wtorek, 8 września 2015
Pielęgnacja wyjazdowa i regeneracja powyjazdowa
Wróciłam w zeszłym tygodniu z wycieczki do Hiszpanii (a właściwie to Katalonii), ze zwiedzaniem po drodze Paryża, Monako, Wenecji... Normalnie szał ;) Podczas pobytu w Hiszpanii byliśmy w Lloret de Mar, czyli w osławionym nadmorskim kurorcie. Woda w Morzu Śródziemnym jest o wiele bardziej słona niż woda w Bałtyku! A więc jeszcze bardziej niszczy włosy. Dowodem na słoność - oprócz nieuniknionego testu kubków smakowych - jest to, że pierwszego dnia, idąc po plaży zostałam ochlapana wodą aż po kolana przez wyjątkowo agresywną falę i potem 15 minut drapałam się po łydkach D:
Na wyjazd, kierując się radą z Martusiowego Kuferka, zabrałam olejową maskę Biovax zamiast odżywki, a także serum silikonowe Biovax A+E. Niestety prawie w ogóle nie miałam czasu, aby trzymać maskę na głowie przez co najmniej 20 minut, poza tym włosy nie dostawały wcale protein (o tym jak ważne są dla moich włosów proteiny pisałam tutaj), co w połączeniu z solą morską wpłynęło na nie negatywnie. Próbowałam zaradzić niedoborowi protein poprzez dodawanie jogurtu naturalnego (zakupionego w celu ratowania spalonej skóry pleców...) do maski, w proporcji mniej więcej 2:1 (maska:jogurt). Podziałało świetnie, włosy od razu dostały więcej życia, blasku i elastyczności, mimo tego, że na co dzień stosowałam przecież maskę, która zła nie jest. Nie ułatwiała niestety rozczesywania, dlatego musiałam używać aż 2 pompek serum A+E na mokre włosy, żeby je w ogóle rozdzielić, nawet palcami. Jedna pompka tego serum to naprawdę spora porcja! Na domiar złego na samym początku wyjazdu zgubiłam swoją szczotkę Tangle Teezer. Tak dokładnie to została ona przez KOGOŚ wyrzucona do kosza na śmieci, bo ten ktoś wziął ją za szczotkę dla psa, którą poprzedni goście zostawili w łazience! Uwierzycie? :D Przynajmniej teraz mam wymówkę, żeby kupić tą złotą. Po kupieniu czarnej wersji trochę żałowałam, że nie wzięłam jednak tej złotej, ale nie potrafiłam w żaden sposób usprawiedliwić kupna drugiej takiej samej szczotki, tylko w innym kolorze. Teraz mam nie tyle wymówkę, co prawdziwy powód! ;) W każdym razie zmusiło mnie to do kupna grzebienia w najbliższym supermarkecie. Dużego wyboru nie było; kupiłam taki, który miał najszerzej rozstawione zęby z nich wszystkich, ale jak na moje potrzeby był i tak dosyć gęsty. Czesanie się nim nie było proste i spowodowało ułamanie wielu końcówek, mimo silikonowego serum. Poniżej porównanie tego grzebienia i mojego idealnego grzebienia:
Jeśli chodzi o skalp, myłam go tylko codziennie morelowym szamponem z Alterry i nic więcej z nim nie robiłam, przez co (to plus, pamiętajcie, słona woda) pod koniec wyjazdu zaczął mnie trochę czasami swędzieć. Teraz wróciłam więc do mojej zwykłej pielęgnacji, czyli Jantar po każdym myciu, kiedy włosy są jeszcze mokre (to mój sposób na to, żeby ta wcierka nie przetłuszczała mi włosów!), a wieczorem na całą noc jakiś olej czy inna ciężka kuracja.
Jak regeneruję włosy po wyjeździe?
Najpierw zaczęłam od porządnej dawki nawilżenia, czyli aloesowa maska Natur Vital w wersji sensitive, plus odrobina odżywek Nivea Long Repair i Nivea Intense Repair. Olejowa maska Biovax ma niby jakieś składniki nawilżające, ale to jednak nie to samo. Jako serum do końcówek użyłam jedwabiu Biosilk, czyli kolejna dawka protein. Na noc nie zrobiłam nic - po pierwsze, żeby nie spowodować przeciążenia następnego dnia, a po drugie, żeby zobaczyć, w jakim stanie będą włosy po 24 godzinach. Spałam tak długo, że upłynęło o wiele więcej, niż 24 godziny :D Włosy były trochę suche i nieco sztywne. A więc niedobrze. Wymieszałam więc maskę Kallos Argan (która w większych ilościach potrafi mi przeciążyć włosy, dlatego nie chciałam olejować przed nią włosów, aby nie ryzykować przeciążenia) z odrobiną d-panthenolu, kolagenu i keratyny hydrolizowanej. Zostawiłam to na włosach pod czepkiem itd. na dobre 50 minut. Po spłukaniu włosy tak łatwo się rozczesywały i były tak gładkie, że popsikałam tylko skalp Jantarem i zapomniałam o silikonowym serum! Podejrzewam, że i tak przeciążyłoby mi ono włosy, bo i bez tego były na granicy przeciążenia. Wieczorem na skalp nałożyłam serum Betula Alba Care, a na włosy od ucha w dół - olej łopianowy z 3 kroplami oleju neem (tylko 3 krople, a i tak śmierdzi, że hej!). Od tamtej pory nie mam już czasu, żeby kłaść maski na włosy, więc używam tylko odżywek: Isana Oil Care, Nivea Long Repair i Nivea Intense Repair. Używam serum silikonowego Marion Olejki Orientalne z olejem macadamia i ylang-ylang na włosy od ucha w dół, na skórę głowy Jantar na dzień, a na noc - olejek łopianowy z czerwoną papryką Green Pharmacy, zarówno na włosy, jak i na skalp. Póki co muszę powiedzieć, że olejek łopianowy świetnie działa na moje włosy - o wiele lepiej niż Babydream fur Mama, który mimo moich starań nie spełnia oczekiwań i zużyję go chyba do mieszanki do masażu antycellulitowego z bańkami.
W ogóle to ten post leżał prawie skończony od wielu dni, ale na weekend - zanim ogarnęłam się po tych autokarowych wojażach - pojechałam na wieś, do rodziny. Chyba się tam przeziębiłam, czuję się paskudnie :( A już myślałam, że infekcje się mnie nie imają...
