają mi żadnego czasu ani energii na pisanie bloga. Ale nie bójta się, o włosy i ciało dbam tak samo ;) Poza tym wkręcam się - albo już wkręciłam? - w bieganie, co dodatkowo zabiera mi czas, ale warto. Chociaż w moim wypadku bardziej odpowiednim określeniem byłoby truchtanie, ale czyż truchtanie nie jest po prostu wolnym bieganiem? :P Świetne jest to, że robię postępy - na początku nie byłam w stanie biec przez więcej niż 2 minuty, musiałam więc robić sobie "interwały" z chodzeniem (które, jak się okazało, są jedynym rekomendowanym sposobem na wdrożenie się w bieganie dla totalnych nowicjuszy), a teraz jestem w stanie przebiec całą tę trasę bez przerw na spacerek! Oczywiście od czasu do czasu zatrzymuję się - na światłach. :)


Przechodząc do rzeczy! :D Na wiosnę wzmogło się migrowanie włosów z mojej głowiny. Nie wiem, czy było to spowodowane zmianą pory roku, czy małą zmianą w pielęgnacji (przez ok. 3 tygodnie myłam głowę trochę mocniejszym szamponem), czy też podróżą na drugi koniec świata i z powrotem, którą w międzyczasie odbyłam. W każdym razie włosów zaczęło mi bardziej ubywać i postanowiłam przemóc się i dać szansę olejkowi Ajuwerdyjska terapia do włosów z Orientany.

Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
 A, i włosy u nasady są wzmocnione, co owocuje bardzo skromnym, ale dla mnie zauważalnym uniesieniem u nasady i co za tym idzie większą objętością. To zależy też oczywiście od odżywki/maski, jakiej użyję i czy nałożę ją blisko skalpu czy nie. 

Z pełnym raportem zamelduję się po 3 miesiącach używania - mam nadzieję, że wytrwam, bo jeszcze nigdy nie udało mi się tak długo testować jednej wcierki, motywacja zawsze zawodziła po maksymalnie 1,5 miesiąca. Teraz idzie mi lepiej, bo lepiej mi się ten olej aplikuje. 

Mam w zanadrzu kilka wpisów, tzn. pomysłów na wpisy, ale niestety muszą się one napisać, a na to nie ma czasu... Mimo to mam nadzieję, że niedługo uda mi się wrócić na prostą z moim blogowaniem. :) Trzymajcie kciuki i do zobaczenia!

Dajcie znać w komentarzach jaką Wy macie opinię lub doświadczenia z olejowaniem skóry głowy. :)


* Co nazywam kryzysem? To, że wypadało mi około 100 włosów dziennie. Wiem, wiem, że to normalne, ale moją normą jest połowa tej liczby, więc dojście do "ogólnej normy" w moim przypadku oznacza podwojenie ilości wypadających włosów, co na przestrzeni kilku miesięcy wyraźnie przerzedziłoby mi moją i tak skromną fryzurę.

Zobacz również: