Kliknij poniżej, by obserwować mnie na Bloglovin:
środa, 5 lutego 2014
Jestem na Bloglovin'!
Wiele osób nie może/nie lubi korzystać ze standardowej opcji obserwowania blogów poprzez Bloggera, więc od dziś możecie obserwować mnie na Bloglovin.com :)
niedziela, 2 lutego 2014
Coś dla ciała i duszy, czyli mój plan pielęgnacji na kolejne 3 miesiące
Uff, wreszcie koniec sesji! Tzn. teoretycznie sesja w pełni, ale ja mam już wszystkie egzaminy za sobą. Dlaczego mówię o sesji? Bo sesja i okres przed nią to okres Wielkiego Zaniedbywania. Przede wszystkim siebie, ale też na przykład zaniedbywanie sprzątania ^^; Zawsze mówię, że trzeba mieć priorytety w życiu: albo zdam dobrze egzamin i dzięki temu skończę dobre studia, albo będę miała czyste mieszkanie i nic w sumie z tego nie wyniknie.
Tak więc bardzo zaniedbywałam się przez ostatnie 3 miesiące. Zauważyłam przerzedzenie włosów (po prawej stronie głowy większe niż po lewej - nie wiem, z czego ta różnica może wynikać...), a moją twarz zaatakowały, cóż, straszne rzeczy, nie wspominając o tym, że ciągłe ślęczenie nad książkami lub laptopem nie posłużyło moim plecom. Jak to mówią w reklamach, DOSYĆ TEGO! TAK DŁUŻEJ BYĆ NIE MOŻE! Trzeba wreszcie wziąć się za siebie.
I. WŁOSY
1. Jantar, codziennie. Używam go już od miesiąca, planuję skończyć kurację po 3 miesiącach. Zakupiłam go po przeczytaniu wielu rewelacyjnych opinii na jego temat, szczególnie jeśli chodzi o powodowanie wysypu baby hair. I rzeczywiście, już po 3 tygodniach (bo należy go stosować codziennie przez 3 tygodnie, zrobić kilka dni przerwy i potem znowu 3 tygodnie itd.) zauważyłam dużo nowych, malutkich włosków nad czołem. Zawsze miałam mało włosów, więc mam nadzieję, że z czasem Jantar spowoduje ich zagęszczenie.
Można go dostać w aptekach, ale ja wolę nie ryzykować robienia wycieczek po całej dzielnicy w takim zimnie i po kolana w śniegu, więc korzystam z apteki internetowej doz.pl, która jest tańsza i nie płaci się za koszty przesyłki, bo zamówienie odbiera się osobiście w jednej z pobliskich aptek. Jantar w stacjonarnej aptece kosztuje ok. 16 zł, tutaj link do doz.pl za 12 zł: Jantar na doz.pl
2. Maska z żółtka, rycyny i nafty (i cytryny), raz w tygodniu. Jest to sposób, którym moja babcia kiedyś zabiła mój łupież (a był to naprawdę ciężki przypadek, który powinien skończyć się u dermatologa i antybiotykami, ale moja mama najpierw udała się do babci, co na szczęście okazało się strzałem w dziesiątkę). Dokładniej to używała samej nafty z żółtkiem i cytryną. Jakiś czas temu stosowałam ją regularnie, ale ostatnio jakoś o tym zapomniałam. Co prawda nie mam łupieżu, ale mam problem z wypadaniem włosów, co maska z żółtka, rycyny i nafty potrafi zahamować. Jest to w ogóle niesamowicie odżywcza maska, lepsza niż jakakolwiek kupna. Szczerze mówiąc sama dawno wpadłam na to, żeby połączyć naftę i żółtko z olejem rycynowym, ale babcia przekazała mi wiadomość od swojej fryzjerki, że nie należy łączyć nafty z rycyną. Nie wiem dlaczego. Próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w internecie, niczego takiego nie znalazłam, a wręcz przeciwnie. Po dokładny przepis odsyłam do bloga, na którym go znalazłam: klik!
3. Szampony bez SLS. Czyli w moim przypadku szampony Alterry, bo na nic innego mnie nie stać ^^; Dostępna w Rossmanie, Alterra to jedna z najtańszych linii kosmetyków naturalnych (10 zł za niewielką buteleczkę, ale trzeba polować na promocje).
Dlaczego bez SLS? SLS to inaczej Sodium Laureth Sulfate, kosmetyki go zawierające przeważnie mają go na początku składu. Jest to detergent, który powoduje, że kosmetyk dobrze się pieni. Oprócz szamponów może występować w pastach do zębów czy płynach do higieny intymnej (np. w tych niedrogich, niebieskich od Ziai). Należy go unikać, bo to a) detergent, co samo w sobie źle brzmi, b) może powodować podrażnienia, świąd (kurczę, właśnie przed chwilą umyłam głowę szamponem Garnier Ultra Doux z SLS i non stop się drapię!), c) według niektórych źródeł może być nawet rakotwórczy! Więcej informacji tutaj.
Poza tym zauważyłam, że po umyciu włosów szamponem Alterry i bez nakładania żadnej odżywki, moje włosy wyglądają na mocniejsze i błyszczą się, podczas gdy normalnie są raczej matowe i pozbawione życia.
4. Odżywka: Garnier Fructis Goodbye Damage, Radical Serum Ziołowo-Witaminowe ze skrzypem od Farmony. Po każdym myciu (czyli codziennie :/) potrzebuję jakiejś odżywki ułatwiającej rozczesywanie włosów, bo inaczej jest tragedia i zgrzytanie zębów. Odżywka Garniera świetnie pachnie, ale jeśli chodzi o zapobieganie/naprawianie rozdwojonych końcówek, lepiej spisują się u mnie odżywki Glisskur, pewnie dlatego, że zawierają one ogromne ilości kolagenu, a Fructis nie ma go w ogóle. Natomiast serum regenerujące Farmony kupiłam z nadzieją, że zapobiegnie wypadaniu i łamliwości włosów, ale niczego takiego póki co nie zauważyłam. Problem z tym serum jest też taki, że nie powinno się go spłukiwać, a powoduje to szybsze przetłuszczanie się włosów tłustych. Poza tym zdecydowanie nie ułatwia rozczesywania, a wręcz przeciwnie. Stosuję je więc raz na jakiś czas i efektów jako takich nie zauważam.