A jak u Was? Jak radzicie sobie z wakacyjnymi zniszczeniami na włosach? Czy udało się ich całkowicie uniknąć?
sobota, 15 sierpnia 2015
Denko maseczkowe
W tym tygodniu zdenkowałam tylko i aż 2 maski do włosów, co uznaję za tym większy sukces, że obie były w litrowych opakowaniach. Obie spisały się świetnie!
1. (z prawej) Serical Crema al Latte chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. A jeśli trzeba, to powiem, że to świetna, niedroga (ok. 12 zł za 1 litr) maska, do kupienia np. w drogeriach Hebe, których przynajmniej w Warszawie widzę coraz więcej. Jej głównym składnikiem są proteiny mleczne (dla kompletnie niezaznajomionych z tematem tutaj można poczytać m. in. o proteinach i czemu są takie ważne). Poza tym jest bardzo lekka, nie obciąża włosów, ale odpowiednio je też dociąża, można jej używać do mycia głowy i włosów bez szamponu. Kiedy nałożyłam jej naprawdę dużo, radziła sobie nawet z całkowitym emulgowaniem oleju ze skalpu i z włosów.
2. (z lewej) Seri Natural Line, Intensive Hair Care, maska miodowo-migdałowa. Pisała o niej Henrietta (tutaj), więc odsyłam do jej wpisu po pełną recenzję. Od siebie dodam tyle, że jeszcze lepiej niż Serical al Latte emulguje oleje i myje głowę. Dobrze nawilża, ale moje końcówki potrzebują dociążenia i ochrony silikonowej, chociaż przeważnie tak się dzieje, niezależnie od maski. Fantastycznie pachnie! :) Ten zapach jest spotykany w różnych kosmetykach, przypomina mi np. żel pod prysznic Palmolive z miodem. Uwielbiam te zapachy :) Też jest jej cały litr, do kupienia m. in. w drogeriach Natura, gdzie czasami jest w promocji; cena regularna to chyba coś około 18 zł.
Poniżej skład dla zainteresowanych:
Obie maski są również wydajne, więc zawsze można się z kimś podzielić, jeśli nie lubicie używać tego samego produktu przez 6 miesięcy (lub macie krótkie włosy i będziecie tego używać przez rok :D) - ja tak zrobiłam :)
Mam ochotę wypróbować inne litrowe maski Seri... Co o tym sądzicie? Używałyście? :)
P.S. Zaczęłam pisać bloga o żarciu - Dziś na talerzu, więc jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam :)
wtorek, 11 sierpnia 2015
5 kremów z filtrem - jak się sprawdziły?
Będę je oceniała pod kątem wykończenia (matowe/świecące), zapychania, bielenia i komfortu użytkowania oraz oczywiście czy obietnice z opakowania są spełnione.
A, i czytając moje recenzje weźcie proszę pod uwagę, że moja skóra twarzy jest tłusta, skłonna do zapychania.
Kolejna uwaga: nie testowałam pod kątem wodoodporności.
1. Garnier Hydra Adapt, Ochronny krem-eliksir, SPF 20. Cała linia Hydra Adapt wywołuje u większości osób mieszane uczucia. Używałam wersji zielonej, do skóry tłustej, więc na wiosnę i wczesne lato postanowiłam kupić sobie wersję z filtrem, w końcu co złego może się stać? Niestety może. A poza tym, to czy te kremy są jeszcze w ogóle w sprzedaży? Nie zwróciłam uwagi.
- Wykończenie: skóra tuż po wklepaniu kremu odrobinę się błyszczy, a efekt ten nasila się z biegiem czasu.
- Zapychanie: nie mogę używać go do twarzy, bo po ok. tygodniu użytkowania stan mojej cery pogarsza się. Nie powiem wprost, że zapycha - być może moja twarz po prostu nie lubi tak ciężkich formuł, nawet jeżeli krem nie ma żadnych zapychających składników?
- Bielenie: nie bieli.
- Komfort użytkowania: nie jest to najlżejszy krem do twarzy, ale mogło być gorzej. Twarz po nałożeniu cały czas trochę się lepi.
- Obietnice: krem ma zapewniać stały poziom nawilżenia - prawda, i to aż za bardzo. Nietłusta konsystencja - moim zdaniem nieprawda, czuje się to jeszcze bardziej nakładając kosmetyk na inne części ciała niż twarz.
- Dodatkowe uwagi: zużyłam na nogi, bo one i tak nigdy się nie opalają choćbym nie wiem co robiła, więc mogę nałożyć na nie tak słaby filtr, żeby zapewnić im jakąś tam ochronę. Jak wspomniałam wcześniej, nakładając krem na nogi czuje się tą tłustawą konsystencję, ale na nogach bardziej się wchłania po jakimś czasie (też nie od razu i nie w 100%).
- Czy kupię ponownie: NIE.
2. Soraya, Balsam wodoodporny do opalania, SPF 30. Te kremy możemy znaleźć właściwie wszędzie, nawet w Lidlu, dlatego go kupiłam z zamiarem zużycia na ramiona, plecy i dekolt.
- Wykończenie: skóra błyszczy się tak samo tuż po aplikacji, jak i pod koniec dnia.
- Zapychanie: używałam na dekolt i plecy, które potrafią się czasami zapchać od niewłaściwych kosmetyków, ale tutaj nie zauważyłam niczego takiego.
- Bielenie: bieli, ale po minucie dobrego wcierania (i kolejnych 2 minutach czekania) całkowicie się wchłania.
- Komfort użytkowania: ŻADEN. Strasznie się lepi! Skóra cały czas pokryta jest śluzem, do którego przykleja się każdy kurz i brud, nawet pod koniec dnia. Ładnie to wygląda na zdjęciach, ale na tym zalety się kończą. W dodatku krem jest biały, ale lekko żółtawy i jeśli nie uważamy podczas aplikacji (a nie uważamy, a jakże), lekko barwi białe ubrania na żółto.
- Obietnice: "doskonała ochrona" - nie do końca, bo ramiona bardzo grubo nim posmarowane opaliły się za szybko i za mocno jak na filtr UVA/UVB o faktorze 30 SPF. Nawilżanie i ochrona przed przesuszeniem - tłusta warstwa, którą krem zostawia na skórze faktycznie nie pozwala na żadne wysuszenie, ale jakim kosztem... Łagodzenie podrażnień i wygładzanie - nie wiem, moja skóra w tych rejonach nie jest podrażniona i nie wymaga wygładzenia. Lekka konsystencja, nie klei się, nie tłuści - kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo.
