Hej, hej, hej!
Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.
Diagnoza: niedobór protein!
Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen
Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.
Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.
I druga część posta: aktualizacja!
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:
(ależ ja jestem skinny fat :< )
Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.
Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.
Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D
piątek, 5 czerwca 2015
sobota, 18 kwietnia 2015
Rozświetlająca maska "wszystko w jednym"
Witajcie! :)
Zbliża się lato, słoneczko zaczyna wychodzić zza chmur (chociaż dzisiaj wzięło sobie urlop -.-"), więc i wiele z nas ma ochotę wyglądać jak "muśnięte słońcem". Skóra muśnięta słońcem to skóra delikatnie opalona, natomiast włosy muśnięte słońcem to włosy delikatnie rozjaśnione, albo z jasnymi refleksami - taki kontrastujący efekt ma już to słońce na nasz wygląd :) Najgorszym pomysłem byłoby oczywiście farbowanie, lub, o zgrozo, balejaż, czyli pasemka u fryzjera (prawie zawsze efekt jest moim zdaniem KICZOWATY! chyba, że ktoś lubi wyglądać jak tygrys, względnie jak ocelot - przy krótkich włosach). Najlepszym wyjściem są oczywiście rozwiązania naturalne. I nie, "domowe" nie zawsze znaczy "naturalne", więc błagam, odłóż natychmiast tę wodę utlenioną! XD
Można używać rozjaśniających płukanek (pisałam o tym tutaj), ale potrafi być to czaso- i pracochłonne (zaparzanie, odcedzanie, studzenie...), a dodatkowo wysuszać włosy. Maska z rozjaśniającymi składnikami daje nam tą pewność, że odżywimy, natłuścimy i nawilżymy włosy, jednocześnie nadając im pięknych, jasnych refleksów. Czego chcieć więcej? ;)
SKŁADNIKI
Na zdjęciu widzicie wszystkie składniki, których użyłam do mojej maski.
Pierwszy rząd to właśnie te rzeczy, które rozjaśnią nam włosy - rumianek (mocny napar w małej ilości wody), cynamon, sok z cytryny i miód, który jest jednocześnie humektantem, czyli nawilżaczem.
Drugi rząd to składniki pielęgnacyjne i odżywcze: olej kokosowy (lub inny, ulubiony olej do włosów), maska proteinowa, nafta kosmetyczna (opcjonalnie, bo już mamy olej) i awokado (moje awokado było niefotogeniczne).
Widzicie już, czemu nazwałam tą maskę "wszystko w jednym"? :) Posiada wszystkie elementy, których potrzebują nasze włosy: proteiny, humektanty, emolienty, a dzięki cytrynie nawet kwaśne pH, które pomaga domknąć łuski. Dzięki temu wiem, że moje włosy nie będą po takim rozjaśnianiu "kaprysić" - a jest to bardzo możliwe, bo mimo, że naturalne, takie rozjaśnianie nie jest całkowicie obojętne dla włosów, szczególnie wysokoporowatych, zniszczonych czy wrażliwych.
Jak widzicie, składników rozświetlających jest całkiem sporo, więc można oczywiście z niektórych zrezygnować - np. z miodu, który wielu osobom puszy włosy lub z cytryny, która jest wbrew pozorom całkiem agresywnym utleniaczem.
PROPORCJE
Dokładne proporcje trzeba dobrać sobie do własnych potrzeb, np. ilość protein itd. Jednak zalecane przeze mnie proporcje są następujące:
- 3 łyżki maski (w moim przypadku Crema al Latte). To jest nasza baza, w której mieszamy dodatki, więc musi jej być najwięcej. Jeśli Wasze włosy nie lubią protein, zastąpcie ją inną maską lub odżywką, która Wam służy.
- 1 łyżka mocnego wywaru z rumianku. Więcej raczej nie, bo maska będzie za rzadka.
- 1 łyżka "rozciapcianego" awokado. Maska z awokado jest hitem chyba dla każdego typu włosów, ale zwykle zmywa się ją szamponem. My naszą maskę będziemy spłukiwać tylko wodą, więc żeby nie przeciążyć włosów, trzeba zachować umiar z ilością awokado.
- 1 czubata łyżeczka zmielonego cynamonu
- 1 łyżeczka miodu. Z miodem radzę ostrożnie, bo potrafi spuszyć włosy - jak zresztą wiele innych humektantów.
- 1 łyżeczka oleju kokosowego (lub innego). To nasz emolient, który odżywia i chroni włosy. Podobnie jak w przypadku awokado, nie przesadzajmy z ilością, bo możemy mieć problemy ze zmyciem.
- 1 łyżeczka soku z cytryny. Jeśli czujemy się pewniej (i nie mamy litości dla naszych włosów ;D ) możemy dać więcej, ale mieszając, zwracajmy uwagę na konsystencję - nie chcemy jej za bardzo rozrzadzić.
- kilka kropli nafty - opcjonalnie. Ja zdecydowałam się na to, bo nafta daje lepszy połysk i wygładzenie niż naturalne oleje, plus uważałam, że dodając naftę minimalizuję ryzyko spuszenia. Niektóre oleje nawet potrafią spuszyć włosy, natomiast nafta - nigdy (chyba). Ciężko się ją jednak zmywa, więc radzę ograniczyć jej ilość do dosłownie paru kropli.
