niedziela, 16 marca 2014

Nadziewane pieczarki z indykiem


Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, ale słowo "nadziewane" w nazwie potrawy sygnalizuje dla mnie szalony przepych, luksus, wyśmienity smak i takie tam; homar nadziewany kawiorem, o ile takie coś w ogóle da się zrobić... Wiecie, o co mi chodzi. ;) 
Faktem jest, że rzeczy "nadziewane" są o wiele bardziej pracochłonne niż np. prosty schabowy. Ale to danie jest bardzo łatwe i dosyć szybkie, a pozwala nam cieszyć się tym, że przygotowaliśmy coś "nadziewanego". To brzmi dumnie :)

Podpatrzyłam ten przepis w programie "Doradca smaku", bodajże na TVP1, tylko że tam te pieczarki podane były jako przekąska sama w sobie, z jakimś dipem. Oprócz tego pan kucharz użył mięsa mielonego, suszonych pomidorów i czegoś tam jeszcze. Ja użyłam świeżych pomidorów, bo za suszonymi nie przepadam, a miałam spore opakowanie pomidorków cherry, które niedługo by zgniły, bo nie było komu ich jeść. Zamiast mielonego mięsa, bardzo drobno pokroiłam kawałek sznycelka z indyka (lepsza byłaby chyba pierś, bo sznycel jest dosyć suchy, ale akurat to miałam w lodówce). Poza tym - kto by kupował składniki specjalnie do jednego dania, które może, ale nie musi okazać się dobre...



Składniki (na 2 osoby):
- kawałek piersi/sznycla z indyka (lub mięso mielone z indyka)
- 12-14 większych, okrągłych pieczarek*
- 8 pomidorków cherry (lub suszone pomidory)
- trochę kukurydzy z puszki, albo groszku, albo co kto tam sobie chce dorzucić :)
- przyprawy: tymianek, zioła prowansalskie, bazylia, sól, pieprz
- plasterek sera żółtego
- opcjonalnie: ząbek czosnku

*mówię "okrągłych", bo dziko rosnące pieczarki, które wiele osób lubi zbierać (moja mama...) mają proste kapelusze, które - wiadomo - nie nadają się do nadziewania farszem :)


Przygotowanie:
Mięso bardzo drobno kroimy, dodajemy przyprawy, smażymy krótko na wolnym ogniu.
Pieczarki obieramy, wyrzucamy ogonki. Za pomocą łyżeczki albo specjalnego narzędzia do drążenia, DELIKATNIE wydrążamy (?) wnętrze pieczarek. Jak się chce i nie ma się drewnianych rączek (a jak się na sobie przekonałam, to warunek konieczny), można "pogłębić" dziurę, czyli wydrążyć nie tylko blaszki, ale też wyskrobać trochę dna kapelusza.
Wydrążoną zawartość grzybów wrzucamy do smażącego się mięsa.
Pomidorki kroimy na 4 części, wrzucamy do mięsa, kukurydzę też.
Połowę lub całość (dla odważnych) ząbka czosnku kroimy w bardzo malutkie kawałeczki i też dodajemy do smażącego się powoli farszu.
Kapelusze grzybów trochę posolić, można podsmażyć chwilę na patelni, ale wtedy znacznie zmniejszą swój rozmiar i wejdzie w nie o wiele mniej farszu. W takim wypadku należy użyć więcej pieczarek :) Można też od razu posolone grzyby włożyć do żaroodpornego naczynia wysmarowanego tłuszczem (np. olejem z pestek winogron, bo nie ma charakterystycznego "olejowego" smaku, jaki pozostawia np. olej rzepakowy), nałożyć hojną porcję farszu i przykryć ją kawałkiem sera żółtego. Następnie należy zapiekać wszystko przez 20 minut, jeśli włożyliśmy surowe pieczarki, lub 10 minut, jeśli włożyliśmy pieczarki wstępnie podsmażone, w temperaturze ok. 180-200 stopni. Jeśli mamy taką możliwość, dobrze jest ustawić grzanie od spodu.