- Dodatkowe uwagi: to już moje drugie opakowanie tego samego kremu. Dlaczego? Bo kiedy kupiłam go po raz pierwszy, nie nakładałam wystarczającej ilości kremu i rzadko go używałam, a poza tym rzadko wychodziłam na intensywne słońce, więc te wady nie przeszkadzały mi aż tak bardzo. Aż do teraz. Producent zaleca jeszcze używanie go na twarz, ale ja w życiu się nie odważyłam!
- Czy kupię ponownie: NIE.
3. Iwostin, Solecrin Capillin, krem ochronny do twarzy, SPF 50+. Mój najnowszy nabytek z SuperPharm.
- Wykończenie: na pewno bardzo daleko mu do matowego, które obiecuje producent! W miarę upływu czasu skóra świeci się bardziej i bardziej, aż w końcu nawet po zachodzie słońca jest jasno jak w dzień, bo nasza twarz genialnie spisuje się w roli gwiazdy. Nawet przypudrowanie pudrem matującym na niewiele się zdaje, bo tłuścioch przebija się spod wszystkiego. Jakimś rozwiązaniem jest użycie bibułek matujących (po 20 min. od aplikacji, kiedy filtry zwiążą się już ze skórą i zaczną de facto działać), ale wiecie ile tych bibułek muszę zużyć? 10. Serio. Nie opłaca się.
- Zapychanie: po ok. 5 dniach codziennego użytkowania zauważyłam objawy niewielkiego zapychania, więc musiałam go odstawić. Teraz stosuję go na zmianę z Neutrogeną. Tak samo jak w przypadku Garnier Hydra Adapt, moja skóra nie wytrzymuje tak ciężkiej formuły, szczególnie w lato.
- Bielenie: bieli, ale po paru minutach prawie całkowicie się wchłania.
- Komfort użytkowania: ŻADEN, tak samo jak Soraya niesamowicie się lepi! Twarz po nim niesamowicie się błyszczy, mimo że ma być matowa. Z biegiem czasu ten efekt tylko się wzmaga. Uczucie tak ogromnej tłustości na twarzy z pewnością nie jest komfortowe.
- Obietnice: jest ich mnóstwo i to przez nie skusiłam się na ten krem! Zaczynamy: hamowanie powstawania rumienia, zmniejszanie nadwrażliwości skóry: moja skóra ma duże skłonności do rumienienia się, i to nie w ten uroczy sposób, tylko w taki, że ludzie patrzą się na mnie, zastanawiając się, czy wezwać karetkę. Niestety nie miałam możliwości do końca przekonać się, czy ten krem pomaga temu zapobiec, bo nie używam go codziennie, ale potwierdzam, że samo nałożenie go nie powoduje rumienia, co już liczę na plus. Regularnie stosowany może faktycznie spełnić swoją rolę. Po drugie, krem ma mnóstwo filtrów, zarówno chemicznych jak i mineralny (dwutlenek tytanu), więc obietnica jest taka, że ma prawie całkowicie blokować możliwość opalenia twarzy i tu jest też na plus. Obietnica matowego wykończenia to, jak napisałam wcześniej, wierutne kłamstwo, to samo z szybkim wchłanianiem się (ten krem nigdy się nie wchłania! Na twarzy cały czas pozostaje tłusta warstewka).
- Dodatkowe uwagi: brak parabenów i innych niebezpiecznych składników.
- Czy kupię ponownie: niestety NIE, gdyby tylko nie to świecenie...
4. Neutrogena Clear Face, Break-out free Liquid Lotion Sunscreen, SPF 55. Pisałam o nim już w tym wpisie więc tutaj będę się raczej streszczać. Kupiłam go w amerykańskiej drogerii, bo w Polsce mamy właściwie tylko kosmetyki nawilżające z serii "Neutrogena formuła norweska", a to wbrew pozorom nie jedyne, co ta marka ma do zaoferowania.
- Wykończenie: matowe, wchłania się nie pozostawiając żadnej warstwy.
- Zapychanie: nie.
- Bielenie: nie.
- Komfort użytkowania: duży, dzięki braku tłustej warstwy. Nadaje się pod makijaż. Niestety czasami, kiedy skóra jest nieco podrażniona, występuje uczucie pieczenia podczas nakładania i krótko po nałożeniu.
- Obietnice: właściwie tylko taka, że nie zapycha i chroni przed negatywnymi skutkami promieni słonecznych. Prawda i prawda, chociaż trzeba nałożyć dużo tego kremu, by zapewnić sobie odpowiednią ochronę, ale można robić to warstwami, bo każda z nich doskonale się wchłania.
- Dodatkowe uwagi: zawiera filtr o nazwie oxybenzone w stężeniu 4,5%, którego bezpieczeństwo jest dyskusyjne, chociaż większość niezależnych badań wskazuje, że wieloletnie użytkowanie kremów z zawartością oxybenzone nawet do 10% nie prowadzi do absorpcji na poziomie powodującym zachwianie równowagi hormonalnej, co stanowiłoby ryzyko nowotworów. Dozwolona maksymalna dawka w Unii Europejskiej to 10%, w USA 6%, a tutaj mamy 4,5%, więc chyba nie ma się czego obawiać?... Mimo wszystko wolałabym, żeby go nie było; mógłby zostać zastąpiony przez jakiś filtr mineralny.
- Czy kupię ponownie: TAK.
5. Dax Sun, Wysoko wodoodporny krem ochronny do twarzy na słońce, z olejem arganowym, SPF 50+. Kiedy tylko widzę coś, co na opakowaniu chwali się brakiem parabenów czy zawartością oleju arganowego, wzdycham ciężko. Cokolwiek, by zachęcić klienta. Dodam, że ten krem był najtańszym kremem do twarzy z filtrem 50. Biorąc pod uwagę tę cenę oraz fakt, że producent chwali się zawartością oleju arganowego, pozostaje nam tylko z politowaniem powiedzieć "ta, na pewno", a następnie tak czy siak włożyć go do koszyka - chyba tylko po to, żeby przekonać się, jak bardzo ten produkt jest beznadziejny.
- Wykończenie: tłustawe, twarz cały czas się świeci.
- Zapychanie: tak, i to bardzo! Zawiera parafinę, co prawda dopiero dalej w składzie, ale twarzom skłonnym do zapychania nawet tyle może wystarczyć.
- Bielenie: nie.