EFEKTY
Jak z każdym naturalnym sposobem rozjaśniania, nie spodziewajmy się, że ta maska magicznie zamieni nasz brąz w platynę. Regularnym stosowaniem możemy dzięki niej uzyskać przede wszystkim ładne, jasne refleksy, a niektórym osobom być może uda się nawet rozjaśnić kolor o ton lub pół tonu.
Nie polecam do włosów farbowanych! Ciężko jest przewidzieć, jaki efekt będzie to wtedy miało, a poza tym, to trochę bez sensu. Skoro są farbowane, to tak jakby już po ptokach i jeśli chcemy mieć jaśniejszy kolor, to po prostu już lepiej je na taki pofarbować. A jeśli mówicie, "tak, mam farbowane włosy, ale chcę już odejść od farby, a jednocześnie chcę mieć jaśniejszy odcień" - to ok, stosujcie naturalne sposoby rozjaśniania, ale na własną odpowiedzialność. Wydaje mi się, że składniki tej maski mogą ocieplić kolor, a więc stosując je na niektóre kolory włosów farbowanych, ryzykujemy efektem "jaja" lub po prostu niekontrolowanym utlenianiem.
Co o tym sądzicie? Macie swoje sposoby na naturalne rozjaśnianie włosów? Czy może wręcz przeciwnie, dążycie do przyciemnienia? :)
niedziela, 12 kwietnia 2015
Trochę radykalne cięcie (5 cm)
Trochę radykalne? Brzmi trochę jak zaprzeczenie samo w sobie, ale pozwólcie mi wytłumaczyć. :D
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)
Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...
Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.
Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):
Po:
Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).
Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):
Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D
Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.
Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)
(kurczę, jak nazywał się ten środek stylistyczny czy poetycki, który zawierał w sobie dwie przeciwstawne wartości? np. biała czerń, dobre zło itp... nie mogę sobie przypomnieć! humaniści, maturzyści, pomóżcie xD)
Już od dawna myślałam o radykalnym cięciu, bo mimo regularnego podcinania i zabezpieczania końcówek serum silikonowo-olejowym, ciągle widziałam białe kulki. Nie dotyczyło to jednak tych partii, które podcinałam, tylko tych wyżej, powstałych w wyniku cieniowania. Od chyba 2 lat próbuję zejść z tego cieniowania, podcinając ok. 2-3 cm co kilka miesięcy, co idzie dosyć wolno, bo jednocześnie chcę mieć jak najdłuższe włosy. Ale zastanawiałam się, czy ma to sens, skoro podniszczone, rozdwajające się partie, których nożyczki w takim układzie nie sięgają, ciągle się wykruszają i zniszczenia na nich idą w górę... Czy "cackając się" w ten sposób nie sabotuję efektów własnej pracy i w gruncie rzeczy nie opóźniam momentu, w którym nie będę miała już żadnych warstw? Jednak mimo to szkoda mi długości, bo po pozbyciu się cieniowania w tym momencie, włosy sięgałyby mi zaledwie do obojczyków...
Przedwczoraj przeczytałam wpis Henrietty, która miała podobne przemyślenia i zdecydowała się na obcięcie aż 12 cm, jednocześnie żałując, że nie zdecydowała się na to wcześniej. Można powiedzieć, że trochę mnie to przekonało, bo następnego dnia po myciu złapałam nożyczki i ciachnęłam ok. 5 cm swoich własnych włosów.
Przed (przepraszam za beznadziejną jakość zdjęć):
Po:
Za cholerę nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia długości wczoraj, ale widać, że już samo cięcie bardziej je ujarzmiło (wyczesałam je tak samo zarówno przed cięciem, jak i po).
Dzisiaj (olejowanie skalpu kuracją ajuwerdyjską Orientany, długość Babydream fur Mama na całą noc, rano maska Seri z miodem na 40 minut, zielone serum Marion na końcówki; włosy są trochę nierówne, bo były jakiś czas związane):
Wygląda na to, że czeka mnie jeszcze jedno takie cięcie i potem wreszcie będę cieszyć się zdrowszymi końcówkami na całej długości. Nie mówiąc o tym, jak łatwo będzie zrobić większość fryzur bez martwienia się o wystawające kępki włosów ze wszystkich stron :D
Mój plan: zapuszczanie włosów przez kolejne 4-5 miesięcy, po czym ścięcie włosów na prosto u fryzjera, pozbywając się całkowicie cieniowania. Nawet jeśli oznaczałoby to ścięcie 7-8 cm. Myślę, że potem będzie mi o wiele łatwiej zapuszczać włosy i je pielęgnować.