W międzyczasie możemy przygotować ryż lub kaszę oraz surówkę. Mój ryż jest pomarańczowy, bo wsypałam do niego łyżeczkę słodkiej i pół łyżeczki ostrej papryki. A surówka jest produkcji mojej babci. Jest to połowicznie ukiszona kapusta. Sto razy wolę taką od zwykłej surówki z kapusty kiszonej :)



I voila! Teraz i Ty możesz poczuć się jak szef wykwintnej kuchni, serwując przepyszne nadziewane pieczarki :)

niedziela, 9 marca 2014

Oczyszczająca maseczka malinowa z H&M - czy warto?


Kilka dni temu wybrałam się z mamą do H&M, czego zwykle nie robię. Tzn. ani nie wybieram się z moją mamą na zakupy, ani nie chodzę zbyt często do H&M. Zaciekawiła mnie półka z maseczkami. Wiele marek odzieżowych ma swoje własne kosmetyki do makijażu, lakiery do paznokci, ale maseczki? Postanowiłam wypróbować jedną z nich, i za 4,90 zł stałam się posiadaczką oczyszczającej maseczki "malinowy koktajl".

Jest to hojna porcja (12 ml), szczególnie w porównaniu z niektórymi np. Garniera w podobnych opakowaniach, które są zwykle po 6 ml. Tak więc można by ją użyć na 2 razy, ale ja postanowiłam zużyć wszystko na raz, by na 100% poczuć efekt :) 


Dopiero po dotarciu do domu przeczytałam skład, który delikatnie mówiąc nie powalił mnie na kolana przez zawartość barwnika, niezidentyfikowanej mieszanki zapachowej i wielu konserwantów. Zawiera też jednak glinkę kaolin, sól z Morza Martwego, masełko z pestek mango, olejek z pestek brzoskwini, moreli oraz granatu, ekstrakt z malin, aloes, a także witaminę E, która jednak chyba miała pełnić rolę konserwantu niż czegoś dla cery. Reszta to cała masa chemikaliów, więc skład raczej nie jest zbyt naturalny.


Po otworzeniu doleciał mnie chemiczny zapach bezskutecznie usiłujący imitować zapach malin i innych owocków, które tam miały rzekomo być... Na początku wydawał mi się neutralny, ale po minucie zaczął być coraz bardziej nieznośny, a musicie wiedzieć, że jestem osobą, która zniesie wszystko jeśli chodzi o zapach. Żadne zioła, maści, olejki czy cuchnące wcierki nie są w stanie mnie odstraszyć. Z wyjątkiem maseczki od H&M... Przyznam się bez bicia, że w tym momencie, zanim jeszcze ją zmyłam, totalnie ją skreśliłam. Myślałam, że ta recenzja będzie w stu procentach negatywna.

A jednak! Potrzymałam 15 minut, jak zaleca producent, zmyłam i co ja pacze? Skóra została faktycznie całkiem nieźle oczyszczona! Aczkolwiek podejrzewam, że to zasługa tylko i wyłącznie glinki kaolin. Reszta składu po prostu tam sobie jest, siedzi i pachnie (w dodatku niezbyt atrakcyjnie), ale raczej nic nie robi. Nie zauważyłam, żeby koloryt cery jakoś się ożywił (a tak się ponoć miało stać).

Po zmyciu maseczki nakleiłam na nos i czoło te takie plasterki, które się potem odkleja razem z wągrami. Brzmi to ohydnie, ale to najskuteczniejsza i najbardziej higieniczna metoda oczyszczania nosa i większość osób na pewno chociaż raz w życiu tego próbowała. Otóż ta maseczka tak dobrze otworzyła pory i usunęła martwy naskórek, że ten plasterek zebrał niezłe żniwo! Dzięki temu mój nos i czoło zostały oczyszczone tak, jak dosłownie nigdy.

Ciekawe, czy taki sam efekt uzyskałabym używając tylko połowy opakowania. Jeśli tak, to jest to dosyć opłacalna inwestycja - jedno użycie kosztowałoby 2,45 zł, podczas gdy maseczka z niebieską glinką z Ganiera kosztuje ok. 4 zł za jedno użycie. Chociaż szkoda, że w składzie jest tyle chemii. Poza tym, sądziłam - trochę może naiwnie - że skoro ta maseczka nazywa się "raspberry smoothie", to że znajdę tam, no, zmiksowane maliny, i resztę tych owoców na opakowaniu. A tu się okazuje, że to tylko "ekstrakt", i to gdzieś na dziesiątym miejscu. A zapach też nie bierze się z tych malinek, tylko z "Parfum". No cóż.