- Komfort użytkowania: podobnie jak z kremem Iwostin, żaden ze względu na nieprzyjemną konsystencję i uczucie tłustości na twarzy, ale nie jest to tak ciężka tłustość jak w przypadku Iwostin.
- Obietnice: nawilżanie - tak, ale gratis dostajemy również zbędne natłuszczanie! Wysoka ochrona: żeby uzyskać maksymalną ochronę, musimy nałożyć tyle kremu, że nie da się potem dotknąć do twarzy. W przeciwnym przypadku - trochę się opalimy, nawet chodząc tylko po mieście (versus opalanie cały dzień na plaży, wtedy na pewno twarz byłaby jeszcze ciemniejsza).
- Dodatkowe uwagi: olej arganowy na pewno zawiera, ale olej olejowi nierówny. Te oleje w tanich kosmetykach są takiej jakości, że równie dobrze można byłoby w nich użyć oleju do smażenia, który miałby więcej dobroczynnych właściwości niż ten tani, rafinowany, uzyskiwany chemicznie olej arganowy. Zużyłam do dłoni i stóp, bo one chyba najbardziej mi się opalają. Nawet tam krem średnio się spisał. Przez to, że tak się klei, moje stopy w sandałkach czy klapkach bardzo szybko się brudziły, bo w końcu wszystko się łatwo do nich przylepiało.
- Czy kupię ponownie: NIE. Czy ten krem jest w ogóle dalej w sprzedaży? Być może jest teraz pod inną nazwą lub wygląda inaczej, ale formuła została pewnie prawie taka sama.
Jak widać, ciężko mnie zadowolić. Szukam teraz dobrego kremu z filtrem 50, który faktycznie by matowił lub chociaż nie powodował błyszczenia większego niż normalnie, nie zapychał i chronił przed promieniowaniem... Znacie taki? Wiele osób poleca matujący Vichy. Muszę więcej o nim poczytać i prawdopodobnie na niego w ostateczności wyłożyć pieniądze.
A jak idzie Wasza walka ze słońcem?
wtorek, 28 lipca 2015
Aktualizacja: radykalne cięcie i bye bye, cieniowanie! Plus parę zdjęć z życia miejskiego rolnika doniczkowego.
Mniej więcej 2 tygodnie temu poszłam do fryzjera, aby podciąć końcówki. Pani fryzjera podcięła końcówki tak jak było trzeba (tzn. nie ścinając 5 cali zamiast 5 centymetrów, jak to fryzjerzy mają w zwyczaju) i zapytała, czy jest ok, czy może ścinamy więcej, a ja na to... WIĘCEJ! :D Tym sposobem ścięłam około 8 cm - sporo, ale tym samym wycięłam dużą partię zniszczonych włosów i wreszcie, WRESZCIE pozbyłam się cieniowania! Tym samym osiągnęłam swój pierwszy włosowy cel.
Jest to drugie (i ostatnie!) z serii radykalnych podcięć końcówek, o pierwszym (samodzielnym) pisałam tu. Widać, że wtedy włosy mimo podcięcia 5 cm były dłuższe niż teraz:
Kwiecień:
Lipiec:
Uwaga numer dwa: kształt to litera U, naprawdę. Jak widać, końcówki się trochę wywijają we wszystkie strony, sprawiając wrażenie, że włosy są ścięte w trójkąt, albo - ładniej mówiąc - literę V, co nie jest do końca prawdą.
A na koniec pokażę Wam co na moim tarasie :) Jak widać nie trzeba mieć ogrodu, by w środku miasta hodować to i owo :)
Jest to drugie (i ostatnie!) z serii radykalnych podcięć końcówek, o pierwszym (samodzielnym) pisałam tu. Widać, że wtedy włosy mimo podcięcia 5 cm były dłuższe niż teraz:
Kwiecień:
Lipiec:
Uwaga numer 1: na górze włosów jest odgniecenie od gumki. Dokładnie to od oryginalnej Invisibobble, która "nie pozostawia odgnieceń"... A tak na usprawiedliwienie to tutaj dopiero co rozpuściłam włosy z kucyka, wyczesałam Tangle Teezerem i od razu stanęłam do zdjęcia. Gdybym poczekała z godzinę, po odgnieceniach nie byłoby śladu - takie już są te moje włosy: proste. Z jednej strony fajnie, bo tafla, ale z drugiej - nie dla mnie loki i fale! :( No i moja tafla jest taflą tylko przez krótki czas - szybko się strąkuje właściwie niezależnie od stosowanej pielęgnacji. Muszę jeszcze popracować nad poprawą kondycji włosów na długości. Moja krucjata jeszcze się nie skończyła.
Uwaga numer dwa: kształt to litera U, naprawdę. Jak widać, końcówki się trochę wywijają we wszystkie strony, sprawiając wrażenie, że włosy są ścięte w trójkąt, albo - ładniej mówiąc - literę V, co nie jest do końca prawdą.
Włosy może są i mocno krótsze, ale w o ile lepszym stanie! :) Zaczęłam się w ogóle czesać szczotką Tangle Teezer. Nie kupowałam jej przez długi czas, bo nie odczuwałam takiej potrzeby, ale kiedy pojawiła się w Rossmanie, wylądowała w moim koszyku. I powiem tak: jest super, ale trzeba uważać, żeby się nie zachłysnąć i nie zniszczyć sobie włosów. Ostre traktowanie bardzo poplątanych włosów, nawet szczotką Tangle Teezer, powoduje ich łamanie (przekonałam się na sobie :c).
A na koniec pokażę Wam co na moim tarasie :) Jak widać nie trzeba mieć ogrodu, by w środku miasta hodować to i owo :)
Zaczęło się od tego, że chciałam po prostu podlać chwasta, który zasiał się w tej doniczce, a skończyło na tym, że równie dobrze można wsadzić dymki i coś z tego mieć. Dymka nie potrzebuje wiele do szczęścia, nawet w kubeczku z wodą wyrośnie z niej szczypiorek.
Poziomki! W przeciwieństwie do truskawek, pomidorów i innych rzeczy, które próbowałyśmy hodować na tarasie, one nigdy nas nie zawodzą, a smakują obłędnie :) Dużo tego nie ma, ale smak można złapać. ;)
Po miesiącach brutalnego wykorzystywania dymek dla ich szczypiorku, nadszedł czas i na nie. Trochę urosły od czasu wsadzenia ich w ziemię, ale niewiele. Ładniej nazywa się to "zielona cebulka" i ma łagodniejszy smak od zwykłej cebuli.