5. Płukanka z rumianku, raz w tygodniu. Rumianek działa przeciwzapalnie, a poza tym rozjaśnia włosy. Chcę zobaczyć, jak bardzo rozjaśnią mi się włosy i w sumie tylko o to tu chodzi ^^; Tym bardziej, że olej rycynowy przyciemnia włosy, więc być może dzięki rumiankowi mój kolor pozostanie po prostu niezmieniony.
Ponadto, ponieważ zapuszczam włosy, postanowiłam podejść do tego bardziej metodycznie niż do tej pory. Na przykład poprzez regularne mierzenie przyrostu. Na dzień 1 lutego długość moich włosów to ok. 45 cm. Zobaczymy, jaka będzie długość po miesiącu stosowania wszystkich wymienionych wyżej specyfików i kuracji.
II. SKÓRA
1. Peeling/maseczka owsiana na twarz, dekolt i plecy, raz w tygodniu. Kiedyś ją stosowałam, ale zaprzestałam, bo jest dosyć niewygodna w użyciu - spływa z twarzy. Ogarnęłam sposób na to, żeby utrzymać ją na miejscu: trzeba położyć na nią chusteczki lub kawałki papieru toaletowego. Tak, to działa.
Peeling owsiany wyrównuje koloryt i wygładza skórę. Podobno oczyszcza też pory, ale to chyba tylko w takim stopniu, jak każdy inny peeling.
Podaję link do szerszego wpisu o peelingu owsianym, z kilkoma sposobami przygotowania: klik.
2. Maseczka z kozieradki, raz w tygodniu. Kozieradka świetnie działa na skórę trądzikową, gdyż działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Rozjaśnia też trochę skórę.
Mój przepis na maseczkę z kozieradki to zalanie około 3 łyżeczek zmielonej kozieradki wrzątkiem, ale tak, by woda ledwo zakrywała proszek. Kiedy napęcznieje (daję jej na to ok. pół godziny), dodaję dużo sody, która ma działanie oczyszczające (więcej o sodzie pisałam tu) i nakładam na około 10 minut na twarz, dekolt i plecy. Najlepiej byłoby na 15 minut, ale ciężko mi wytrzymać, bo po pierwsze wszystko strasznie spływa, a po drugie trochę zaczyna mnie szczypać twarz i jest to sygnał, żeby wszystko szybko zmywać ;)
III. CIAŁO
1. Basen, raz w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na basen jako zaliczenie obowiązkowego wfu w tym semestrze. W zeszłym chodziłam tylko na płatne karate, ale pomyślałam sobie, że skoro na karate można chodzić również bez zapisywania się poprzez USOS i w obu przypadkach kosztuje to tyle samo, to czemu nie skorzystać jednocześnie z opcji bezpłatnych? To moja ostatnia szansa na skorzystanie z darmowego basenu! A ja kocham pływać. Plus, nic tak nie pomaga na kondycję jak intensywny trening na pływalni. To dla mnie najlepsze cardio. Jako rozgrzewka na karate mamy bardzo długi trening cardio, ale moja kondycja była lepsza po semestrze basenu niż po semestrze karate. Poza tym, dziewczyny uczęszczające na pływanie mają dozwoloną 1 nieobecność miesięcznie, podczas gdy chodząc na coś, co nie ma związku z wodą, mamy tylko 2 nieobecności na cały semestr ;>
2. Karate, raz w tygodniu. Bardzo fajne zajęcia, te karate, a jakie przydatne! To joga, cardio, pilates i Bóg wie co jeszcze, dzięki którym dodatkowo można przerzucić kogoś przez ramię, a następnie rozkwasić mu nos. Poza tym moja koleżanka, którą poznałam właśnie na karate, nie przepuści mi, jeśli zrezygnuję z treningów ;) To nie jest śmieszne, ona ma zielony pas! Od czarnego dzieli ją tylko brązowy. Więc ten tego, cenię sobie swoje życie. I zęby. ;)
3. Wzmacnianie mięśni brzucha, codziennie. Codziennie oprócz tych dni, w których mam basen lub karate, oczywiście. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno chcę zacząć dziś i ćwiczyć codziennie do połowy lutego, kiedy to zacznie się kolejny semestr, a wraz z nim wyżej wymienione zajęcia.
Ogólnie odkryłam, że o wiele łatwiej mi się ćwiczy w domu jeśli robię to jednocześnie z jakimś filmikiem, czyli tak jakby trenerem, który dodatkowo liczy czas i powtórzenia za mnie, a także powstrzymuje mnie od lenistwa albo krótszego czy niedbałego wykonywania ćwiczeń. Znalazłam świetny kanał na YouTube z mnóstwem filmików profesjonalnych trenerów, na różne partie mięśni. Dostępne są zestawy ćwiczeń dopasowane do ilości czasu, jaki możemy na nie poświęcić, np. 5, 10 czy nawet 20 minut. Kanał nazywa się XHIT Daily, a tutaj jest do niego link.
IV. OD ŚRODKA
1. Herbatka z pokrzywy i skrzypu, codziennie. Wszyscy chyba wiedzą, że pokrzywa pomaga zapobiegać wypadaniu włosów, a skrzyp je wzmacnia. Okazuje się, że napar z pokrzywy ma jeszcze więcej potencjalnych korzyści, o czym dowiedziałam się stąd.
Od dawna chciałam regularnie pić te ziółka, ale po dwóch-trzech dniach zapominałam, albo nie miałam czasu... Teraz zdałam sobie sprawę, że jest jeden boleśnie prosty sposób na zapewnienie regularności: picie jej RANO. Ja codziennie rano piję jakąś herbatę (przeważnie zieloną), więc teraz zwyczajnie zastąpię ją herbatką z pokrzywy. Genialne.
2. Suplement z wapniem. Niedrogi, a wzmocni włosy (niektórym nawet przyspiesza przyrost) i paznokcie, lepiej niż jakaś tam Skrzypowita. Oraz wszystko, co potrzebuje wapnia, np. kości :)
Skrzypowity nie mam zamiaru brać. Kupiłam ją raz. Dzielnie wybrałam wszystkie 40 tabletek - tylko po to, żeby cierpieć codziennie łykając je i nie zauważyć żadnych wspaniałych rezultatów. Producent zapewnia, że po 40 dniach są one właśnie już widoczne. Ale jakichkolwiek efektów by ten suplement nie przyniósł, nie są one warte w moim przekonaniu codziennej agonii spowodowanej paskudnym smakiem tych tabletek i ich gigantycznym rozmiarem. Tabletki niby się łyka, a nie gryzie, ale ich posmak zostaje w ustach i odbija się to z żołądka. No ogólnie masakra. Więc tabletki ziołowe - nie dla mnie.
3. Więcej owsianki. Owsianka ma dobroczynne działanie i jest zdrowsza od płatków śniadaniowych, chociażby dlatego, że jest nieprzetworzona, nie zawiera cukrów i substancji konserwujących niewiadomego pochodzenia. Cheerios z mlekiem są moim ulubionym śniadaniem i rzadko kiedy jem co innego, ale powinnam to zmienić. Czasem rano mam ochotę na coś ciepłego, i to jest ten moment, w którym owsianka przyjdzie mi z pomocą. Znalazłam fajny przepis na niestandardową owsiankę tutaj.
4. Medytacja? Oj, nie wiem, jak mi to wyjdzie... Chciałam zacząć już miesiąc temu no i, ten tego... jeszcze ani razu nie spróbowałam. Ale myślę, że powinnam się skusić na 10 minut medytacji dziennie, gdyż z czasem przynosi ona niesamowite korzyści. Człowiek, który regularnie praktykuje medytację potrafi podejść do spraw życia codziennego z większym dystansem, mniej się stresuje, jest ogólnie bardziej zrelaksowany i potrafi lepiej się skupić na wykonywanych zadaniach. Nawet jeśli to wszystko wydaje się komuś nienaukowymi bredniami, to nic nie zmieni faktu, że 10 minut w ciszy co wieczór to najlepszy rodzaj relaksu i wyciszenia EVER.
Więc to tyle. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Po 3 miesiącach postaram się zrobić podsumowanie. Mam nadzieję, że będę miała co podsumowywać.
Tak więc bardzo zaniedbywałam się przez ostatnie 3 miesiące. Zauważyłam przerzedzenie włosów (po prawej stronie głowy większe niż po lewej - nie wiem, z czego ta różnica może wynikać...), a moją twarz zaatakowały, cóż, straszne rzeczy, nie wspominając o tym, że ciągłe ślęczenie nad książkami lub laptopem nie posłużyło moim plecom. Jak to mówią w reklamach, DOSYĆ TEGO! TAK DŁUŻEJ BYĆ NIE MOŻE! Trzeba wreszcie wziąć się za siebie.
Czuję się, jakby przejechało po mnie 10 czołgów :)
Rysowałam to ze 2 lata temu na podstawie swojego własnego zdjęcia. Oczywiście bez krwi ;)
I. WŁOSY
1. Jantar, codziennie. Używam go już od miesiąca, planuję skończyć kurację po 3 miesiącach. Zakupiłam go po przeczytaniu wielu rewelacyjnych opinii na jego temat, szczególnie jeśli chodzi o powodowanie wysypu baby hair. I rzeczywiście, już po 3 tygodniach (bo należy go stosować codziennie przez 3 tygodnie, zrobić kilka dni przerwy i potem znowu 3 tygodnie itd.) zauważyłam dużo nowych, malutkich włosków nad czołem. Zawsze miałam mało włosów, więc mam nadzieję, że z czasem Jantar spowoduje ich zagęszczenie.
Można go dostać w aptekach, ale ja wolę nie ryzykować robienia wycieczek po całej dzielnicy w takim zimnie i po kolana w śniegu, więc korzystam z apteki internetowej doz.pl, która jest tańsza i nie płaci się za koszty przesyłki, bo zamówienie odbiera się osobiście w jednej z pobliskich aptek. Jantar w stacjonarnej aptece kosztuje ok. 16 zł, tutaj link do doz.pl za 12 zł: Jantar na doz.pl
2. Maska z żółtka, rycyny i nafty (i cytryny), raz w tygodniu. Jest to sposób, którym moja babcia kiedyś zabiła mój łupież (a był to naprawdę ciężki przypadek, który powinien skończyć się u dermatologa i antybiotykami, ale moja mama najpierw udała się do babci, co na szczęście okazało się strzałem w dziesiątkę). Dokładniej to używała samej nafty z żółtkiem i cytryną. Jakiś czas temu stosowałam ją regularnie, ale ostatnio jakoś o tym zapomniałam. Co prawda nie mam łupieżu, ale mam problem z wypadaniem włosów, co maska z żółtka, rycyny i nafty potrafi zahamować. Jest to w ogóle niesamowicie odżywcza maska, lepsza niż jakakolwiek kupna. Szczerze mówiąc sama dawno wpadłam na to, żeby połączyć naftę i żółtko z olejem rycynowym, ale babcia przekazała mi wiadomość od swojej fryzjerki, że nie należy łączyć nafty z rycyną. Nie wiem dlaczego. Próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w internecie, niczego takiego nie znalazłam, a wręcz przeciwnie. Po dokładny przepis odsyłam do bloga, na którym go znalazłam: klik!
3. Szampony bez SLS. Czyli w moim przypadku szampony Alterry, bo na nic innego mnie nie stać ^^; Dostępna w Rossmanie, Alterra to jedna z najtańszych linii kosmetyków naturalnych (10 zł za niewielką buteleczkę, ale trzeba polować na promocje).
Dlaczego bez SLS? SLS to inaczej Sodium Laureth Sulfate, kosmetyki go zawierające przeważnie mają go na początku składu. Jest to detergent, który powoduje, że kosmetyk dobrze się pieni. Oprócz szamponów może występować w pastach do zębów czy płynach do higieny intymnej (np. w tych niedrogich, niebieskich od Ziai). Należy go unikać, bo to a) detergent, co samo w sobie źle brzmi, b) może powodować podrażnienia, świąd (kurczę, właśnie przed chwilą umyłam głowę szamponem Garnier Ultra Doux z SLS i non stop się drapię!), c) według niektórych źródeł może być nawet rakotwórczy! Więcej informacji tutaj.