Myślę, że raz na jakiś czas można sobie pozwolić na mocniejsze, "chemiczne" oczyszczenie, pomiędzy jedną maseczką z kozieradki a drugą :)

sobota, 8 marca 2014

Promocja z okazji Dnia Kobiet!

Z okazji Dnia Kobiet wszystkie Panie mogą skorzystać ze zniżki 40% na biżuterię i fotografię w moim skromnym sklepiku na Etsy.com, wystarczy wpisać kod promocyjny przy płaceniu: KOBIET2014.


Ceny i tak są dosyć niskie (10 - 20 zł za parę kolczyków), więc z rabatem obniżającym cenę prawie o połowę wychodzi prawie że darmocha :) Przypominam, że dla mieszkanek Warszawy istnieje opcja darmowej dostawy, czyli odbiór osobisty :)

Link do sklepu: klik!

Poniżej przykłady rzeczy, które można u mnie znaleźć:










Zapraszam :)





środa, 5 lutego 2014

Jestem na Bloglovin'!

Wiele osób nie może/nie lubi korzystać ze standardowej opcji obserwowania blogów poprzez Bloggera, więc od dziś możecie obserwować mnie na Bloglovin.com :)


Kliknij poniżej, by obserwować mnie na Bloglovin:

niedziela, 2 lutego 2014

Coś dla ciała i duszy, czyli mój plan pielęgnacji na kolejne 3 miesiące

Uff, wreszcie koniec sesji! Tzn. teoretycznie sesja w pełni, ale ja mam już wszystkie egzaminy za sobą. Dlaczego mówię o sesji? Bo sesja i okres przed nią to okres Wielkiego Zaniedbywania. Przede wszystkim siebie, ale też na przykład zaniedbywanie sprzątania ^^; Zawsze mówię, że trzeba mieć priorytety w życiu: albo zdam dobrze egzamin i dzięki temu skończę dobre studia, albo będę miała czyste mieszkanie i nic w sumie z tego nie wyniknie.
Tak więc bardzo zaniedbywałam się przez ostatnie 3 miesiące. Zauważyłam przerzedzenie włosów (po prawej stronie głowy większe niż po lewej - nie wiem, z czego ta różnica może wynikać...), a moją twarz zaatakowały, cóż, straszne rzeczy, nie wspominając o tym, że ciągłe ślęczenie nad książkami lub laptopem nie posłużyło moim plecom. Jak to mówią w reklamach, DOSYĆ TEGO! TAK DŁUŻEJ BYĆ NIE MOŻE! Trzeba wreszcie wziąć się za siebie.



Czuję się, jakby przejechało po mnie 10 czołgów :)
Rysowałam to ze 2 lata temu na podstawie swojego własnego zdjęcia. Oczywiście bez krwi ;)



I. WŁOSY

1. Jantar, codziennie. Używam go już od miesiąca, planuję skończyć kurację po 3 miesiącach. Zakupiłam go po przeczytaniu wielu rewelacyjnych opinii na jego temat, szczególnie jeśli chodzi o powodowanie wysypu baby hair. I rzeczywiście, już po 3 tygodniach (bo należy go stosować codziennie przez 3 tygodnie, zrobić kilka dni przerwy i potem znowu 3 tygodnie itd.) zauważyłam dużo nowych, malutkich włosków nad czołem. Zawsze miałam mało włosów, więc mam nadzieję, że z czasem Jantar spowoduje ich zagęszczenie.
Można go dostać w aptekach, ale ja wolę nie ryzykować robienia wycieczek po całej dzielnicy w takim zimnie i po kolana w śniegu, więc korzystam z apteki internetowej doz.pl, która jest tańsza i nie płaci się za koszty przesyłki, bo zamówienie odbiera się osobiście w jednej z pobliskich aptek. Jantar w stacjonarnej aptece kosztuje ok. 16 zł, tutaj link do doz.pl za 12 zł: Jantar na doz.pl