A co u Was? Jak idą Wasze plany włosowe? :)
niedziela, 26 lipca 2015
Balsam po goleniu jako baza pod makijaż? Nivea Men Sensitive After Shave
Taki oto nagłówek zobaczyłam na niemieckim blogu Innen Aussen. Autorka tamtego wpisu znalazła to z kolei na kanale youtuberki Nikkie Tutorials (ten filmik jest z kolei po angielsku). Tak więc jeśli znacie dobrze te języki i chcecie u źródła dowiedzieć się o co chodzi, kliknijcie na powyższe linki do blogów. Jeśli macie natomiast ochotę poczytać o tym u mnie, to zapraszam :)
Od razu zastrzegam, że nie stosowałam tej metody i chyba się nie skuszę, bo to dobry patent raczej dla suchej skóry twarzy (moja jest tłusta).
Okazuje się, że balsam po goleniu dla mężczyzn może być niezłą bazą pod makijaż na lato dla dziewczyn borykających się z suchymi skórkami, suchymi "plackami" itd. dlatego, że jest delikatny, nie zawiera silikonów ani alkoholu i bardzo nawilża. Spójrzcie na skład:
Ingredients: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Chamomilla Recutita Flower Extract, Tocopheryl Acetate, Hamamelis Virginiana Bark/Leaf Extract, Maltodextrin, Tapioca Starch, Triceteareth-4 Phosphate, Sodium Carbomer, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethanol, Piroctone Olamine, Parfum.
Na drugim miejscu w składzie mamy humektant - glicerynę. Nawilża ona skórę, dzięki czemu podkład dłużej trzyma się na suchej skórze i nie pojawiają się suche skórki. Karin z Innen Aussen twierdzi, że na jej suchej skórze podkład pod koniec dnia wygląda tak samo dobrze, jak tuż po nałożeniu. Mówi też, że w przeciwieństwie do silikonowych baz, Nivea Men Sensitive nie wygładza drastycznie powierzchni skóry, ale delikatnie matuje. Brak silikonów może być wielką zaletą dla dziewczyn ze skórą skłonną do zapychania! Nie zostawia w związku z tym podobno żadnego filmu na skórze ani białych smug.
Oprócz gliceryny w składzie powyżej pogrubiłam również wyciąg z kwiatów rumianka (o właściwościach kojących, łagodzących podrażnienia), po którym mamy witaminę E, a następnie wyciąg z oczaru wirginijskiego, który możemy często znaleźć w produktach przeciwtrądzikowych ze względu na jego właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i uszczelniające naczynia krwionośne. Wyciągi z roślin mogą jednak uczulać wrażliwców, tak samo jak znajdujący się na końcu zapach. Zapach oczywiście typowy dla męskich kosmetyków.
UWAGA! Ważne, żeby była to wersja "sensitive", bo wersja "cooling" zawiera na drugim miejscu podrażniający i wysuszający alkohol! Uważnie trzeba patrzeć na skład.
Za granicą (najbardziej chyba w Niemczech) jest na to podobno szał. Tłumaczy to też korzystna cena - ok. 4 euro (w Polsce trochę mniej korzystnie, bo ok. 26 zł w Rossmanie). Najbardziej korzystają te dziewczyny, które mają w domu jakiegoś mężczyznę (który się goli of kors), bo wtedy oboje korzystają :)
Zaciekawione? Macie ochotę spróbować? ;)
Od razu zastrzegam, że nie stosowałam tej metody i chyba się nie skuszę, bo to dobry patent raczej dla suchej skóry twarzy (moja jest tłusta).
Okazuje się, że balsam po goleniu dla mężczyzn może być niezłą bazą pod makijaż na lato dla dziewczyn borykających się z suchymi skórkami, suchymi "plackami" itd. dlatego, że jest delikatny, nie zawiera silikonów ani alkoholu i bardzo nawilża. Spójrzcie na skład:
Ingredients: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Chamomilla Recutita Flower Extract, Tocopheryl Acetate, Hamamelis Virginiana Bark/Leaf Extract, Maltodextrin, Tapioca Starch, Triceteareth-4 Phosphate, Sodium Carbomer, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethanol, Piroctone Olamine, Parfum.
Na drugim miejscu w składzie mamy humektant - glicerynę. Nawilża ona skórę, dzięki czemu podkład dłużej trzyma się na suchej skórze i nie pojawiają się suche skórki. Karin z Innen Aussen twierdzi, że na jej suchej skórze podkład pod koniec dnia wygląda tak samo dobrze, jak tuż po nałożeniu. Mówi też, że w przeciwieństwie do silikonowych baz, Nivea Men Sensitive nie wygładza drastycznie powierzchni skóry, ale delikatnie matuje. Brak silikonów może być wielką zaletą dla dziewczyn ze skórą skłonną do zapychania! Nie zostawia w związku z tym podobno żadnego filmu na skórze ani białych smug.
Oprócz gliceryny w składzie powyżej pogrubiłam również wyciąg z kwiatów rumianka (o właściwościach kojących, łagodzących podrażnienia), po którym mamy witaminę E, a następnie wyciąg z oczaru wirginijskiego, który możemy często znaleźć w produktach przeciwtrądzikowych ze względu na jego właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i uszczelniające naczynia krwionośne. Wyciągi z roślin mogą jednak uczulać wrażliwców, tak samo jak znajdujący się na końcu zapach. Zapach oczywiście typowy dla męskich kosmetyków.
UWAGA! Ważne, żeby była to wersja "sensitive", bo wersja "cooling" zawiera na drugim miejscu podrażniający i wysuszający alkohol! Uważnie trzeba patrzeć na skład.
Za granicą (najbardziej chyba w Niemczech) jest na to podobno szał. Tłumaczy to też korzystna cena - ok. 4 euro (w Polsce trochę mniej korzystnie, bo ok. 26 zł w Rossmanie). Najbardziej korzystają te dziewczyny, które mają w domu jakiegoś mężczyznę (który się goli of kors), bo wtedy oboje korzystają :)
Zaciekawione? Macie ochotę spróbować? ;)
niedziela, 19 lipca 2015
Wakacyjny makijaż
Hej hej hej! Koniec z licencjatem, a to oznacza... cóż, a to wcale nie oznacza, że mam nagle masę czasu, z którym nie wiem co zrobić. Eh, życie.