Poza tym zauważyłam, że po umyciu włosów szamponem Alterry i bez nakładania żadnej odżywki, moje włosy wyglądają na mocniejsze i błyszczą się, podczas gdy normalnie są raczej matowe i pozbawione życia.
4. Odżywka: Garnier Fructis Goodbye Damage, Radical Serum Ziołowo-Witaminowe ze skrzypem od Farmony. Po każdym myciu (czyli codziennie :/) potrzebuję jakiejś odżywki ułatwiającej rozczesywanie włosów, bo inaczej jest tragedia i zgrzytanie zębów. Odżywka Garniera świetnie pachnie, ale jeśli chodzi o zapobieganie/naprawianie rozdwojonych końcówek, lepiej spisują się u mnie odżywki Glisskur, pewnie dlatego, że zawierają one ogromne ilości kolagenu, a Fructis nie ma go w ogóle. Natomiast serum regenerujące Farmony kupiłam z nadzieją, że zapobiegnie wypadaniu i łamliwości włosów, ale niczego takiego póki co nie zauważyłam. Problem z tym serum jest też taki, że nie powinno się go spłukiwać, a powoduje to szybsze przetłuszczanie się włosów tłustych. Poza tym zdecydowanie nie ułatwia rozczesywania, a wręcz przeciwnie. Stosuję je więc raz na jakiś czas i efektów jako takich nie zauważam.
5. Płukanka z rumianku, raz w tygodniu. Rumianek działa przeciwzapalnie, a poza tym rozjaśnia włosy. Chcę zobaczyć, jak bardzo rozjaśnią mi się włosy i w sumie tylko o to tu chodzi ^^; Tym bardziej, że olej rycynowy przyciemnia włosy, więc być może dzięki rumiankowi mój kolor pozostanie po prostu niezmieniony.
Ponadto, ponieważ zapuszczam włosy, postanowiłam podejść do tego bardziej metodycznie niż do tej pory. Na przykład poprzez regularne mierzenie przyrostu. Na dzień 1 lutego długość moich włosów to ok. 45 cm. Zobaczymy, jaka będzie długość po miesiącu stosowania wszystkich wymienionych wyżej specyfików i kuracji.
II. SKÓRA
1. Peeling/maseczka owsiana na twarz, dekolt i plecy, raz w tygodniu. Kiedyś ją stosowałam, ale zaprzestałam, bo jest dosyć niewygodna w użyciu - spływa z twarzy. Ogarnęłam sposób na to, żeby utrzymać ją na miejscu: trzeba położyć na nią chusteczki lub kawałki papieru toaletowego. Tak, to działa.
Peeling owsiany wyrównuje koloryt i wygładza skórę. Podobno oczyszcza też pory, ale to chyba tylko w takim stopniu, jak każdy inny peeling.
Podaję link do szerszego wpisu o peelingu owsianym, z kilkoma sposobami przygotowania: klik.
2. Maseczka z kozieradki, raz w tygodniu. Kozieradka świetnie działa na skórę trądzikową, gdyż działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Rozjaśnia też trochę skórę.
Mój przepis na maseczkę z kozieradki to zalanie około 3 łyżeczek zmielonej kozieradki wrzątkiem, ale tak, by woda ledwo zakrywała proszek. Kiedy napęcznieje (daję jej na to ok. pół godziny), dodaję dużo sody, która ma działanie oczyszczające (więcej o sodzie pisałam tu) i nakładam na około 10 minut na twarz, dekolt i plecy. Najlepiej byłoby na 15 minut, ale ciężko mi wytrzymać, bo po pierwsze wszystko strasznie spływa, a po drugie trochę zaczyna mnie szczypać twarz i jest to sygnał, żeby wszystko szybko zmywać ;)
III. CIAŁO
1. Basen, raz w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na basen jako zaliczenie obowiązkowego wfu w tym semestrze. W zeszłym chodziłam tylko na płatne karate, ale pomyślałam sobie, że skoro na karate można chodzić również bez zapisywania się poprzez USOS i w obu przypadkach kosztuje to tyle samo, to czemu nie skorzystać jednocześnie z opcji bezpłatnych? To moja ostatnia szansa na skorzystanie z darmowego basenu! A ja kocham pływać. Plus, nic tak nie pomaga na kondycję jak intensywny trening na pływalni. To dla mnie najlepsze cardio. Jako rozgrzewka na karate mamy bardzo długi trening cardio, ale moja kondycja była lepsza po semestrze basenu niż po semestrze karate. Poza tym, dziewczyny uczęszczające na pływanie mają dozwoloną 1 nieobecność miesięcznie, podczas gdy chodząc na coś, co nie ma związku z wodą, mamy tylko 2 nieobecności na cały semestr ;>
2. Karate, raz w tygodniu. Bardzo fajne zajęcia, te karate, a jakie przydatne! To joga, cardio, pilates i Bóg wie co jeszcze, dzięki którym dodatkowo można przerzucić kogoś przez ramię, a następnie rozkwasić mu nos. Poza tym moja koleżanka, którą poznałam właśnie na karate, nie przepuści mi, jeśli zrezygnuję z treningów ;) To nie jest śmieszne, ona ma zielony pas! Od czarnego dzieli ją tylko brązowy. Więc ten tego, cenię sobie swoje życie. I zęby. ;)
3. Wzmacnianie mięśni brzucha, codziennie. Codziennie oprócz tych dni, w których mam basen lub karate, oczywiście. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno chcę zacząć dziś i ćwiczyć codziennie do połowy lutego, kiedy to zacznie się kolejny semestr, a wraz z nim wyżej wymienione zajęcia.
Ogólnie odkryłam, że o wiele łatwiej mi się ćwiczy w domu jeśli robię to jednocześnie z jakimś filmikiem, czyli tak jakby trenerem, który dodatkowo liczy czas i powtórzenia za mnie, a także powstrzymuje mnie od lenistwa albo krótszego czy niedbałego wykonywania ćwiczeń. Znalazłam świetny kanał na YouTube z mnóstwem filmików profesjonalnych trenerów, na różne partie mięśni. Dostępne są zestawy ćwiczeń dopasowane do ilości czasu, jaki możemy na nie poświęcić, np. 5, 10 czy nawet 20 minut. Kanał nazywa się XHIT Daily, a tutaj jest do niego link.