Nazwałabym ten plan "półradykalnym". Łagodny to podcinanie 1-2 cm co 3 miesiące, półradykalny to pozbycie się zniszczonych partii na 2-3 razy, natomiast radykalny to ścięcie ich na raz. Co o tym sądzicie? :)
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Druga szansa dla olejowania skóry głowy + co u mnie? :)
Hej, hej, długo mnie nie było! Wróciłam, niestety tylko na chwilę, żeby opowiedzieć co nieco o mojej obecnej pielęgnacji, w szczególności pielęgnacji skóry głowy. Praktyki, praca, studia i życie prywatne nie zostawiają mi żadnego czasu ani energii na pisanie bloga. Ale nie bójta się, o włosy i ciało dbam tak samo ;) Poza tym wkręcam się - albo już wkręciłam? - w bieganie, co dodatkowo zabiera mi czas, ale warto. Chociaż w moim wypadku bardziej odpowiednim określeniem byłoby truchtanie, ale czyż truchtanie nie jest po prostu wolnym bieganiem? :P Świetne jest to, że robię postępy - na początku nie byłam w stanie biec przez więcej niż 2 minuty, musiałam więc robić sobie "interwały" z chodzeniem (które, jak się okazało, są jedynym rekomendowanym sposobem na wdrożenie się w bieganie dla totalnych nowicjuszy), a teraz jestem w stanie przebiec całą tę trasę bez przerw na spacerek! Oczywiście od czasu do czasu zatrzymuję się - na światłach. :)
Przechodząc do rzeczy! :D Na wiosnę wzmogło się migrowanie włosów z mojej głowiny. Nie wiem, czy było to spowodowane zmianą pory roku, czy małą zmianą w pielęgnacji (przez ok. 3 tygodnie myłam głowę trochę mocniejszym szamponem), czy też podróżą na drugi koniec świata i z powrotem, którą w międzyczasie odbyłam. W każdym razie włosów zaczęło mi bardziej ubywać i postanowiłam przemóc się i dać szansę olejkowi Ajuwerdyjska terapia do włosów z Orientany.
Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
Dlaczego musiałam się przemagać? Otóż jak pisałam wcześniej, moja skóra głowy nie lubiła się z olejami - czy to rycynowym, Sesą, łopianowym, kokosowym, czy oliwą z oliwek. Za każdym razem reagowała chwilowo wzmożonym wypadaniem, uznałam więc, że olejowanie skalpu to nie dla mnie, koniec i basta. Niedawno jednak - po przeczytaniu instrukcji na opakowaniu powyższego oleju oraz wczytaniu się w niektóre blogi - przyszło mi do głowy, że być może ta kiepska reakcja wynikała z tego, że nakładałam tego oleju po prostu za dużo. Wszędzie jest mowa o "paru kroplach" lub "łyżeczce", podczas gdy ja dozowałam sobie tę dobroć znacznie hojniej, pragnąc za wszelką cenę dokładnie pokryć olejem każdy centymetr, ba, każdy milimetr kwadratowy mojego skalpu. Poza tym prawie zawsze olejowałam "na mokro", bo wiedziałam, że po pierwsze, bezpieczniej nakładać olej na maks. 20 minut, a po drugie, nakładanie oleju na przetłuszczony skalp niczym dobrym się nie kończy, więc zawsze najpierw myłam głowę szamponem, potem nakładałam olej, a po 20 minutach zmywałam, też szamponem. To mogło być dla mojego skalpu za dużo. Dlatego teraz przemogłam się i od około miesiąca olejuję skalp na sucho, i to na całą noc, ale za to ograniczam się do około pół łyżeczki na całą głowę. Efektów na początku nie było, wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że całonocne olejowanie na sucho nawet taką małą ilością jeszcze wzmaga wypadanie. Jednak postanowiłam się nie zrazić i chyba słusznie, bo teraz, po około miesiącu, jest już o wiele lepiej. Wypada mi o wiele mniej włosów - prawie udało mi się wrócić do stanu sprzed "kryzysu"*. Nowych baby hair jeszcze nie widać i nie wiem, czy w ogóle się ich dzięki temu olejowi dorobię. Liczę też na przyśpieszony przyrost, bo pamiętam, jakie świetne efekty w tym zakresie dała mi Sesa (mimo kiepskich, prawie destrukcyjnych efektów w zakresie wypadania) i tu chyba efekt też jest, ale nie spektakularny.
A, i włosy u nasady są wzmocnione, co owocuje bardzo skromnym, ale dla mnie zauważalnym uniesieniem u nasady i co za tym idzie większą objętością. To zależy też oczywiście od odżywki/maski, jakiej użyję i czy nałożę ją blisko skalpu czy nie.
Z pełnym raportem zamelduję się po 3 miesiącach używania - mam nadzieję, że wytrwam, bo jeszcze nigdy nie udało mi się tak długo testować jednej wcierki, motywacja zawsze zawodziła po maksymalnie 1,5 miesiąca. Teraz idzie mi lepiej, bo lepiej mi się ten olej aplikuje.
Mam w zanadrzu kilka wpisów, tzn. pomysłów na wpisy, ale niestety muszą się one napisać, a na to nie ma czasu... Mimo to mam nadzieję, że niedługo uda mi się wrócić na prostą z moim blogowaniem. :) Trzymajcie kciuki i do zobaczenia!