Dziś będzie nie włosowo, a makijażowo - mniej więcej, bo o to właśnie chodzi, że makijażu tu prawie wcale nie ma. Przetestowałam ten zestaw kosmetyków w największe upały i teraz mogę z czystym sumieniem go polecić (albo i nie, jak się za chwilę przekonacie). Akurat zaczyna się kolejna fala upałów, więc myślę, że post może się przydać. Zaczynamy!
Gdy słońce przypieka i musimy wyjść na zewnątrz, nie wolno zapominać o ochronie przeciwsłonecznej! Po porannym myciu twarzy (w moim przypadku tonik liście manuka Ziai spłukany dużą ilością zimnej wody) należy nałożyć od razu krem do twarzy z wysokim filtrem, szczególnie jeśli borykamy się z trądzikiem czy przebarwieniami - bez ochrony UVA i UVB przebarwienia staną się trudniejsze do usunięcia. Podkreślam to ze względu na popularny mit o tym, że opalanie się leczy trądzik. Nie jestem pewna, czy nadal trzyma się on tak mocno jak za moich szkolnych czasów, ale na wszelki wypadek mówię - to mit. Ochrona przeciwsłoneczna to podstawa. Nie będę skupiała się tu na doborze kremu z filtrem, zajrzyjcie na blogi osób bardziej kompetentnych niż ja i dopasujcie go do typu skóry oraz swoich preferencji. Osobiście używam tzw. blokerów, czyli SPF 50+: Neutrogena do twarzy (niedostępna w Polsce) i Iwostin zapobiegający rumieniowi. Napiszę o nich kiedy indziej, teraz przechodzę do makijażu per se.
Osoby borykające się ze świeceniem skóry, tak jak ja, powinny szukać matujących kremów z filtrem. Ja jednak jestem przypadkiem specjalnym i nieważne co zrobię, prędzej czy później (w lato raczej prędzej niż później) świecę się bardziej niż słońce, więc jak tylko filtr się wchłonie, nanoszę pędzlem flat top puder matujący. Ale, ale, zanim użyję pudru, używam jeszcze oczywiście korektora pod oczy. Obecnie jest to ten, który widać na zdjęciu - Maybelline LumiTouch. Nie kryje tak dobrze jak moje cienie potrzebują, ale kiedy jest naprawdę gorąco, jest mi trochę wszystko jedno. Normalnie "neutralizuję" trochę cienie różowym korektorem z Wibo zanim użyję korektora w kolorze skóry, ale kiedy pot ze mnie spływa, chcę mieć na sobie jak najmniej warstw. Kiedy jest naprawdę źle, wyrównuję jeszcze kolor powieki i skóry wokół oczu (szczególnie w kącikach) cieniem do powiek CoverGirl z serii Wet'n'Wild. Jak widać bardzo się kruszy w transporcie, ale nie jest najgorszy. Każdy inny matowy cień w kolorze skóry będzie się nadawał.
Jeśli chodzi o pudry matujące - na zdjęciu widać dwa: Astor Shine Mattitude w odcieniu 002 i Rimmel Stay Matte w odcieniu 011. Ten drugi kupiłam pomyłkowo rok temu w Stanach - był na półce z pudrem w odcieniu "translucent", niestety w domu dopiero okazało się, że to inny odcień i bynajmniej nie półprzezroczysty, dlatego aż do zeszłego tygodnia leżał nieotwarty. Otworzyłam go w końcu dlatego, że trochę się opaliłam i puder Astor widoczny na zdjęciu zrobił się za jasny, a po drugie dlatego, że niestety mnie zapychał. Po zaledwie kilku dniach stosowania pojawiły się u mnie pryszcze, więc go odstawiłam. Potem znowu do niego wróciłam i powitało mnie ponowne pogorszenie stanu skóry, więc winowajcą jest niewątpliwie właśnie ten puder. W dodatku nigdzie na opakowaniu nie ma składu. Natomiast Rimmel Stay Matte radzi sobie świetnie, bo jest niedrogi, matuje na dość długi czas, nie ciasteczkuje (chyba że nałożymy za dużo produktu) i przede wszystkim nie zapycha. Szkoda, że nie ma puszka w opakowaniu, przez co zabieranie go ze sobą kiedy wychodzimy z domu jest trudne lub nawet niemożliwe, zależnie od pojemności torebki i ilości znajdujących się już tam dupereli ;)
Kiedy już nałożę korektor i puder, moje i tak jasne rzęsy robią się jeszcze jaśniejsze. Nie mam ochoty używać czarnej maskary, więc kupiłam bezbarwną odżywkę Pierre Rene (widoczna na pierwszym zdjęciu). Po pociągnięciu nią rzęs stają się one znowu brązowe, a nie białawe. Użycie zalotki jest oczywiście nieodzowne - dzięki temu lepiej je widać. Pokryte odżywką rzęsy są też nieznacznie pogrubione. Na opakowaniu nie ma składu, ale po paru tygodniach używania zauważyłam, że rzęsy stały się trochę dłuższe! Oczywiście nie jest to jedno z tych super drogich serów do rzęs, ale uważam, że warto, bo taką odżywką nie tylko poprawiamy wygląd przyprószonych pudrem włosków, ale też faktycznie robimy dla nich coś dobrego. Można nią też pociągnąć brwi.
Teraz usta: balsam Carmex Jasmine Green Tea z filtrem SPF 15 wydaje się idealnym wyborem na lato, bo dodatkowo zapewnia uczucie delikatnego chłodzenia, jak to Carmex. Jednak ja za nim nie przepadam, bo okrągły aplikator wcale nie jest łatwy w użyciu i zawsze trochę go "posmakuję", a jest bardzo niesmaczny (gorzkawy!), poza tym znika w ekspresowym tempie. Jeśli istnieje jego wersja w sztyfcie, byłaby pewnie idealna.
Pomadka olejowa Omega7 firmy Terry Naturally, czyli jakiejś amerykańskiej firmy krzak, kupiona za 2 albo 3 dolary w dziwnym sklepie z różnymi dziwnymi "produktami naturalnymi" (krem na menopauzę? ale co on robi? powoduje menopauzę? przywraca miesiączkę? łagodzi objawy menopauzy? nie wiemy, bo to po prostu megadrogi, cudowny "krem na menopauzę" xD). Nie wierzyłam w niego, ale jest naprawdę świetny - najlepszy jaki miałam. Lepszy niż Eosy! Wydaje mi się, że pomadka Oeparolu to coś w tym stylu.