IV. OD ŚRODKA
1. Herbatka z pokrzywy i skrzypu, codziennie. Wszyscy chyba wiedzą, że pokrzywa pomaga zapobiegać wypadaniu włosów, a skrzyp je wzmacnia. Okazuje się, że napar z pokrzywy ma jeszcze więcej potencjalnych korzyści, o czym dowiedziałam się stąd.
Od dawna chciałam regularnie pić te ziółka, ale po dwóch-trzech dniach zapominałam, albo nie miałam czasu... Teraz zdałam sobie sprawę, że jest jeden boleśnie prosty sposób na zapewnienie regularności: picie jej RANO. Ja codziennie rano piję jakąś herbatę (przeważnie zieloną), więc teraz zwyczajnie zastąpię ją herbatką z pokrzywy. Genialne.
2. Suplement z wapniem. Niedrogi, a wzmocni włosy (niektórym nawet przyspiesza przyrost) i paznokcie, lepiej niż jakaś tam Skrzypowita. Oraz wszystko, co potrzebuje wapnia, np. kości :)
Skrzypowity nie mam zamiaru brać. Kupiłam ją raz. Dzielnie wybrałam wszystkie 40 tabletek - tylko po to, żeby cierpieć codziennie łykając je i nie zauważyć żadnych wspaniałych rezultatów. Producent zapewnia, że po 40 dniach są one właśnie już widoczne. Ale jakichkolwiek efektów by ten suplement nie przyniósł, nie są one warte w moim przekonaniu codziennej agonii spowodowanej paskudnym smakiem tych tabletek i ich gigantycznym rozmiarem. Tabletki niby się łyka, a nie gryzie, ale ich posmak zostaje w ustach i odbija się to z żołądka. No ogólnie masakra. Więc tabletki ziołowe - nie dla mnie.
3. Więcej owsianki. Owsianka ma dobroczynne działanie i jest zdrowsza od płatków śniadaniowych, chociażby dlatego, że jest nieprzetworzona, nie zawiera cukrów i substancji konserwujących niewiadomego pochodzenia. Cheerios z mlekiem są moim ulubionym śniadaniem i rzadko kiedy jem co innego, ale powinnam to zmienić. Czasem rano mam ochotę na coś ciepłego, i to jest ten moment, w którym owsianka przyjdzie mi z pomocą. Znalazłam fajny przepis na niestandardową owsiankę tutaj.
4. Medytacja? Oj, nie wiem, jak mi to wyjdzie... Chciałam zacząć już miesiąc temu no i, ten tego... jeszcze ani razu nie spróbowałam. Ale myślę, że powinnam się skusić na 10 minut medytacji dziennie, gdyż z czasem przynosi ona niesamowite korzyści. Człowiek, który regularnie praktykuje medytację potrafi podejść do spraw życia codziennego z większym dystansem, mniej się stresuje, jest ogólnie bardziej zrelaksowany i potrafi lepiej się skupić na wykonywanych zadaniach. Nawet jeśli to wszystko wydaje się komuś nienaukowymi bredniami, to nic nie zmieni faktu, że 10 minut w ciszy co wieczór to najlepszy rodzaj relaksu i wyciszenia EVER.
Więc to tyle. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Po 3 miesiącach postaram się zrobić podsumowanie. Mam nadzieję, że będę miała co podsumowywać.
niedziela, 5 stycznia 2014
Szydełkowa czapka 2
Jakiś czas temu wydziergałam kolejną szydełkową czapkę (pierwsza tu: klik), tym razem dla mnie. Wyszła trochę przyduża. Jest ok, wygląda ok (jak już sobie ją wreszcie jako tako ułożę na głowie), ale w wersji mniejszej będzie idealna. Skąd to wiem? Bo zamieściłam tą ofertę na Etsy (do obczajenia tutaj - klik), jedna osoba zamówiła wersję fioletową, zrobiłam ją z trochę cieńszej włóczki (wełnianej), trochę mniejszym szydełkiem i wyszła też trochę mniejsza, a sto razy lepsza. (Jej nowa właścicielka też jest przeszczęśliwa.)
Poniżej trochę zdjęć poglądowych mojej własnej osobistej czapki:
Mam w planach jeszcze komplecik zielony, ale już trochę inny - albo wzorem muszelkowym, albo ściągaczowym, zobaczymy, co będzie ładniej wyglądało na tej włóczce. Póki co sesja i zaliczenia zbliżają się wielkim krokiem... Mam tyle do zrobienia i nauczenia, że nie wiem od czego zacząć... więc nie zaczynam w ogóle! :D Ale czas to zmienić. Referaty same się nie napiszą, a bez nich nie zaliczę przedmiotu. Tak więc pora spiąć pośladki i zabrać się do roboty. Dwa i pół tygodnia przerwy świątecznej przeleciało obok nie wiadomo kiedy... Czy tylko ja tak mam?
A, i zapomniałabym - Szczęśliwego Nowego Roku 2014! :)
Poniżej trochę zdjęć poglądowych mojej własnej osobistej czapki:
Jakiś czas po skończeniu tej czapki odkryłam, że istnieje wzór ściągaczowy na szydełko, więc kiedy już zabiorę się do prucia tego dzieła i szydełkowania go od nowa, zamiast oczek ścisłych użyję właśnie tego wzoru (czyli jeden słupek reliefowy od przodu, jeden od tyłu; reliefowy = owijany wokół słupka poprzedniego rzędu zamiast robiony w kolejnym oczku. Prostsze niż się wydaje, a jakoś tak mało osób o tym wie! :] )
Mam w planach jeszcze komplecik zielony, ale już trochę inny - albo wzorem muszelkowym, albo ściągaczowym, zobaczymy, co będzie ładniej wyglądało na tej włóczce. Póki co sesja i zaliczenia zbliżają się wielkim krokiem... Mam tyle do zrobienia i nauczenia, że nie wiem od czego zacząć... więc nie zaczynam w ogóle! :D Ale czas to zmienić. Referaty same się nie napiszą, a bez nich nie zaliczę przedmiotu. Tak więc pora spiąć pośladki i zabrać się do roboty. Dwa i pół tygodnia przerwy świątecznej przeleciało obok nie wiadomo kiedy... Czy tylko ja tak mam?