Dajcie znać w komentarzach jaką Wy macie opinię lub doświadczenia z olejowaniem skóry głowy. :)
* Co nazywam kryzysem? To, że wypadało mi około 100 włosów dziennie. Wiem, wiem, że to normalne, ale moją normą jest połowa tej liczby, więc dojście do "ogólnej normy" w moim przypadku oznacza podwojenie ilości wypadających włosów, co na przestrzeni kilku miesięcy wyraźnie przerzedziłoby mi moją i tak skromną fryzurę.
poniedziałek, 16 lutego 2015
Tag: włosowe pytania i odpowiedzi
Dawno temu, za lasami, za górami zostałam nominowana przez FairHairCare do zabawy - po raz drugi, za co jestem bardzo wdzięczna, niniejszym zabieram się więc wreszcie za odpowiedź na niniejszy tag!
| 1. Jaki jest Twój ulubiony produkt kuchenny, który wykorzystujesz na włosy? Chyba żółtko. To świetne źródło protein dla moich włosów i skalpu, i jeszcze nie zdarzyło mi się przeproteinowanie. Oprócz tego kocham też awokado. 2. Ile miesięcznie wydajesz na pielęgnację włosów? Nie tak znowu dużo... Kupuję dużo, ale ten koszt jest rozłożony na wiele miesięcy użytkowania. Moje szampony kosztują przeważnie ok. 10 zł za butelkę, odżywki tak samo, maski - do 20 zł, wcierki - domowe lub Jantar za 14 zł. Drogie oleje typu różany czy z pestek malin kupuję do twarzy i tylko sporadycznie dodaję do włosowych mieszanek. Koszt półproduktów też jest niewielki. W pielęgnację włosów nie wliczam produktów kuchennych lub takich, których jednocześnie używam do ciała. Więc ciężko mi powiedzieć, tym bardziej, że 1 szamponu czy maski używam przez więcej niż 1 miesiąc. Ale na pewno nie wyjdzie więcej niż powiedzmy 20-30 zł miesięcznie, max. 3. Jaka jest największa wada i zaleta twoich włosów? Zaleta: kolor. Wiele osób go chwali, często słyszę pytania: "To twój naturalny kolor?". Odpowiedź oczywiście brzmi: tak :) Dlatego mimo sroczej kobiecej ciekawości i chęci zmiany, te komplementy skutecznie mnie do tej pory powstrzymują przed farbowaniem. Nie mówiąc o obawie przed zniszczeniem włosów. Wada: gęstość... Myślę, że byłabym o wiele szczęśliwsza, gdyby moje włosy były o wiele gęstsze. A tak to mimo wystarczającej długości wiele fryzur na mojej głowie wygląda po prostu biednie. 4. Co myślisz o pojęciu "włosomaniaczka"? Myślę, że to pojęcie wrzucające do jednego wora co najmniej 2 rodzaje dziewczyn: te, które znają się na włosach (swoich) i zwyczajnie prawidłowo o nie dbają, jak i te, których życie kręci się wokół włosów (swoich i innych) i które do przesady pozwalają kwestiom włosowym rządzić swoim życiem. Słowo "maniak/maniaczka" sugeruje, że dana osoba ma obsesję na jakimś punkcie, co jest prawdą w przypadku niektórych włosomaniaczek, ale, ale - nie należy mylić obsesji z zainteresowaniem... Mi osobiście to słowo kojarzy się raczej pozytywnie, ale gdybym była niewtajemniczona - wywoływałoby ono zdecydowanie nieprzyjemne uczucia. Często widzę też jak inne osoby używają tego terminu z przekąsem, a nawet pogardą i wtedy jest mi smutno. Jestem włosomaniaczką, ale jednocześnie interesuję się wieloma innymi rzeczami; nie wydaję fortuny na włosy i nie wtykam nosa w nieswoją pielęgnację, chyba że ktoś mnie o to poprosi. To w końcu tylko - i aż - włosy... 5. Jaki jest twój ulubiony sposób olejowania? Na sucho, na noc, bo tak najwygodniej. Czasem olejuję też na mokro, ale to kwestia przymusu (kiedy chcę nałożyć maskę lub olej na skalp - najpierw muszę umyć go szamponem). Dzisiaj naolejowałam na żel z siemienia lnianego, chyba będę tak robić częściej. Kiedy przeleję do butelki z atomizerem roztwór żelu aloesowego z wodą, będę olejowała na to. 6. Co robisz z włosami na noc? Najczęściej olejuję od ucha w dół, związuję w koka ślimaka za pomocą gumki invisibobble i umacniam spinką. 7. Opisz nam swój najbardziej nieudany włosowy eksperyment! Ojej... tylko 1? XD Pamiętam moją mieszankę wszystkiego - skrobia ziemnaczana, ocet jabłkowy, cynamon (dla rozjaśnienia), herbatka z rumianka, oleje, żółtko chyba też - wszystko to zmieszane z algową maską Bingo Spa. Efekt - przeciążenie, smętne przetłuszczone strąki od nasady aż po końce XD 8. Jak czeszesz się na co dzień i dlaczego? Najczęściej warkocz francuski, bo łapie wszystkie włosy i jest szybki i prosty. A jak nie to wariacje koków-ślimaków, np. z warkocza lub zwykły, ale podpięty wsuwkami, dzięki czemu wygląda w miarę elegancko. A czemu nie rozpuszczone? Po pierwsze, moje rozpuszczone włosy wyglądają dobrze tylko do paru godzin po myciu, potem jest oklap, przyklap i smętne strąki. Po drugie, przez wieloletnie noszenie rozpuszczonych włosów postrzępiłam sobie włosy po tej stronie, po której noszę torby i plecaki, nie mówiąc o wyrywaniu ich z głowy z tego samego powodu. Różnica między jedną a drugą stroną głowy jest pod tym względem naprawdę widoczna. Dlatego teraz ze względu na ochronę włosów, ale także komfort, zawsze staram się związać lub upiąć jakoś włosy. Jeśli już rozpuszczam włosy, to przeważnie zbieram włosy z przodu i spinam je z tyłu, o tak mniej więcej (tylko że moja wersja polega na związaniu tych dwóch kosmyków cienką gumeczką i zasłonięciu jej spinką-kokardką):
9. Jaki jest twój ulubiony kanał o włosach na YouTube? Nie znam żadnych. Czytam tylko blogi, filmiki mnie nie interesują.