2. Maska z żółtka, rycyny i nafty (i cytryny), raz w tygodniu. Jest to sposób, którym moja babcia kiedyś zabiła mój łupież (a był to naprawdę ciężki przypadek, który powinien skończyć się u dermatologa i antybiotykami, ale moja mama najpierw udała się do babci, co na szczęście okazało się strzałem w dziesiątkę). Dokładniej to używała samej nafty z żółtkiem i cytryną. Jakiś czas temu stosowałam ją regularnie, ale ostatnio jakoś o tym zapomniałam. Co prawda nie mam łupieżu, ale mam problem z wypadaniem włosów, co maska z żółtka, rycyny i nafty potrafi zahamować. Jest to w ogóle niesamowicie odżywcza maska, lepsza niż jakakolwiek kupna. Szczerze mówiąc sama dawno wpadłam na to, żeby połączyć naftę i żółtko z olejem rycynowym, ale babcia przekazała mi wiadomość od swojej fryzjerki, że nie należy łączyć nafty z rycyną. Nie wiem dlaczego. Próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w internecie, niczego takiego nie znalazłam, a wręcz przeciwnie. Po dokładny przepis odsyłam do bloga, na którym go znalazłam: klik!

3. Szampony bez SLS. Czyli w moim przypadku szampony Alterry, bo na nic innego mnie nie stać ^^; Dostępna w Rossmanie, Alterra to jedna z najtańszych linii kosmetyków naturalnych (10 zł za niewielką buteleczkę, ale trzeba polować na promocje).
Dlaczego bez SLS? SLS to inaczej Sodium Laureth Sulfate, kosmetyki go zawierające przeważnie mają go na początku składu. Jest to detergent, który powoduje, że kosmetyk dobrze się pieni. Oprócz szamponów może występować w pastach do zębów czy płynach do higieny intymnej (np. w tych niedrogich, niebieskich od Ziai). Należy go unikać, bo to a) detergent, co samo w sobie źle brzmi, b) może powodować podrażnienia, świąd (kurczę, właśnie przed chwilą umyłam głowę szamponem Garnier Ultra Doux z SLS i non stop się drapię!), c) według niektórych źródeł może być nawet rakotwórczy! Więcej informacji tutaj.
Poza tym zauważyłam, że po umyciu włosów szamponem Alterry i bez nakładania żadnej odżywki, moje włosy wyglądają na mocniejsze i błyszczą się, podczas gdy normalnie są raczej matowe i pozbawione życia.


4. Odżywka: Garnier Fructis Goodbye Damage, Radical Serum Ziołowo-Witaminowe ze skrzypem od Farmony. Po każdym myciu (czyli codziennie :/) potrzebuję jakiejś odżywki ułatwiającej rozczesywanie włosów, bo inaczej jest tragedia i zgrzytanie zębów. Odżywka Garniera świetnie pachnie, ale jeśli chodzi o zapobieganie/naprawianie rozdwojonych końcówek, lepiej spisują się u mnie odżywki Glisskur, pewnie dlatego, że zawierają one ogromne ilości kolagenu, a Fructis nie ma go w ogóle. Natomiast serum regenerujące Farmony kupiłam z nadzieją, że zapobiegnie wypadaniu i łamliwości włosów, ale niczego takiego póki co nie zauważyłam. Problem z tym serum jest też taki, że nie powinno się go spłukiwać, a powoduje to szybsze przetłuszczanie się włosów tłustych. Poza tym zdecydowanie nie ułatwia rozczesywania, a wręcz przeciwnie. Stosuję je więc raz na jakiś czas i efektów jako takich nie zauważam.


5. Płukanka z rumianku, raz w tygodniu. Rumianek działa przeciwzapalnie, a poza tym rozjaśnia włosy. Chcę zobaczyć, jak bardzo rozjaśnią mi się włosy i w sumie tylko o to tu chodzi ^^; Tym bardziej, że olej rycynowy przyciemnia włosy, więc być może dzięki rumiankowi mój kolor pozostanie po prostu niezmieniony.