A, i zapomniałabym - Szczęśliwego Nowego Roku 2014! :)
niedziela, 1 grudnia 2013
Decoupage 2 - pudełko z przyborami
Skromny decoupage, czyli sztuka ozdabiania przedmiotów, podejście drugie.
Tym razem postanowiłam ozdobić pudełko, w którym trzymam swoje przybory do włosów, czyli gumki i spinki.
Tym razem postanowiłam ozdobić pudełko, w którym trzymam swoje przybory do włosów, czyli gumki i spinki.
W poprzednim wcieleniu było ono pudełkiem na patyczki do uszu.
I to z Biedronki.
Postanowiłam więc wykorzystać niewykorzystaną wstążkę, którą kupiłam na inną okazję, klej do tkanin/biżuterii i coś jeszcze, ale o tym później.
Klej z empiku za jakieś 7 zł. Do pełnego zaschnięcia potrzebuje aż 3 dni (72 godziny), a do takiego niepełnego (ale wystarczająco, żeby to, co ma się trzymać, się trzymało) kilku godzin.
Ucięłam więc potrzebny mi kawałek wstążki. Niestety, jakkolwiek bym nie cięła, końce zawsze będą nieładne.
Postanowiłam więc podwinąć je do wewnątrz:
I voila, brzydkich końców nie widać. Klej trochę przebija, bo mokry, ale wyschnie i nie będzie widać. Mam nadzieję.
No i czas na oklejanie całości pudełka. Z przodu zostawiłam taki ogonek, żeby unosząc go do góry można było otworzyć wieczko.
I jak się okazało, mimo że wstążka była bardzo szeroka, nie zdołała zakryć na wpół zdartej etykiety po patyczkach. A jeśli ktoś powie, że można ją było po prostu całkowicie zdrapać lub odmoczyć w wodzie... Tak, wiem. Ale mi się nie chciało. Za dużo roboty jak dla mnie. Lepiej przysporzyć sobie więcej roboty. Ale jaki efekt!
Tak więc coś z tym trzeba było zrobić.
Mam cały woreczek kamieni (a raczej kamyków) półszlachetnych. Wiele z nich jest bardzo małych i nieregularnych, nienadających się na biżuterię.
Postanowiłam je więc jakoś zużytkować.
Kamyczki też przykleiłam na klej.
Pudełko wyszło dosyć gustownie i elegancko, czyż nie?
Na pewno 100 razy lepiej niż jak było stare i obdarte. Tzn. cały czas jest stare, ale już nie obdarte ;)
piątek, 15 listopada 2013
Risotto curry z kurczakiem i warzywami
Od kiedy postanowiłam zdrowiej się odżywiać, częściej zaczęłam przyrządzać dania, które nazywam risotto, ale w sumie nie znam definicji tego, czym jest risotto i nie wiem, czy te moje wymysły można tak nazwać, ale tak mi się wydaje...
Generalnie mój schemat myślowy w tym względzie wygląda tak:
--> ma ryż?
a) tak = risotto
b) nie = nie risotto
Więc ten, tego...
Oto widok całości:
I zbliżenie na brokuła:
Sposób przygotowania:
Chyba nie trzeba tego tłumaczyć, bo danie jest tak proste, że nawet facet będzie wiedział, jak je przygotować... (Oczywiście bez obrazy! Najlepsi szefowie kuchni to przeważnie panowie!)
Wytłumaczę sposób przygotowania w sposób niestandardowy, ufając, że to, co niedopowiedziane, jest dla czytelnika oczywiste :P
1. Ugotowałam ryż w wodzie z solą i dużą ilością pieprzu i curry, żeby ryż wchłonął w siebie te przyprawy. Aczkolwiek mam wrażenie, że ryż pełnoziarnisty nie wchłania przypraw tak dobrze, jak zwykły.
Poza tym zawsze gotuję ryż o wiele dłużej niż zaleca producent... Czy to tylko moje wrażenie czy producenci nigdy nie próbują jeść własnego ryżu?
2. Standardowy sposób przygotowania kawałków kurczaka to smażenie go na niewielkiej ilości oleju, ale ja przeważnie gotuję go w niewielkiej ilości wody, do której dodatkowo wsypuję przyprawy, głównie sól i pieprz. Efekt jest podobny, a kalorii (chyba) mniej. Zima idzie, co oznacza, że brzuch i dupsko rosną nieubłaganie... :(
Dziś jednak uznałam, że yolo i podsmażyłam mięso na mieszance oleju i oliwy. Podobno niezdrowo smażyć na oliwie, bo coś tam się wydziela... Ale, jak już wspomniałam, YOLO.
3. Jeśli chcę dodać gotowane warzywa (a zawsze chcę :D), to w celu oszczędzenia wody i ilości garnków na kuchence wrzucam je po prostu do gotującego się ryżu (warzywa, nie garnki!). I tak się potem wszystko wymiesza.
4. Wszystko mieszam na patelni - lub woku, gdy porcja jest duża (tak właściwie to to chyba frytkownica, ale ja nie widzę różnicy...). Żeby nie było za sucho (a ryż pełnoziarnisty wydaje mi się wyjątkowo suchy!), wlewam na patelnię najpierw oliwę z odrobiną oleju. Dodaję do tego ugotowanego kurczaka, następnie warzywka, a na końcu mieszam wszystko z ryżem.
5. Warzywa i inne dodatki, które nie wymagają gotowania, czyli groszek, rodzynki, chilli (bardzo drobno pokrojona), papryka czy oliwki dodaję od razu do mięsa, przed wsypaniem ryżu na patelnię. Wtedy te dodatki lepiej się ugrzeją, usmażą czy co tam. I mięso złapie trochę imbirowego aromatu :)
6. Po wymieszaniu wszystkiego z ryżem, dodaję jeszcze drugie tyle curry i pieprzu, bo naprawdę mam wrażenie, że ciemny ryż nie ma żadnego smaku i sypie się na niego przyprawy jak w czarną dziurę...
7. Niestety nie miałam sosu sojowego, ale jestem przekonana, że poprawiłby walory smakowe. Zamiast tego dolałam trochę więcej oliwy do całego dania. Ale i tak było mniamuśne :)
Przygotowanie całego dania zajmuje maks. 40 minut, a jest to suma czasu, który jest potrzebny na zagotowanie się wody do ryżu, ugotowanie się ryżu (bo wszystko inne można robić w międzyczasie) i połączenie wszystkiego pod koniec. Uwielbiam takie proste, nieskomplikowane dania, które w dodatku można zrobić z tego, co akurat jest w lodówce :)
Generalnie mój schemat myślowy w tym względzie wygląda tak:
--> ma ryż?
a) tak = risotto
b) nie = nie risotto
Więc ten, tego...
Oto widok całości:
I zbliżenie na brokuła:
Jak to przygotowałam?
Składniki:
- ryż pełnoziarnisty (jest podobno zdrowszy, ale walorów smakowych szczerze mówiąc nie potrafię dostrzec... Zwykły ryż jest o wiele smaczniejszy, przynajmniej moim zdaniem)
- pierś z kurczaka
- curry
- dowolne przyprawy do kurczaka - ja użyłam ziół prowansalskich, pieprzu, curry, imbiru, przyprawy do kurczaka (która ma w swoim składzie głównie czosnek, paprykę i coś tam jeszcze, plus sól, dlatego mięso nie wymaga już solenia), rozmaryn... (tak, zawsze daję baaardzo dużo przypraw)
- świeży imbir (obrany i drobno pokrojony)
- oliwa i olej do smażenia kurczaka i "zwilgotnienia" całego dania
- brokuły
- groszek zielony z puszki
- ewentualnie sos sojowy (ja chciałam go użyć, ale okazało się, że jednak go nie mam, więc było bez)
- ewentualnie papryczka chilli (dla mnie było wystarczająco ostre bez ;))
- ewentualnie marchewka (zwykle dodaję ją do moich "risottów", ale dziś mi się nie chciało)
- ewentualnie rodzynki (z racji obecności dużych ilości przyprawy curry, danie robi się nieco orientalne, więc rodzynki jak najbardziej pasują)
- ewentualnie czerwona papryka słodka (ja tym razem nie dałam, bo papryka, którą akurat mam w lodówce, ma dosyć grubą skórkę i po podsmażeniu jest jeszcze gorzej)
Chyba nie trzeba tego tłumaczyć, bo danie jest tak proste, że nawet facet będzie wiedział, jak je przygotować... (Oczywiście bez obrazy! Najlepsi szefowie kuchni to przeważnie panowie!)
Wytłumaczę sposób przygotowania w sposób niestandardowy, ufając, że to, co niedopowiedziane, jest dla czytelnika oczywiste :P
1. Ugotowałam ryż w wodzie z solą i dużą ilością pieprzu i curry, żeby ryż wchłonął w siebie te przyprawy. Aczkolwiek mam wrażenie, że ryż pełnoziarnisty nie wchłania przypraw tak dobrze, jak zwykły.
Poza tym zawsze gotuję ryż o wiele dłużej niż zaleca producent... Czy to tylko moje wrażenie czy producenci nigdy nie próbują jeść własnego ryżu?
2. Standardowy sposób przygotowania kawałków kurczaka to smażenie go na niewielkiej ilości oleju, ale ja przeważnie gotuję go w niewielkiej ilości wody, do której dodatkowo wsypuję przyprawy, głównie sól i pieprz. Efekt jest podobny, a kalorii (chyba) mniej. Zima idzie, co oznacza, że brzuch i dupsko rosną nieubłaganie... :(
Dziś jednak uznałam, że yolo i podsmażyłam mięso na mieszance oleju i oliwy. Podobno niezdrowo smażyć na oliwie, bo coś tam się wydziela... Ale, jak już wspomniałam, YOLO.
3. Jeśli chcę dodać gotowane warzywa (a zawsze chcę :D), to w celu oszczędzenia wody i ilości garnków na kuchence wrzucam je po prostu do gotującego się ryżu (warzywa, nie garnki!). I tak się potem wszystko wymiesza.
4. Wszystko mieszam na patelni - lub woku, gdy porcja jest duża (tak właściwie to to chyba frytkownica, ale ja nie widzę różnicy...). Żeby nie było za sucho (a ryż pełnoziarnisty wydaje mi się wyjątkowo suchy!), wlewam na patelnię najpierw oliwę z odrobiną oleju. Dodaję do tego ugotowanego kurczaka, następnie warzywka, a na końcu mieszam wszystko z ryżem.
5. Warzywa i inne dodatki, które nie wymagają gotowania, czyli groszek, rodzynki, chilli (bardzo drobno pokrojona), papryka czy oliwki dodaję od razu do mięsa, przed wsypaniem ryżu na patelnię. Wtedy te dodatki lepiej się ugrzeją, usmażą czy co tam. I mięso złapie trochę imbirowego aromatu :)
6. Po wymieszaniu wszystkiego z ryżem, dodaję jeszcze drugie tyle curry i pieprzu, bo naprawdę mam wrażenie, że ciemny ryż nie ma żadnego smaku i sypie się na niego przyprawy jak w czarną dziurę...
7. Niestety nie miałam sosu sojowego, ale jestem przekonana, że poprawiłby walory smakowe. Zamiast tego dolałam trochę więcej oliwy do całego dania. Ale i tak było mniamuśne :)
Przygotowanie całego dania zajmuje maks. 40 minut, a jest to suma czasu, który jest potrzebny na zagotowanie się wody do ryżu, ugotowanie się ryżu (bo wszystko inne można robić w międzyczasie) i połączenie wszystkiego pod koniec. Uwielbiam takie proste, nieskomplikowane dania, które w dodatku można zrobić z tego, co akurat jest w lodówce :)
sobota, 2 listopada 2013
Pudełko decoupage
Nigdy nie rozumiałam fascynacji decoupagem. "Czemu ludzie w ogóle robią takie rzeczy?" - pytałam za każdym razem, kiedy mijałam dział z rzeczami do decoupagu w empiku. Aż pewnego dnia odkryłam, że sama muszę się do tej techniki uciec.
Potrzebowałam zrobić oryginalne i ładne pudełko dla mojego chłopaka na urodziny, stanęłam więc przed dylematem: jak ozdobić pudełko tak, by facet nie wstydził się, trzymając je w ręku? Uznałam, że utrzymanie go w tonacjach szarości zdecydowanie pomoże. Chciałam okleić wierzch ciemną grafitową wstążką, żeby było prosto i po męsku, ale w ostatniej chwili okazało się, że nie było tak ciemnej wstążki w pasmanterii i musiałam uciec się do białej koronki, więc wyszło trochę... gejowo, ale (z zaciśniętymi zębami) dało się wytrzymać (będąc mężczyzną oczywiście, bo dziewczynie pewnie byłoby wszystko jedno).
Tak więc - work in progress, krok po kroku w zdjęciach:
Potrzebowałam zrobić oryginalne i ładne pudełko dla mojego chłopaka na urodziny, stanęłam więc przed dylematem: jak ozdobić pudełko tak, by facet nie wstydził się, trzymając je w ręku? Uznałam, że utrzymanie go w tonacjach szarości zdecydowanie pomoże. Chciałam okleić wierzch ciemną grafitową wstążką, żeby było prosto i po męsku, ale w ostatniej chwili okazało się, że nie było tak ciemnej wstążki w pasmanterii i musiałam uciec się do białej koronki, więc wyszło trochę... gejowo, ale (z zaciśniętymi zębami) dało się wytrzymać (będąc mężczyzną oczywiście, bo dziewczynie pewnie byłoby wszystko jedno).
Tak więc - work in progress, krok po kroku w zdjęciach:
Kupiłam takie oto drewniane pudełko w empiku, nie pamiętam już za ile, ale chyba około 10 zł, a więc jak na empik - TANIOCHA.
Tak wygląda w środku:
Czy wspomniałam już, że empik jest cholernie drogi?
(To moje własne, zwykłe akrylowe farby, kupione lata temu w sklepie plastycznym. Aczkolwiek ta duża biała farba jest chyba z empika... Nie byłam w stu procentach pewna, czy będą dobrze schły na drewnie, ale zauważyłam, że farby "do decoupagu" są właśnie akrylowe, więc zaryzykowałam.)
Najpierw pomalowałam białą farbą wnętrze pudełka.
Efekt nie był idealny... Ale postarałam się malować pędzlem w jednym kierunku, żeby jakoś to wyglądało. Później pomalowałam farbą jeszcze raz, ale pociągnięcia pędzla cały czas były widoczne.
W ten sposób mieszałam farby: na jakiejś folijce, w której przyszły moje zamówione przez internet ubrania.
A to dlatego, że chciałam uzyskać konkretny efekt (niejednolity odcień szarości):
Aczkolwiek na pudełku te różnice nie były aż tak dobrze widoczne, niestety.
Dokładność nie jest moją mocną stroną...
Później musiałam zdrapywać farbę z tego zamknięcia... wykałaczką...
Powtarzam: zdaję sobie sprawę, że dokładność nie jest moją mocną stroną! XD
Następnie pomalowałam wewnętrzne krawędzie czarną farbą. Tu już musiałam być ostrożna... chociaż nie obeszło się bez poprawek.
Lepiej nie będzie.
W przypływie geniuszu uznałam, że dobrze byłoby zużyć niechciany lakier do paznokci, by nadać wnętrzu pudełka perłowy połysk...
Kosztował kilka złotych w Rossmanie, i nieważne ile warstw lakieru nałoży się na paznokcie, efekt zawsze jest słaby - perłowy połysk. Tzn. nie jest to kolor kryjący, a ja tylko takie uznaję. :)
Jak się później okazało, lakier wyglądał tak samo beznadziejnie na pudełku, jak i na paznokciach... Perłowy połysk był ledwo zauważalny. Jedyne, co było zauważalne, i to bardzo, to... zapach. D:
Strasznie dawał po nozdrzach, nie znikł nawet po kilkudniowym wietrzeniu. Próbowałam zniwelować to jakoś perfumami, ale jak się domyślacie, efekt był marny.
Niestety nie dysponuję zdjęciami ilustrującymi "efekt masy perłowej" (lol), bo chyba je gdzieś posiałam. Może pewnego dnia znajdę je zawieruszone w jakimś folderze i wstawię. Ale podejrzewam, że mój stary aparat nie był w stanie tego tak czy siak uchwycić.
A oto i efekt końcowy:
Jak widzicie, wykałaczka zdała egzamin. :D
Widok z góry:
Nie mam doświadczenia w szydełkowaniu koronek, więc efekt może nie być powalający... Korzystałam oczywiście z gotowego szablonu z gazetki, którą nabyłam wieki temu... Dokładnie to w 2007, a więc 6 lat temu. Wow...
No. I tak to właśnie wygląda.
A co było w środku?
Nasz inside joke ;)
niedziela, 27 października 2013
Szydełkowa czapka i szalik
Jakiś czas temu zrobiłam dla mojej babci tę oto czapkę i szaliczek, ale dopiero teraz udało mi się je sfotografować. Na żywym modelu wszystko wygląda inaczej, ale niestety to ja musiałam za niego posłużyć...
Najpierw artystyczna focia "work in progress":
Najpierw artystyczna focia "work in progress":
(Zdjęcie zrobione moim nowym aparatem, który dostałam od mojego chłopaka na urodziny, jest naprawdę ŚWIETNY. W sensie aparat. A i chłopak też. ;D)
A teraz efekt końcowy:
Bazowałam na wzorze z gazetki z "modą" na szydełko, którą kupiłam w empiku. Całkiem ładny, nieco ażurowy wzór. Zrobiłam to wszystko z włóczki akrylowej, czyli takiej na jesień i ewentualnie niezbyt mroźną zimę, bo tak chciała babcia. Robię też podobną czapkę dla siebie, ale z innej włóczki, nieco grubszej i cieplejszej. Jasnoróżowej, a co :3 Żebym jeszcze tylko miała na to czas... Bo jeśli będę ciągle tak zajęta jak ostatnio, to zanosi się na to, że efektów mojej pracy w tym roku już nie ponoszę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