10. Co w pielęgnacji włosów jest dla Ciebie najtrudniejsze? Ciężko powiedzieć... wszystko? Najbardziej chyba jednak podcinanie - chodzenie do fryzjerów to rosyjska ruletka, a samodzielnie też nie jest tak łatwo sobie poradzić, w dodatku mimo zabezpieczania i upinania już po miesiącu od podcięcia zaczynają pokazywać się białe kulki na końcówkach...
11. Jaki gadżet/sprzęt do pielęgnacji włosów chciałabyś mieć? Super wypasioną suszarkę jonizującą z nawiewem tak zimnym, że szczękają zęby! Mam zamiar sobie taką sprawić, więc jak ktoś ma namiary na jakiś sprzęcior dobrej jakości, to proszę się podzielić informacją :) I to tyle! Czeka na mnie jeszcze jeden tag od Lawendowych Piór, ale znowu trochę mi zajmie, zanim na niego odpowiem, a to dlatego, że nie chcę, aby na moim blogu pojawiły się dwa tagi pod rząd - byłoby trochę nudno :) Nie nominuję nikogo w szczególności. Jeśli ktoś przeczytał i ma ochotę na te pytania odpowiedzieć na swoim blogu, niech czuje się nominowany ;) |
poniedziałek, 9 lutego 2015
Charakterystyka moich włosów
Najczęściej piszę na tym blogu o włosach, a nigdzie nie napisałam wyczerpującej informacji na temat charakterystyki moich włosów. W końcu to ważne dla osób, które czytają moje włosowe wpisy i zastanawiają się, czy moje rady i metody poskutkują na ich własnych czuprynach.
1. DŁUGOŚĆ
Obecnie - nieco za łopatki (niestety nie podam dokładnych wymiarów, bo mierzenie włosów to przedsięwzięcie nie na moje nerwy. Poza tym dla mnie liczy się efekt na mnie, a nie obiektywna ilość centymetrów. Chodzi mi o to, że jestem wysoka i chcę mieć włosy do kości ogonowej, co wymaga ode mnie zapuszczenia o wiele większej ilości centymetrów niż od dziewczyny o wzroście na przykład 1,50 m.)
2. POROWATOŚĆ
Chyba najważniejszy punkt :)
Włosy u nasady, czyli pierwsze ok. 7 cm - średnioporowate, w kierunku niskoporowatych (chyba). To te nowe włosy, które wzrastają w miłości i w erze Dbania o Skalp (poprzednia era była erą Katowania Skalpu i Włosów Na Całej Długości) i na pewno są średnioporowate, a te najnowsze czasem przejawiają cechy porowatości średniej w kierunku niskiej (niestety w stu procentach niskoporowate nigdy nie będą, taka ich uroda). Wnioskuję to z tego, jak łatwo je przeciążyć, ale nie jest to takie znowu takie łatwe do ocenienia, bo moje włosy są również cienkie.
Włosy na długości - wysokoporowate w kierunku średnioporowatych.
Końcówki - wysokoporowate.
Mimo to moje wysokopory nie są typowymi przedstawicielami swojego gatunku, bo kochają olej kokosowy i wspaniale reagują na mieszanki olejowe pełne teoretycznie wysuszających ekstraktów roślinnych typu Sesa :)
3. SKŁONNOŚĆ DO FALOWANIA
Następne 3 punkty będą oparte na tym wpisie Henrietty, polecam się z nim zapoznać, bo przedstawiony w nim system klasyfikacji włosów jest bardzo ciekawy i przydatny, a jednocześnie rzadko spotykany na polskich blogach włosowych.
Typ 1B - proste, ale nie idealnie proste druty. Czasem potrafią się trochę sfalować, co wynika w większej części z cieniowania, ale nie łapią skrętu - po paru godzinach z mocnych fal czy loków nie zostaje nic lub prawie nic.
Oto ich maksymalny potencjał jeśli chodzi o falowanie po dużej dawce protein i nawilżenia:
Natomiast przeważnie wyglądają tak:
4. GRUBOŚĆ
Niska, czyli włosy cienkie, niestety. Chociaż tak naprawdę powiedziałabym, że są pomiędzy cienkimi a średnimi, ale to byłoby chyba dzielenie włosa na czworo ;)
5. OBJĘTOŚĆ
Średnie (6 cm). Wcześniej napisałam, że na pewno jest poniżej 5 cm, ale jednak przemogłam się i jakoś zmierzyłam objętość kucyka razem z grzywką i wyszło 6 cm. Niestety grzywka jest krótsza od reszty i nie wchodzi w normalne kucyki (czyli nie takie na czole tylko z tyłu :P), więc objętość mojego "normalnego" kucyka wynosi ok. 5 cm. Teraz jest i tak lepiej niż 2 lata temu, ale obawiam się, że potencjał moich włosów i skalpu w tym zakresie jest bardzo ograniczony i nigdy nie przekroczę 7 cm, ze względu na małą gęstość włosów (=ilość mieszków włosowych na głowie i ilość włosów wyrastających z pojedynczego mieszka) i cienkość pojedynczych włosów.