Ponadto, ponieważ zapuszczam włosy, postanowiłam podejść do tego bardziej metodycznie niż do tej pory. Na przykład poprzez regularne mierzenie przyrostu. Na dzień 1 lutego długość moich włosów to ok. 45 cm. Zobaczymy, jaka będzie długość po miesiącu stosowania wszystkich wymienionych wyżej specyfików i kuracji.



II. SKÓRA 

1. Peeling/maseczka owsiana na twarz, dekolt i plecy, raz w tygodniu. Kiedyś ją stosowałam, ale zaprzestałam, bo jest dosyć niewygodna w użyciu - spływa z twarzy. Ogarnęłam sposób na to, żeby utrzymać ją na miejscu: trzeba położyć na nią chusteczki lub kawałki papieru toaletowego. Tak, to działa.
Peeling owsiany wyrównuje koloryt i wygładza skórę. Podobno oczyszcza też pory, ale to chyba tylko w takim stopniu, jak każdy inny peeling.
Podaję link do szerszego wpisu o peelingu owsianym, z kilkoma sposobami przygotowania: klik.


2. Maseczka z kozieradki, raz w tygodniu. Kozieradka świetnie działa na skórę trądzikową, gdyż działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Rozjaśnia też trochę skórę. 
Mój przepis na maseczkę z kozieradki to zalanie około 3 łyżeczek zmielonej kozieradki wrzątkiem, ale tak, by woda ledwo zakrywała proszek. Kiedy napęcznieje (daję jej na to ok. pół godziny), dodaję dużo sody, która ma działanie oczyszczające (więcej o sodzie pisałam tu) i nakładam na około 10 minut na twarz, dekolt i plecy. Najlepiej byłoby na 15 minut, ale ciężko mi wytrzymać, bo po pierwsze wszystko strasznie spływa, a po drugie trochę zaczyna mnie szczypać twarz i jest to sygnał, żeby wszystko szybko zmywać ;)




III. CIAŁO

1. Basen, raz w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na basen jako zaliczenie obowiązkowego wfu w tym semestrze. W zeszłym chodziłam tylko na płatne karate, ale pomyślałam sobie, że skoro na karate można chodzić również bez zapisywania się poprzez USOS i w obu przypadkach kosztuje to tyle samo, to czemu nie skorzystać jednocześnie z opcji bezpłatnych? To moja ostatnia szansa na skorzystanie z darmowego basenu! A ja kocham pływać. Plus, nic tak nie pomaga na kondycję jak intensywny trening na pływalni. To dla mnie najlepsze cardio. Jako rozgrzewka na karate mamy bardzo długi trening cardio, ale moja kondycja była lepsza po semestrze basenu niż po semestrze karate. Poza tym, dziewczyny uczęszczające na pływanie mają dozwoloną 1 nieobecność miesięcznie, podczas gdy chodząc na coś, co nie ma związku z wodą, mamy tylko 2 nieobecności na cały semestr ;>

2. Karate, raz w tygodniu. Bardzo fajne zajęcia, te karate, a jakie przydatne! To joga, cardio, pilates i Bóg wie co jeszcze, dzięki którym dodatkowo można przerzucić kogoś przez ramię, a następnie rozkwasić mu nos. Poza tym moja koleżanka, którą poznałam właśnie na karate, nie przepuści mi, jeśli zrezygnuję z treningów ;) To nie jest śmieszne, ona ma zielony pas! Od czarnego dzieli ją tylko brązowy. Więc ten tego, cenię sobie swoje życie. I zęby. ;)

3. Wzmacnianie mięśni brzucha, codziennie. Codziennie oprócz tych dni, w których mam basen lub karate, oczywiście. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno chcę zacząć dziś i ćwiczyć codziennie do połowy lutego, kiedy to zacznie się kolejny semestr, a wraz z nim wyżej wymienione zajęcia.
Ogólnie odkryłam, że o wiele łatwiej mi się ćwiczy w domu jeśli robię to jednocześnie z jakimś filmikiem, czyli tak jakby trenerem, który dodatkowo liczy czas i powtórzenia za mnie, a także powstrzymuje mnie od lenistwa albo krótszego czy niedbałego wykonywania ćwiczeń. Znalazłam świetny kanał na YouTube z mnóstwem filmików profesjonalnych trenerów, na różne partie mięśni. Dostępne są zestawy ćwiczeń dopasowane do ilości czasu, jaki możemy na nie poświęcić, np. 5, 10 czy nawet 20 minut. Kanał nazywa się XHIT Daily, a tutaj jest do niego link.