I wreszcie kosmetyk kolorowy: balsam do ust w kredce Catrice. Oczywiście napisy całkowicie się wytarły, ale to chyba Catrice Pure Shine Colour Lip Balm w kolorze 030 (Don't Think Just Pink). Nie jestem pewna, bo dosyć dawno to kupowałam i nie zwracałam uwagi na nazwy kolorów, tylko wzięłam co mi się podobało w drogerii ;)
W każdym razie to wyjątkowo łatwa w aplikacji kredka, kolor jest subtelny, w świetle naturalnym prawie taki sam jak mój naturalny kolor ust, a jednak daje poczucie zadbania i wyglądam dzięki temu na bardziej ogarniętą ;)
I to tyle. Minimalizm to według mnie jedyne słuszne wyjście podczas upałów.
A jak wygląda Wasz letni makijaż na sytuacje ekstremalne? Możecie coś polecić? :)
Dziś będzie nie włosowo, a makijażowo - mniej więcej, bo o to właśnie chodzi, że makijażu tu prawie wcale nie ma. Przetestowałam ten zestaw kosmetyków w największe upały i teraz mogę z czystym sumieniem go polecić (albo i nie, jak się za chwilę przekonacie). Akurat zaczyna się kolejna fala upałów, więc myślę, że post może się przydać. Zaczynamy!
Gdy słońce przypieka i musimy wyjść na zewnątrz, nie wolno zapominać o ochronie przeciwsłonecznej! Po porannym myciu twarzy (w moim przypadku tonik liście manuka Ziai spłukany dużą ilością zimnej wody) należy nałożyć od razu krem do twarzy z wysokim filtrem, szczególnie jeśli borykamy się z trądzikiem czy przebarwieniami - bez ochrony UVA i UVB przebarwienia staną się trudniejsze do usunięcia. Podkreślam to ze względu na popularny mit o tym, że opalanie się leczy trądzik. Nie jestem pewna, czy nadal trzyma się on tak mocno jak za moich szkolnych czasów, ale na wszelki wypadek mówię - to mit. Ochrona przeciwsłoneczna to podstawa. Nie będę skupiała się tu na doborze kremu z filtrem, zajrzyjcie na blogi osób bardziej kompetentnych niż ja i dopasujcie go do typu skóry oraz swoich preferencji. Osobiście używam tzw. blokerów, czyli SPF 50+: Neutrogena do twarzy (niedostępna w Polsce) i Iwostin zapobiegający rumieniowi. Napiszę o nich kiedy indziej, teraz przechodzę do makijażu per se.
Osoby borykające się ze świeceniem skóry, tak jak ja, powinny szukać matujących kremów z filtrem. Ja jednak jestem przypadkiem specjalnym i nieważne co zrobię, prędzej czy później (w lato raczej prędzej niż później) świecę się bardziej niż słońce, więc jak tylko filtr się wchłonie, nanoszę pędzlem flat top puder matujący. Ale, ale, zanim użyję pudru, używam jeszcze oczywiście korektora pod oczy. Obecnie jest to ten, który widać na zdjęciu - Maybelline LumiTouch. Nie kryje tak dobrze jak moje cienie potrzebują, ale kiedy jest naprawdę gorąco, jest mi trochę wszystko jedno. Normalnie "neutralizuję" trochę cienie różowym korektorem z Wibo zanim użyję korektora w kolorze skóry, ale kiedy pot ze mnie spływa, chcę mieć na sobie jak najmniej warstw. Kiedy jest naprawdę źle, wyrównuję jeszcze kolor powieki i skóry wokół oczu (szczególnie w kącikach) cieniem do powiek CoverGirl z serii Wet'n'Wild. Jak widać bardzo się kruszy w transporcie, ale nie jest najgorszy. Każdy inny matowy cień w kolorze skóry będzie się nadawał.
Jeśli chodzi o pudry matujące - na zdjęciu widać dwa: Astor Shine Mattitude w odcieniu 002 i Rimmel Stay Matte w odcieniu 011. Ten drugi kupiłam pomyłkowo rok temu w Stanach - był na półce z pudrem w odcieniu "translucent", niestety w domu dopiero okazało się, że to inny odcień i bynajmniej nie półprzezroczysty, dlatego aż do zeszłego tygodnia leżał nieotwarty. Otworzyłam go w końcu dlatego, że trochę się opaliłam i puder Astor widoczny na zdjęciu zrobił się za jasny, a po drugie dlatego, że niestety mnie zapychał. Po zaledwie kilku dniach stosowania pojawiły się u mnie pryszcze, więc go odstawiłam. Potem znowu do niego wróciłam i powitało mnie ponowne pogorszenie stanu skóry, więc winowajcą jest niewątpliwie właśnie ten puder. W dodatku nigdzie na opakowaniu nie ma składu. Natomiast Rimmel Stay Matte radzi sobie świetnie, bo jest niedrogi, matuje na dość długi czas, nie ciasteczkuje (chyba że nałożymy za dużo produktu) i przede wszystkim nie zapycha. Szkoda, że nie ma puszka w opakowaniu, przez co zabieranie go ze sobą kiedy wychodzimy z domu jest trudne lub nawet niemożliwe, zależnie od pojemności torebki i ilości znajdujących się już tam dupereli ;)
Kiedy już nałożę korektor i puder, moje i tak jasne rzęsy robią się jeszcze jaśniejsze. Nie mam ochoty używać czarnej maskary, więc kupiłam bezbarwną odżywkę Pierre Rene (widoczna na pierwszym zdjęciu). Po pociągnięciu nią rzęs stają się one znowu brązowe, a nie białawe. Użycie zalotki jest oczywiście nieodzowne - dzięki temu lepiej je widać. Pokryte odżywką rzęsy są też nieznacznie pogrubione. Na opakowaniu nie ma składu, ale po paru tygodniach używania zauważyłam, że rzęsy stały się trochę dłuższe! Oczywiście nie jest to jedno z tych super drogich serów do rzęs, ale uważam, że warto, bo taką odżywką nie tylko poprawiamy wygląd przyprószonych pudrem włosków, ale też faktycznie robimy dla nich coś dobrego. Można nią też pociągnąć brwi.
Teraz usta: balsam Carmex Jasmine Green Tea z filtrem SPF 15 wydaje się idealnym wyborem na lato, bo dodatkowo zapewnia uczucie delikatnego chłodzenia, jak to Carmex. Jednak ja za nim nie przepadam, bo okrągły aplikator wcale nie jest łatwy w użyciu i zawsze trochę go "posmakuję", a jest bardzo niesmaczny (gorzkawy!), poza tym znika w ekspresowym tempie. Jeśli istnieje jego wersja w sztyfcie, byłaby pewnie idealna.
Pomadka olejowa Omega7 firmy Terry Naturally, czyli jakiejś amerykańskiej firmy krzak, kupiona za 2 albo 3 dolary w dziwnym sklepie z różnymi dziwnymi "produktami naturalnymi" (krem na menopauzę? ale co on robi? powoduje menopauzę? przywraca miesiączkę? łagodzi objawy menopauzy? nie wiemy, bo to po prostu megadrogi, cudowny "krem na menopauzę" xD). Nie wierzyłam w niego, ale jest naprawdę świetny - najlepszy jaki miałam. Lepszy niż Eosy! Wydaje mi się, że pomadka Oeparolu to coś w tym stylu.
I wreszcie kosmetyk kolorowy: balsam do ust w kredce Catrice. Oczywiście napisy całkowicie się wytarły, ale to chyba Catrice Pure Shine Colour Lip Balm w kolorze 030 (Don't Think Just Pink). Nie jestem pewna, bo dosyć dawno to kupowałam i nie zwracałam uwagi na nazwy kolorów, tylko wzięłam co mi się podobało w drogerii ;)
W każdym razie to wyjątkowo łatwa w aplikacji kredka, kolor jest subtelny, w świetle naturalnym prawie taki sam jak mój naturalny kolor ust, a jednak daje poczucie zadbania i wyglądam dzięki temu na bardziej ogarniętą ;)
I to tyle. Minimalizm to według mnie jedyne słuszne wyjście podczas upałów.
A jak wygląda Wasz letni makijaż na sytuacje ekstremalne? Możecie coś polecić? :)
piątek, 5 czerwca 2015
Aktualizacja + błąd w pielęgnacji (niedobór protein)
Hej, hej, hej!
Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.
Diagnoza: niedobór protein!
Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen
Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.
Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.
I druga część posta: aktualizacja!
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:
(ależ ja jestem skinny fat :< )
Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.
Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.
Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D
Zacznijmy może od błędu w pielęgnacji. Zawsze lubowałam się w odżywkach keratynowych, np. Gliss Kur lub teraz Nivea Long Repair. Myję włosy codziennie, więc codziennie dostarczałam włosom protein (w postaci keratyny). W weekend zawsze była maska nawilżająca oraz maska proteinowa (ostatnio moja rozświetlająca maska "wszystko w jednym"). I wszystko było okej. Natomiast przez ostatnie kilka tygodni, może miesiąc, zastąpiłam keratynową odżywkę odżywką Garnier Ultra Doux Żurawina + Olejek Arganowy, która protein nie zawiera. Poza tym używałam Nivea Long Repair mniej więcej raz w tygodniu, a weekendowe maski pozostały bez zmian. Byłam dosyć zadowolona z efektów, aż do momentu kiedy podczas rozczesywania pojedyncze włosy zaczęły rozciągać mi się na palcach i grzebieniu! Typowy objaw niedoboru protein. Dodatkowo pojedyncze włosy zrobiły się bardzo cieniutkie, bo nie miały wystarczająco protein, by je wypełnić. No i jak już wspomniałam, można było je rozciągać jak gumę, z tym, że już oczywiście nie powracały do swojej pierwotnej formy po takim rozciągnięciu.
Diagnoza: niedobór protein!
Od razu wcieliłam w życie plan naprawczy:
- płynny jedwab Biosilk po myciu
- keratynowa odżywka Nivea Long Repair
- maska Crema al Latte
- maska z żółtka jajka zmieszanego z maską Crema al Latte (zawierającą proteiny mleczne)
- niebieska maska do laminowania Marion (z rozmaitymi proteinami)
- pomocniczo: odżywka w sprayu Biovax dla włosów blond - zawiera m.in. kolagen
Oczywiście - poza pierwszym tygodniem "terapii" - nie stosowałam tego wszystkiego na raz, bo nie chciałam wpaść z jednej skrajności w drugą i przeproteinować włosów. Czyli jeśli np. użyłam maski z proteinami mlecznymi i żółtkiem, nie nakładałam już płynnego jedwabiu.
Jeśli chodzi o zabieg laminowania Marion, to właśnie zmyłam go z włosów. Miałam tylko 1 saszetkę. Wymieniłam go, bo traktuję go jako część planu naprawczego, ale nie używam go jakoś często - raptem raz, dzisiaj.
Wniosek: moje włosy kochają proteiny. KOCHAJĄ i nie mogą bez nich żyć. Proteiny 2 razy w tygodniu to widocznie za mało. Trochę szkoda, bo oznacza to, że albo muszę prawie całkowicie zrezygnować z nieproteinowych odżywek, albo muszę dodawać do nich półprodukty typu keratyna, jedwab, kolagen itp.
I druga część posta: aktualizacja!
To zdjęcie z wczoraj. Tu już po niecałych 2 tygodniach "planu naprawczego". Pielęgnacja: nocne olejowanie na sucho olejkiem Babydream fur Mama, rano mycie szamponem Thicker Fuller Hair (recenzja... kiedyś będzie!), odżywka Nivea Long Repair na całą długość, odżywka kofeinowa Thicker Fuller Hair na skórę głowy - na 3 minuty, bez spłukiwania: jedwab Biosilk i serum GlissKur Ultimate Color na końcówki. Taka ilość produktów bez spłukiwania trochę przeciążyła włosy na końcach:
(ależ ja jestem skinny fat :< )
Oczywiście nie chodziłam cały czas w rozpuszczonych włosach, bo szlag by mnie trafił (nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię wyrywania sobie włosów za każdym razem, gdy zakładam torbę na ramię), tylko w takim super prostym koczku-ślimaczku podpiętym spinkami. Może nie wygląda super profesjonalnie, ale kogo to obchodzi? Wygoda podczas dnia wolnego powinna stać na pierwszym miejscu! :) Normalnie można podpiąć takiego koczka wsuwkami, tylko jest to trochę trudniejsze i bardziej czasochłonne dla takiej ciamajdy jak ja.
Sesja zbliża się wielkimi krokami, ale nieszczęśnicy tacy jak ja mają więcej zaliczeń w ostatnich 2 tygodniach przed sesją, niż w jej trakcie.
Czy zobaczę się z którąś z Was na Orange Warsaw Festival? :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)