I na koniec - najlepsze zdjęcie moich kłaczków, jakie znalazłam na blogu :) Po masce z awokado masce Biovax (z tego wpisu):
I z aktualizacji włosowej:
Mam nadzieję, że ten wpis będzie przydatny w razie jakichkolwiek wątpliwości :) Może nawet ułatwi mi on znalezienie włosowej siostry?
WŁOSOWE SIOSTRY, zgłaszajcie się w komentarzach! :)
1. DŁUGOŚĆ
Obecnie - nieco za łopatki (niestety nie podam dokładnych wymiarów, bo mierzenie włosów to przedsięwzięcie nie na moje nerwy. Poza tym dla mnie liczy się efekt na mnie, a nie obiektywna ilość centymetrów. Chodzi mi o to, że jestem wysoka i chcę mieć włosy do kości ogonowej, co wymaga ode mnie zapuszczenia o wiele większej ilości centymetrów niż od dziewczyny o wzroście na przykład 1,50 m.)
2. POROWATOŚĆ
Chyba najważniejszy punkt :)
Włosy u nasady, czyli pierwsze ok. 7 cm - średnioporowate, w kierunku niskoporowatych (chyba). To te nowe włosy, które wzrastają w miłości i w erze Dbania o Skalp (poprzednia era była erą Katowania Skalpu i Włosów Na Całej Długości) i na pewno są średnioporowate, a te najnowsze czasem przejawiają cechy porowatości średniej w kierunku niskiej (niestety w stu procentach niskoporowate nigdy nie będą, taka ich uroda). Wnioskuję to z tego, jak łatwo je przeciążyć, ale nie jest to takie znowu takie łatwe do ocenienia, bo moje włosy są również cienkie.
Włosy na długości - wysokoporowate w kierunku średnioporowatych.
Końcówki - wysokoporowate.
Mimo to moje wysokopory nie są typowymi przedstawicielami swojego gatunku, bo kochają olej kokosowy i wspaniale reagują na mieszanki olejowe pełne teoretycznie wysuszających ekstraktów roślinnych typu Sesa :)
3. SKŁONNOŚĆ DO FALOWANIA
Następne 3 punkty będą oparte na tym wpisie Henrietty, polecam się z nim zapoznać, bo przedstawiony w nim system klasyfikacji włosów jest bardzo ciekawy i przydatny, a jednocześnie rzadko spotykany na polskich blogach włosowych.
Typ 1B - proste, ale nie idealnie proste druty. Czasem potrafią się trochę sfalować, co wynika w większej części z cieniowania, ale nie łapią skrętu - po paru godzinach z mocnych fal czy loków nie zostaje nic lub prawie nic.
Oto ich maksymalny potencjał jeśli chodzi o falowanie po dużej dawce protein i nawilżenia:
Natomiast przeważnie wyglądają tak:
4. GRUBOŚĆ
Niska, czyli włosy cienkie, niestety. Chociaż tak naprawdę powiedziałabym, że są pomiędzy cienkimi a średnimi, ale to byłoby chyba dzielenie włosa na czworo ;)
5. OBJĘTOŚĆ
Średnie (6 cm). Wcześniej napisałam, że na pewno jest poniżej 5 cm, ale jednak przemogłam się i jakoś zmierzyłam objętość kucyka razem z grzywką i wyszło 6 cm. Niestety grzywka jest krótsza od reszty i nie wchodzi w normalne kucyki (czyli nie takie na czole tylko z tyłu :P), więc objętość mojego "normalnego" kucyka wynosi ok. 5 cm. Teraz jest i tak lepiej niż 2 lata temu, ale obawiam się, że potencjał moich włosów i skalpu w tym zakresie jest bardzo ograniczony i nigdy nie przekroczę 7 cm, ze względu na małą gęstość włosów (=ilość mieszków włosowych na głowie i ilość włosów wyrastających z pojedynczego mieszka) i cienkość pojedynczych włosów.
I na koniec - najlepsze zdjęcie moich kłaczków, jakie znalazłam na blogu :) Po masce z awokado masce Biovax (z tego wpisu):
I z aktualizacji włosowej:
Mam nadzieję, że ten wpis będzie przydatny w razie jakichkolwiek wątpliwości :) Może nawet ułatwi mi on znalezienie włosowej siostry?
WŁOSOWE SIOSTRY, zgłaszajcie się w komentarzach! :)
piątek, 2 stycznia 2015
Amerykańskie kosmetyki - cz. 2 (pielęgnacja twarzy)
W moim docelowo 3-częściowym mini-cyklu "Amerykańskie kosmetyki" przedstawiam rzeczy, które zdobyłam podczas mojego pobytu w Kraju Kwitnącego Hamburgera, a które są niedostępne w Polsce, a przynajmniej tak mi się wydaje. Część 1, włosowa tutaj - KLIK!
Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P
1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.
2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut.
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.
3. Simple - Soothing Facial Toner, czyli kojący tonik do twarzy z "kochającymi skórę składnikami", takimi jak prowitamina B5, rumianek, oczar wirginijski i alantoina. Nie zawiera za to potencjalnie podrażniających sztucznych substancji zapachowych, barwników czy alkoholu. To dobry sposób na wyrównanie pH po glinkach czy mydle, ale ja zawsze jednak muszę go zmyć. Zmywam wodą wszystkie toniki (inaczej czuję się nieświeżo i moja skóra tego nie lubi) i tak samo jest z tym. Jeśli nie macie wybitnych problemów z trądzikiem, możecie go oczywiście zostawić na skórze. Polecam.
4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)
Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.
Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)
Dla ciekawych składu:
Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.
Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)
Podobnie jak w poprzednim wpisie - kupione przeze mnie rzeczy pochodzą z CVS Pharmacy, Walmartów i HEB. Cenowo celowałam raczej w tańsze produkty, z paroma wyjątkami. Musicie jednak pamiętać, że jestem biedną studentką, więc pojęcie "taniości" i "drogości" może być u mnie inne niż u czynnych zawodowo, dobrze zarabiających kobiet :P
1. Alba Botanica - Natural Hawaiian Facial Scrub, czyli naturalny hawajski peeling do twarzy z oczyszczającym pory enzymem z ananasa, bromelainą. Zawiera też "owoc papai" - czyli niby co, dosłownie rozciapciany miąższ z tego owocu czy co? Nie wiem co autor miał tu na myśli. Natomiast z papai pozyskiwana jest papaina, czyli kolejny składnik peelingów enzymatycznych. Jeśli spojrzycie na skład (zdjęcie poniżej), jest naprawdę cudownie! Niestety w praktyce nie było już tak pięknie, przynajmniej na mojej trądzikowej cerze. Peelingi mechaniczne mi nie służą, ale kupiłam ten kosmetyk ze względu na zawartość enzymów - chciałam używać go tak jak peeling enzymatyczny, bez pocierania. Niestety nawet tak się nie sprawdził. Drobinki są dosyć duże i mało ostre, a peeling zostawia na skórze bardzo wyczuwalną tępą, tłustawą warstewkę - nie jest to w końcu peeling myjący, ale nawet z tą świadomością to uczucie po jego użyciu jest mało przyjemne, skóra jest jakby oblepiona i wcale nie odświeżona. Właściwości ścierne granulek są kiepskie, enzymy też w ogóle tu nie działają. Stan mojego trądziku i innych niedoskonałości tylko się pogarszał po każdym użyciu. Taki mały bubelek, a szkoda, bo nie tak tani - kosztował chyba ok. 11 dolarów.
2. Neutrogena Clear Face - Break-Out Free Liquid Lotion Sunscreen, Broad Spectrum SPF 55. Wybór niektórych produktów w wiodących amerykańskich drogeriach jest mniejszy niż w Polsce, np. masek, mgiełek do włosów czy bezparafinowych balsamów do ciała. Jednak jeśli chodzi o kremy z filtrem, wybór powala na kolana, przynajmniej w Teksasie, gdzie temperatura przez większość roku sięga powyżej 25 stopni, a w lato dochodzi do 40. W Rossmanie pod warszawskim Marriotem uświadczyłam tylko dwóch kremów do twarzy z filtrem wyższym niż 20 SPF, natomiast w CVS w San Antonio naprawdę było z czego wybierać. Zdecydowałam się na jeden z najdroższych (chyba ok. 17$), bo zależało mi na jakości i deklarowanym działaniu. Lekki krem do twarzy z filtrem SPF 55 marki Neutrogena ma nie zawierać żadnych zapychających ani tłustych składników i wytrzymywać kontakt z wodą przez 80 minut.
Jak to wszystko wyszło w praktyce? Gdy skóra jest podrażniona, ten krem potrafi szczypać, na szczęście to uczucie dosyć szybko przemija. Wchłania się do matu, nie zostawia tłustej warstwy, dzięki czemu można wklepać wiele warstw i tym samym zapewnić sobie stuprocentową ochronę. Nie spowodował u mnie żadnego wysypu, raczej mnie nie zapychał, ale jakoś tak po jego nałożeniu wszystkie niedoskonałości były bardziej widoczne, jakby wyłaziły na wierzch... oO'' Nie wiem czego to kwestia, ale czasem tak mam po niektórych preparatach na twarz.
Jeśli chodzi o ochronę przed słońcem, to tak czy siak unikałam ekspozycji na promienie słoneczne, ale mogę powiedzieć, że działa. Trzeba tylko pamiętać o regularnym dokładaniu kremu co najmniej raz na 2 godziny, jak z każdym chemicznym filtrem.
Opakowanie od czegoś się ubrudziło na czarno i pomarańczowo, nie mam pojęcia od czego. Próbowałam je wyczyścić i odrobinę zeszło, ale niestety dalej jest brudne, więc wybaczcie.