IV. OD ŚRODKA

1. Herbatka z pokrzywy i skrzypu, codziennie. Wszyscy chyba wiedzą, że pokrzywa pomaga zapobiegać wypadaniu włosów, a skrzyp je wzmacnia. Okazuje się, że napar z pokrzywy ma jeszcze więcej potencjalnych korzyści, o czym dowiedziałam się stąd. 
Od dawna chciałam regularnie pić te ziółka, ale po dwóch-trzech dniach zapominałam, albo nie miałam czasu... Teraz zdałam sobie sprawę, że jest jeden boleśnie prosty sposób na zapewnienie regularności: picie jej RANO. Ja codziennie rano piję jakąś herbatę (przeważnie zieloną), więc teraz zwyczajnie zastąpię ją herbatką z pokrzywy. Genialne.


2. Suplement z wapniem. Niedrogi, a wzmocni włosy (niektórym nawet przyspiesza przyrost) i paznokcie, lepiej niż jakaś tam Skrzypowita. Oraz wszystko, co potrzebuje wapnia, np. kości :)
Skrzypowity nie mam zamiaru brać. Kupiłam ją raz. Dzielnie wybrałam wszystkie 40 tabletek - tylko po to, żeby cierpieć codziennie łykając je i nie zauważyć żadnych wspaniałych rezultatów. Producent zapewnia, że po 40 dniach są one właśnie już widoczne. Ale jakichkolwiek efektów by ten suplement nie przyniósł, nie są one warte w moim przekonaniu codziennej agonii spowodowanej paskudnym smakiem tych tabletek i ich gigantycznym rozmiarem. Tabletki niby się łyka, a nie gryzie, ale ich posmak zostaje w ustach i odbija się to z żołądka. No ogólnie masakra. Więc tabletki ziołowe - nie dla mnie.


3. Więcej owsianki. Owsianka ma dobroczynne działanie i jest zdrowsza od płatków śniadaniowych, chociażby dlatego, że jest nieprzetworzona, nie zawiera cukrów i substancji konserwujących niewiadomego pochodzenia. Cheerios z mlekiem są moim ulubionym śniadaniem i rzadko kiedy jem co innego, ale powinnam to zmienić. Czasem rano mam ochotę na coś ciepłego, i to jest ten moment, w którym owsianka przyjdzie mi z pomocą. Znalazłam fajny przepis na niestandardową owsiankę tutaj.


4. Medytacja? Oj, nie wiem, jak mi to wyjdzie... Chciałam zacząć już miesiąc temu no i, ten tego... jeszcze ani razu nie spróbowałam. Ale myślę, że powinnam się skusić na 10 minut medytacji dziennie, gdyż z czasem przynosi ona niesamowite korzyści. Człowiek, który regularnie praktykuje medytację potrafi podejść do spraw życia codziennego z większym dystansem, mniej się stresuje, jest ogólnie bardziej zrelaksowany i potrafi lepiej się skupić na wykonywanych zadaniach. Nawet jeśli to wszystko wydaje się komuś nienaukowymi bredniami, to nic nie zmieni faktu, że 10 minut w ciszy co wieczór to najlepszy rodzaj relaksu i wyciszenia EVER.


Więc to tyle. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Po 3 miesiącach postaram się zrobić podsumowanie. Mam nadzieję, że będę miała co podsumowywać.

niedziela, 5 stycznia 2014

Szydełkowa czapka 2

Jakiś czas temu wydziergałam kolejną szydełkową czapkę (pierwsza tu: klik), tym razem dla mnie. Wyszła trochę przyduża. Jest ok, wygląda ok (jak już sobie ją wreszcie jako tako ułożę na głowie), ale w wersji mniejszej będzie idealna. Skąd to wiem? Bo zamieściłam tą ofertę na Etsy (do obczajenia tutaj - klik), jedna osoba zamówiła wersję fioletową, zrobiłam ją z trochę cieńszej włóczki (wełnianej), trochę mniejszym szydełkiem i wyszła też trochę mniejsza, a sto razy lepsza. (Jej nowa właścicielka też jest przeszczęśliwa.)