4. Crystal Body Deodorant Stick - oczywiście nie jest to typowo "twarzowy" kosmetyk, ale zaraz powiem, dlaczego się tu znalazł. Jest to po prostu ałun w wygodnym sztyfcie - ni mniej, ni więcej. W Rossmanie znalazłam wersję tego dezodorantu z kulce, oczywiście z dodatkowymi składnikami. W CVS znalazłam ten oto kryształ za 5$. Ałun to kryształ, który zapobiega rozwojowi bakterii, przez co używany jest jako ekologiczny dezodorant, bo zapobiega powstawaniu przykrego zapachu (u osób, które mało się pocą :P). Nie podrażnia. Jego bakteriobójcze właściwości można wykorzystać w inny sposób - tuż po goleniu, żeby zapobiec powstawaniu krostek. Można aplikować go na skórę po depilacji na nogach, w okolicach bikini lub na twarzy (wąsik). Natomiast przy trądziku można użyć go na całą twarz, bo wysusza wypryski. Leczy ponoć także opryszczkę. Więcej informacji na przykład na tym blogu. Jest to jedyny dezodorant, który możemy użyć na noc, szczególnie podczas gorących letnich nocy, żeby wstając rano z łóżka nie czuć się aż tak nieprzyjemnie ;)
5. Reviva Labs - krem z 10% kwasem glikolowym (z amerykańskiego internetu)
Mój wyjazd do USA przypadł niestety w tym okresie, kiedy w hurtowniach w całej Polsce zabrakło kremu Acne-Derm z 20% kwasem azelainowym. Został się oczywiście Skinoren, który przy takim samym działaniu kosztuje 2 razy więcej. Gdzieś w internetach wyczytałam, że kwas glikolowy ma takie same działanie jak azelainowy, więc kupiłam sobie ten oto kremik na stronie Swanson. Ma to być kontynuacja kuracji tym kwasem rozpoczęta kremem 5%. Ja, szalona i odważna, od razu zabrałam się za 10%, haha. Skończyło się niestety podrażnieniem i marnymi, ba, może nawet żadnymi efektami! Kwas azelainowy jest jednak sto razy lepszy, bo w przeciwieństwie do tego ustrojstwa szybciej wybiela i ma działanie przeciwbakteryjne. Zresztą każdy, kto stosował, wie :) W sumie nie powinnam się aż tak dziwić, bo producent dedykuje ten krem osobom z cerą dojrzałą, w celu rozjaśnienia przebarwień spowodowanych wiekiem i ekspozycją na słońce (czyli też wiekiem, bo obecni seniorzy i ludzie w średnim wieku nie myśleli nawet o używaniu filtrów, a na pewno nie w takim stopniu, co my dzisiaj).
Skład piękny: wyciągi z rabarbaru, dyni, rumianku, oczaru, witaminy, olej słonecznikowy i wiele innych ekstraktów, ale jednak nie dla młodej cery :) Jeśli ktoś z młodszego pokolenia chce zacząć rozjaśniającą kurację kwasami, lepszy jest azelainowy, lepiej dostępny i tańszy. Natomiast ten kremik do nabycia na stronie Swanson za ok. 15$.
6. Burt's Bees - Radiance eye cream, czyli rozświetlający krem pod oczy z mleczkiem pszczelim.
Świetny krem pod oczy. Ładnie pachnie, bardzo delikatnie - zgaduję, że to zapach inspirowany mleczkiem pszczelim, choć nie wiem, jak ono może pachnieć :) To mój najdroższy do tej pory krem pod oczy - na polskie prawie 50 zł, na szczęście jest bardzo wydajny. Wiem, że dobre kosmetyki tego typu kosztują i więcej, ale jak dla mnie to dużo jak za taki mały słoiczek - tym bardziej, że moja skóra wokół oczu nie jest wcale wymagająca.
Sprawiłam sobie ten kremik ot tak, żeby się trochę porozpieszczać ;) Stosowany regularnie pielęgnuje i delikatnie rozjaśnia skórę pod oczami. Nadaje się pod makijaż, zostawia cienką ochronną warstewkę, ale jest ona dosyć przyjemna i wcale nie tłusta.
Skład długi, ale pełen dobroci. Wystarczy spojrzeć:
7. Pomadki Eos!
Kupiłam w czteropaku za jakieś 8,50$ w Sam's Club. Wyszło ciut taniej, niż pojedynczo. Do wyboru mamy wersję miętową ("słodka mięta"), melonową, truskawkową ("truskawkowy sorbet") i wieloowocową ("letnie owoce").
Wszystkie wyglądają tak jak na zdjęciu. Zapach szczerze mówiąc jest trochę rozczarowujący - zapachy zalatują przeciętnością i sztucznością... Na szczęście działanie jest super. Wydajność też. Dwoma obdarowałam mamę, ale i tak czuję, że te pozostałe dwie będę zużywała w nieskończoność :)
Dla ciekawych składu:
***
Uff, to wreszcie wszystko :) Gratuluję i przepraszam tych, którzy przez to wszystko przebrnęli. Następny wpis będzie poświęcony kolorówce - będzie na pewno krótszy i mniej obszerny niż ten.
Czy coś zwróciło Waszą uwagę? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