Poniżej trochę zdjęć poglądowych mojej własnej osobistej czapki:





Jakiś czas po skończeniu tej czapki odkryłam, że istnieje wzór ściągaczowy na szydełko, więc kiedy już zabiorę się do prucia tego dzieła i szydełkowania go od nowa, zamiast oczek ścisłych użyję właśnie tego wzoru (czyli jeden słupek reliefowy od przodu, jeden od tyłu; reliefowy = owijany wokół słupka poprzedniego rzędu zamiast robiony w kolejnym oczku. Prostsze niż się wydaje, a jakoś tak mało osób o tym wie! :] )

Mam w planach jeszcze komplecik zielony, ale już trochę inny - albo wzorem muszelkowym, albo ściągaczowym, zobaczymy, co będzie ładniej wyglądało na tej włóczce. Póki co sesja i zaliczenia zbliżają się wielkim krokiem...  Mam tyle do zrobienia i nauczenia, że nie wiem od czego zacząć... więc nie zaczynam w ogóle! :D Ale czas to zmienić. Referaty same się nie napiszą, a bez nich nie zaliczę przedmiotu. Tak więc pora spiąć pośladki i zabrać się do roboty. Dwa i pół tygodnia przerwy świątecznej przeleciało obok nie wiadomo kiedy... Czy tylko ja tak mam?

A, i zapomniałabym - Szczęśliwego Nowego Roku 2014! :)

niedziela, 1 grudnia 2013

Decoupage 2 - pudełko z przyborami

Skromny decoupage, czyli sztuka ozdabiania przedmiotów, podejście drugie.
Tym razem postanowiłam ozdobić pudełko, w którym trzymam swoje przybory do włosów, czyli gumki i spinki.





W poprzednim wcieleniu było ono pudełkiem na patyczki do uszu. 
I to z Biedronki.

Postanowiłam więc wykorzystać niewykorzystaną wstążkę, którą kupiłam na inną okazję, klej do tkanin/biżuterii i coś jeszcze, ale o tym później.


Klej z empiku za jakieś 7 zł. Do pełnego zaschnięcia potrzebuje aż 3 dni (72 godziny), a do takiego niepełnego (ale wystarczająco, żeby to, co ma się trzymać, się trzymało) kilku godzin.

Ucięłam więc potrzebny mi kawałek wstążki. Niestety, jakkolwiek bym nie cięła, końce zawsze będą nieładne.


Postanowiłam więc podwinąć je do wewnątrz:




I voila, brzydkich końców nie widać. Klej trochę przebija, bo mokry, ale wyschnie i nie będzie widać. Mam nadzieję.



No i czas na oklejanie całości pudełka. Z przodu zostawiłam taki ogonek, żeby unosząc go do góry można było otworzyć wieczko.


I jak się okazało, mimo że wstążka była bardzo szeroka, nie zdołała zakryć na wpół zdartej etykiety po patyczkach. A jeśli ktoś powie, że można ją było po prostu całkowicie zdrapać lub odmoczyć w wodzie... Tak, wiem. Ale mi się nie chciało. Za dużo roboty jak dla mnie. Lepiej przysporzyć sobie więcej roboty. Ale jaki efekt!

Tak więc coś z tym trzeba było zrobić.

Mam cały woreczek kamieni (a raczej kamyków) półszlachetnych. Wiele z nich jest bardzo małych i nieregularnych, nienadających się na biżuterię. 


Postanowiłam je więc jakoś zużytkować.


Kamyczki też przykleiłam na klej. 



Pudełko wyszło dosyć gustownie i elegancko, czyż nie?
Na pewno 100 razy lepiej niż jak było stare i obdarte. Tzn. cały czas jest stare, ale już nie obdarte ;)

Zobacz również: