niedziela, 26 października 2014

Niedziela dla włosów V - jajco :)

Mniej więcej raz w tygodniu kładę na skalp i włosy domową maskę jajeczną. Nic tak nie wzmacnia i pogrubia moich wątłych kosmyków jak właśnie żółtko - czyli proteiny. Keratyna to niby też proteiny, ale nie pogrubia tak moich włosów, tylko wygładza. Teoria stojąca za tym fenomenem jest taka, że żółtko jaja to proteiny wielkocząsteczkowe, a hydrolizowana keratyna - małocząsteczkowe.

Robię to w ten sposób, że myję głowę szamponem z SLS (obecnie Joanna Rzepa), mieszam żółtko z olejem rycynowym, sokiem z cytryny i ewentualnie innymi bajerami. Jeśli będę nakładać miksturę na skalp, to dodaję odżywkę do skóry głowy, np. łyżeczkę Jantara lub sprayu Green Pharmacy przeciw wypadaniu. Często wkraplam też kilka kropelek olejku eterycznego, np. cytrynowego, z drzewa herbacianego czy lawendowego (wszystkie mają właściwości antyseptyczne, co przydaje się tłustym skalpom). Po nałożeniu na skalp "rozwadniam" to, co zostało większą ilością jakiegoś oleju i wcieram w długość, szczególnie w końcówki. Po ok. 30 minutach zmywam szamponem Alterry, nakładam jakąś odżywkę do spłukiwania (obecnie Timotei Shine Recharge z olejem sezamowym), po wyschnięciu wcieram w końcówki serum Gliss Kur - dla ochrony.

Jednak tym razem nie miałam oleju rycynowego, więc zastąpiłam go olejem łopianowym ze skrzypem Green Pharmacy. Cytrynę zastąpiłam octem jabłkowym, znanym ze swoich właściwości domykających łuski włosów i ograniczających przetłuszczanie się skalpu. Na długość dodałam oliwę z oliwek.


Trochę za bardzo zaszalałam z ilością octu, ale mimo wszystko było ok :) Nie zrobiłam zdjęć, bo też nie miałam niczego ciekawego do pokazania ;) Włosy w lepszej kondycji, pogrubione, szczególnie końcówki, chociaż nie miały szczególnego blasku. 

Wy też stosujecie stare dobre jajco? :)

niedziela, 5 października 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 2

Denko jest przedwyjazdowe, a teraz jest już dawno po wyjeździe, oj kiepsko z tym moim pisaniem na bloga, kiepsko... Ale część pierwsza była (tu: klik!), więc i druga musi być. 

Część pierwsza była włosowa, ta będzie bardziej "ciałowa". No to jedziemy! ;)


1. Perfecta: Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu z wyciągiem z bawełny i świetlikiem. Dostałam go na święta i mimo standardowej pojemności sukcesywnie zużywałam go przez pół roku, a to dlatego, że kiepsko radzi sobie z makijażem wodoodpornym i do tego celu musiałam jednocześnie używać innych produktów. W ogóle nie rozpuszcza wodoodpornej maskary; usuwałam ją właściwie mechanicznie, czyli mocno pocierając oczy wacikiem. Z drugiej strony jest cudowny do zmywania zwykłego makijażu - całkiem dobrze sobie z nim radzi i przede wszystkim redukuje uczucie zmęczonych oczu i zaczerwienienie. Dla tego działania używałam go z rana, mimo że wtedy niczego nie zmywałam - wyciąg ze świetlika delikatnie rozjaśnia i łagodzi. Ten płyn micelarny potrafił "postawić moje oczy na nogi" z samego rana, ale to chyba za mało, bym kupiła go ponownie. Podobne działanie wykazują kompresy z herbatki ze świetlika.

2. Garnier Czysta Skóra Active: Ultrazłuszczający peeling z kwasem salicylowym i Herbarepair. Zajęło mi dobre 5 lat, by wreszcie uświadomić sobie, że nie powinnam używać mechanicznych peelingów, bo podrażniają moją naczynkową trądzikową cerę, fundując efekt buraka i dodatkowe wypryski. Jednak przez pewien czas byłam z tego produktu bardzo zadowolona - na tyle, że zużyłam 2 czy 3 jego opakowania. Jest to najbardziej odpowiedni dla cery takiej jak moja peeling mechaniczny, a to dlatego, że jest bardzo drobnoziarnisty i zawiera kwas salicylowy, pomocny w leczeniu trądziku. Robi co powinien i pozostawia przyjemne uczucie świeżości. Zawiera SLS, ale jakoś się nie pieni i nie wysusza. Gdyby moja cera nie była tak kapryśna, dalej bym go używała. 
Gdzie i za ile: drogerie, ok. 16 zł

3. Hean Cosmetics: Slim No Limit (kuracja ujędrniająca) Peeling Masaż solankowy do ciała z miłorzębem japońskim i d-panthenolem. Zakupiony jako peeling do całego ciała, a w szczególności do miejsc dotkniętych cellulitem. I tu nie jestem ekspertką, bo nigdy nie zauważyłam u siebie by jakiekolwiek peelingi poprawiały stan mojej pomarańczowej skórki, chyba że domowy peeling kawowy, który daje efekty dzięki dużej zawartości kofeiny. Ujędrniający masaż solankowy średnio ściera, ujędrnienia natomiast nie zauważyłam na żadnej części ciała. Powiedziałabym, że prawie bubel. Więcej raczej nie kupię - są lepsze peelingi, które dodatkowo przyjemniej pachną, a najbardziej kocham domowe sposoby, ścierające rękawice i szczotkowanie na sucho (sposób podpatrzony u Aliny).
Gdzie i za ile: Rossman, ok. 13 zł

4. Nivea Supreme Touch z masłem shea i olejkiem z orzechów macadamia (żel pod prysznic). Przyjemnie pachnie. Producent obiecuje uczucie nawilżenia także po wytarciu ręcznikiem i rzeczywiście ten żel wysusza moją skórę mniej niż inne ;) Być może kupię ponownie, ale tylko na promocji, bo cena regularna wydaje mi się nieco za wysoka jak na taką pojemność.
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena promocyjna: 7 zł

5. Facelle Waschlotion, duftneutral, mit Avocado- und Kamillenextrakt, czyli bezzapachowy płyn do higieny intymnej Facelle z ekstraktem z awokado i rumianka. Hit włosowej blogosfery i dobry płyn do mycia wszystkiego. Mi jednak średnio przypadł do gustu, bo jest taki jakby śliski i ciężko go zmyć ze skóry, natomiast włosy po umyciu nim są jakby tępe i splątane, ogólnie ciężko umyć nim głowę, a po wysuszeniu jest jeszcze gorzej. No cóż, co kto lubi - ja akurat lubię co innego. ;)
Gdzie i za ile: Rossman, cena ok. 4 zł, w promocji za 2 zł (!)



6. Nie wiem czemu pominęłam jeszcze antyperspirant Adidas Pro Clear Cool&Care, roll-on, widoczny na zbiorczym zdjęciu powyżej. To już moje kolejne rozczarowanie dezodorantami Adidas. Od marki sportowej wymagam maksymalnej ochrony, a on sprawuje się przeciętnie. O wiele lepiej działają na mnie antyperspiranty Garniera. Więcej nie kupię, chyba że będzie w mega promocji ;)
Gdzie i za ile: drogerie i supermarkety, cena do 13 zł


7. Dołączam też kolejny produkt, który nie załapał się na żadne zdjęcie grupowe (ale nieogar!), czyli Seboradin: Maska przeciw wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Poniżej przedstawiam obietnice producenta...


Ale super! Żeby tylko jeszcze tak to działało :D Włosy po tej masce są bardziej sprężyste i lśniące, to prawda, ale tak jak wypadały, tak dalej wypadają. Stosowałam tą maskę tylko na skalp, bo zależało mi tylko na działaniu ograniczającym wypadanie, trzymałam dłużej niż zalecane 5 minut - i nic. 
Skład:


Na pewno nie kupię ponownie. Jest za droga jak na takie działanie i pojemność, w dodatku nie spełnia swojego głównego zadania, czyli nie ogranicza wypadania.
Gdzie i za ile: niektóre apteki i niesieciowe drogerie, internet (np. doz.pl), cena 25 zł.

To wszystko! Tak długo zwlekałam z tym denkiem, że niedługo będzie chyba następne :D
A jak Wam idzie zużywanie kosmetyków?

poniedziałek, 8 września 2014

Maska Biovax Latte - recenzja

Od dawna polowałam na Biovaxa, ale nie mogłam zdobyć się na kupno żadnej z tych masek w pełnej cenie, czyli co najmniej 20 zł. Pewnego słonecznego dnia znalazłam promocję w Naturze, gdzie można je było dostać za ok. 14 zł. Nie było tam jednak żadnej z masek, które mnie interesowały (do włosów jasnych lub zniszczonych lub przetłuszczających się), więc zdecydowałam się na tą z proteinami mlecznymi, bo tak czy siak chciałam wypróbować kosmetyk z tym składnikiem.




Opakowanie: w papierowym pudełku jak zawsze znajduje się plastikowy słoiczek z maską oraz plastikowy czepek i mała saszetka serum z witaminą A i E. Słoiczek nie jest odkręcany, tylko otwierany, a wieczko nie ma możliwości uciec, co jest bardzo wygodne.

Zapach: budyń waniliowo-śmietankowy z odrobiną chemii

Konsystencja: budyniowa :)

Wydajność: dobra

Skład: przyjazny zdrowiu, bez SLSów, parabenów czy wysuszających alkoholi, proteiny mleczne i laktoza dosyć wysoko w składzie. Niestety skład nie jest dostępny na pudełku, tylko na słoiczku, więc trzeba szukać go w internecie albo zapoznać się z nim dopiero w domu, po rozpakowaniu pudełka.

Składniki: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth - 20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Amodimethicone, Isopropyl Myristate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Acetylated Lanolin, Glycerin, Lawsonia Inermis Extract, Mel (Honey) Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Silk, Parfum, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Cinnamal, Potassium Sorbate.


Działanie: po nałożeniu na włosy nie wchłania się natychmiastowo, co bardzo cenię. Włosy są śliskie od maski. Nie potrzeba dużej ilości by dobrze pokryć włosy, dzięki czemu jest dosyć wydajna. Producent zaleca trzymanie jej przez ok. 15 minut lub dłużej - wreszcie ktoś jest świadomy, że 5 minut to generalnie za mało :P  Zalecane jest również użycie dołączonego plastikowego czepka i owinięcie głowy dodatkowo ręcznikiem, co sprawia, że składniki lepiej penetrują włos. 
Maska całkiem dobrze nawilża, chociaż nie spektakularnie. Powiedziałabym, że dobrze jak na swoją cenę. Czy rzeczywiście trwale odbuduje osłabione włosy - przekonamy się, gdy skończę kurację (została mi ilość na jeszcze jedno użycie). Bardzo wygładza włosy, o co podejrzewam płynny jedwab, jednak efektem ubocznym jest przyklap, który jest tym większy, im dłużej trzymamy maskę na włosach, ale nie zrażajcie się - moje włosy są permanentnie oklapnięte, plus te u nasady są w całkiem dobrej kondycji, więc łatwo je obciążyć (nałożyłam maskę na całą długość, aż po skalp). Ale przyznam, że tak ekstremalnej płaskości czupryny nie zauważyłam od dawna :)

Zastosowałam tą maskę w ten sposób:

- przed myciem: maska Biovax Latte na ok. 10 minut, pod czepek i ręcznik
- mycie: żółty szampon Johnson's dla dzieci
- maska: maska Biovax Latte na ok. 25 minut pod dołączony do opakowania czepek foliowy i ręcznik


Efekty (2 pierwsze zdjęcia zostały użyte też w mojej ostatniej aktualizacji włosowej):



Z lampą błyskową: 


Bez lampy błyskowej, w naturalnym (jakkolwiek słabym) świetle:




Oraz w sztucznym świetle żarówek:




Plusy maski Biovax Latte:
  • nawilża włosy w stopniu dostatecznym
  • wygładza
  • nadaje blask
  • prawdopodobnie pomaga odbudować włosy
  • dosyć wydajna

Minusy:
  • przyklap :(
  • końcówki fruwają na wietrze
No właśnie, jak to możliwe, że po tej masce włosy są płaskie i oklapnięte u nasady, a końcówki żyją własnym życiem? ;) Podejrzewam o to glicerynę i bardzo wysoką wilgotność powietrza (humektanty + punkt rosy itd...).

Ogólna ocena: 4/5

Byłoby 5/5, gdyby nie oklap stulecia i gliceryna, w dodatku efekt wygładzenia nie jest aż tak spektakularny jeśli nie użyję szczotki z naturalnego włosia, a zapach jest przyjemny tylko na pierwszy niuch - potem czuć dziwny chemiczny zapaszek, który rujnuje efekt budyniu. Za taką cenę mogłoby być lepiej. Konewka poleciła mi Pilomaxa, który jest tańszy i ponoć lepszy niż Biovax, znacie? :)




czwartek, 28 sierpnia 2014

Aktualizacja włosowa + obecna pielęgnacja

Aktualizacja włosowa, w sumie pierwsza, ale od czegoś trzeba zacząć. Chociaż nie wiem jak często będę mogła zamieszczać aktualizacje, bo ciężko mi zrobić odpowiednie zdjęcia. Teraz akurat mi się udało, więc zamieszczam efekty poniżej.



Te zdjęcia zostały zrobione 2 lipca, kilka dni po podcięciu końcówek (w kształcie bardzo delikatnej litery U) u bardzo miłej fryzjerki chyba z Ukrainy. Nie było nam się łatwo komunikować, ale pani na szczęście doskonale wiedziała, co robi i wszystko było ok :) Cieszę się też, że zapłaciłam za to 10 zł, a nie 40 lub 60, jak w prawie wszystkich innych salonach... No litości, błagam. 

Na tym zdjęciu musiałam wetrzeć w końcówki trochę olejku Alterra Pomarańcza i Brzoza, bo zupełnie nie chciały współpracować. Wyczesałam też włosy szczotką z włosia dzika (taką z dodatkiem grubszych włosów syntetycznych).


Teraz aktualizacja z 22 sierpnia, czyli prawie 2 miesiące później:

Wyglądam tu na rudą :D


A z lampą błyskową kolor jest już normalny. Przed zdjęciem również wyczesałam włosy szczotką z dzika, ale nie wcierałam żadnych olejków.
Niestety mój fotograf nie zna tajników fotografowania włosów dla włosomaniaczek i niestety stoję tu trochę bokiem, co nieco utrudnia ocenę przyrostu, ale moim zdaniem widać różnicę, chociaż włosy nie rosną mi ostatnio jak na drożdżach...

Różnicę widać szczególnie w wyglądzie włosów, czego się nie spodziewałam. Odkąd przyjechałam do Ameryki, czyli od lipca, używam zupełnie innych produktów niż w Polsce, mimo że wiele z nich jest tam dostępnych, a niektóre, np. maska Biovax Latte z proteinami mlecznymi przywiozłam ze sobą. Więc od 2 miesięcy moja pielęgnacja włosów wygląda o tak:
- olejowanie: ekologiczny olej kokosowy (jest tu tańszy!);  Sesa (zakupioną online) - także na skalp (2-3 razy w tygodniu) i przywieziony z Polski olejek Alterra Pomarańcza i Brzoza
- maska: Biovax Latte z proteinami mlecznymi (około 1-2 razy w tygodniu), sporadycznie: maska z żółtek i oleju sojowego lub kokosowego
- szampony: Johnson&Johnson żółty szampon dla dzieci (z rodzaju No More Tears), rosyjski ekologiczny szampon różany marki krzak, przynajmniej dopóki nie ogarnę cyrylicy (zakupiony online), sporadycznie drogeryjny szampon z SLS i SLES Pantene Pro-V Smooth and Sleek (nie jest zbyt mocny)
- odżywki: Herbal Essences Color Me Happy z ekstraktem z róży, Pantene Pro-V Smooth and Sleek, Finesse All Hair Types z lawendą głównie do mycia, OGX Argan Oil of Morocco - malutkie opakowanie, z jakiegoś powodu myślałam, że to odżywka b/s, ale jest d/s; zawiera alkohol izopropylowy. Odżywka bez spłukiwania, ułatwiająca rozczesywanie: Garnier Fructis Style Sleek & Shine Blow Dry Perfector Straightening Balm (ale długa nazwa!)

I porównanie:








Oj ciężko tu cokolwiek porównać, wiem. Ale ja widzę mały przyrost i na pewno dużą różnicę w wyglądzie włosów.

Będę tu jeszcze ok. 3 tygodnie, potem wracam do Polski i starej pielęgnacji. Na pewno zabiorę ze sobą parę rzeczy stąd, bo naprawdę są fajne. Na pewno napiszę też oddzielny post o moich amerykańskich zakupach włosowych i kosmetycznych, bo jest o czym :) 


niedziela, 17 sierpnia 2014

Zmiana składów odżywki Aussie?



Ulubioną odżywką mojego ukochanego jest australijska Aussie 3 Minute Miracle Moist, która działa na jego włosy tak dobrze, że używa jej tylko sporadycznie - efekty (i zapach) utrzymują się całkiem długo jak na odżywkę. Poza tym jest dosyć droga, co również jest powodem do oszczędzania na specjalne okazje. Ponieważ zawartość opakowania zbliżała się do końca, wybraliśmy się do sklepu po nowy zapas. Jak widać na zdjęciu powyżej, zmienił się wygląd (po lewej stare, po prawej nowe). Jednak po przeczytaniu składów w domu okazało się, że zmian było więcej...


Skład starej wersji wygląda cudownie:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Glutamic Acid, Fragrance/Parfum, Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone.

Czyli woda, emolienty, kondycjoner, emulgator, lekki silikon (niekoniecznie w tej kolejności) na wstępie, za nimi mnóstwo dobroci, które w największej mierze przyczyniają się do cudownego działania odżywki, a także jej wysokiej ceny, czyli dobroczynne wyciągi i oleje (zaznaczone na zielono). Potem mamy aminokwas i zapach, czyli zaznaczony na czerwono Fragrance/Parfum. Dlaczego na czerwono? A no dlatego, że składy kosmetyków rządzą się takim prawem, że składniki występują w kolejności według najwyższego stężenia/ilości. W tej wersji odżywki widać, że naturalne wyciągi oraz oczywiście substancje zaznaczone na niebiesko występują w dużej ilości. Zapach jest taką jakby czerwoną granicą, bo jeśli coś jest w składzie po zapachu, to znaczy, że są to śladowe ilości, które nijak nam nie pomogą. Zwykle po zapachu występują głównie konserwanty. Albo wątpliwej jakości olej arganowy w podejrzanie tanich kosmetykach, które chwalą się jego zawartością :P

Tak więc tu wszystko wygląda dobrze. Teraz spójrzmy na skład z nowego opakowania...



Różni się on od starego jednym ważnym szczegółem:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, DimethiconeFragrance/ParfumAloe Barbadensis Leaf Extract (wyciąg z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone, Glutamic Acid. 

Widzicie gdzie jest zapach? Przed tym, co najważniejsze! Czerwona granica została przesunięta praktycznie na sam początek, tuż po silikonach, emulgatorach i chemicznych kondycjonerach. Poza tym kwas glutaminowy - aminokwas - został przesunięty na samiusieńki koniec. Oprócz tego jeszcze stężenie ekstraktów wydaje się inne: wcześniej pierwszym z ekstraktów był wyciąg z alg, teraz jest on ostatni. Sok z liści aloesu zmienił się w wyciąg.

Czyżby Australijczycy podstępnie zmienili recepturę, by zaoszczędzić na drogich składnikach i zarobić jeszcze więcej pieniędzy? (cena pozostaje taka sama).
I tak i nie.
Z jednej strony może tylko stężenie mieszanki zapachowej wzrosło tak bardzo, że zwyczajnie wyprzedziło wszystko inne? Nie da się zaprzeczyć, że nowa wersja jest o wiele bardziej aromatyczna. Mój luby po jej użyciu pachnie jak mała perfumeria. Nie zauważył on natomiast żadnej znaczącej różnicy w działaniu między starą a nową wersją, no ale nie oszukujmy się, to przecież facet... (Być może różni się od innych typowych facetów w tym, że używa odżywek do włosów, ale ich dobór jest raczej przypadkowy. Nie usłyszę od niego elaboratów na temat różnicy w dociążeniu, nawilżeniu, skręcie itd.) Ja zorientowałam się, że użył tej odżywki właśnie z powodu zapachu, wyczuwalnym już z odległości pół metra ;) ale nie zauważyłam radykalnej różnicy w wyglądzie włosów. Może tylko trochę lepszy skręt. Ale włosy na czubku głowy są nadal spuszone, chociaż odrobinę mniej niż przedtem.

Z drugiej strony rzeczywiście nie da się zaprzeczyć prawom rządzącym zamieszczaniem składów na opakowaniach i temu, że zapachy czy barwniki zawsze występują w bardzo niewielkich stężeniach i to, co pojawia się za nimi, ma stężenie jeszcze niższe, wręcz śladowe. Nawet jeśli w nowej wersji rzeczywiście jest więcej zapachu niż w starej, to nie może go być aż tyle, by było możliwe utrzymanie takich samych stężeń wyciągów roślinnych mimo tego, że są one PO ZAPACHU. Więc moim zdaniem skład uległ zmianie: obniżone zostały stężenia dobroczynnych składników. Nie wiadomo tylko jak bardzo.

Wcześniej kupno tej odżywki było opłacalne, a teraz - nie wiadomo. Bo jeśli rzeczywiście mam płacić dwadzieścia ileś złotych za przeciętną odżywkę z fikcyjnymi ekstraktami nawilżającymi, to mogę równie dobrze kupić coś tańszego, z takim samym początkiem (tym na niebiesko).

Konkluzja: zawsze sprawdzać skład! A najlepiej to do celów nawilżenia kupować po prostu maski, z bogatszym składem, ewentualnie dokupić sobie glicerynę czy butelkę soku z aloesu i dodawać do masek i odżywek.

Wszystko co dobre musi kiedyś się skończyć... :( Aussie, Garnier Ultra Doux Avocado i Karite (dodano wysuszający Isopropyl Alcohol), Jantar (radykalnie odmienna formuła)... Jeśli znacie jakieś inne produkty, których składy zostały cichaczem zmienione, dajcie znać! :)

sobota, 9 sierpnia 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 1

Przed moim wyjazdem starałam się "zdenkować", czyli ludzkim językiem zużyć jak najwięcej kosmetyków - nie chciałam, żeby tuziny na wpół zużytych butelek zalegały samotnie w łazience podczas mojej prawie 3-miesięcznej nieobecności.

Zapraszam więc do lektury mojego pierwszego denkowego posta i recenzowanych przy tej okazji kosmetyków :)

Zrobiłam z tego 2 części, bo nikt nie lubi czytać przydługich postów (tylko ja...).


Jak widać większość z nich to kosmetyki włosowe: maski i odżywki; od nich też zacznę.


1. Alberto Balsam Juicy Green Apple - odżywka do włosów normalnych/przetłuszczających się. Kupiłam ją z zamiarem zużycia do mycia głowy i w tej roli spisała się świetnie! Nie pieni się za bardzo, ale mimo to skutecznie odświeża włosy lepiej niż niejeden szampon. Bardzo korzystny skład - brak parabenów czy wysuszających alkoholi (na reszcie się póki co nie znam ;) )


Gdzie kupiłam i za ile: Tesco, ok. 7 zł za 400 ml

2. Alterra maska nawilżająca z granatem i aloesem - chyba nikomu nie trzeba tego klasyka przedstawiać ;) Dla mnie jednak - odpada... Czy to przez zawartość wysuszającego alkoholu izopropylowego, czy przez to, że moje włosy po prostu pragną czego innego - nie wiem. Wiem natomiast, że ta maska zbyt wiele dla moich włosów nie robi i raczej nie kupię jej ponownie. Solo po myciu potrafiła czasem nawet pogorszyć stan/wygląd moich włosów (większa widoczność rozdwojonych końcówek i "białych kulek"), natomiast użyta do zmywania oleju zdziałała cuda (link do tej niedzieli dla włosów tutaj - klik!)
Gdzie i za ile: Rossman (tylko), ok. 10 zł lub 6 zł w promocji / 150 ml

3. Odżywka Gliss Kur Ultimate Oil Elixir - kolejne rozczarowanie! Kupiłam Gliss Kura ze względu na dużą zawartość keratyny, której moje niskoporowate włosy potrzebują... a tu klapa :( Pamiętam mojego pierwszego Gliss Kura - bodajże czarnego. Byłam wtedy zachwycona, bo standardowa ilość odżywki fenomenalnie wygładzała moje włosy i ułatwiała rozczesywanie. Tutaj natomiast takiego efektu nie ma. Tak samo zawiedziona byłam różową i białą wersją. Niebieska i czarna są póki co najlepsze.
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 15 zł/400 ml

4. Joanna Argan Oil serum do zniszczonych końcówek. Świetne serum silikonowe, olej arganowy gdzieś tam sobie siedzi za górami, za lasami... ale to nieistotne! Istotne jest to, że ta odżywka bez spłukiwania działa bez zarzutów i jest megawydajna. Malutka kapka starczy, by na cały dzień zabezpieczyć końcówki. Nieco większa ilość (ale i tak mniejsza niż standardowa porcja odżywki do spłukiwania) nałożona na mokre włosy wygładza i ułatwia rozczesywanie do tego stopnia, że wystarczą dosłownie 3 pociągnięcia grzebieniem, by wszystko ładnie rozczesać :) Przy gęstych/grubych konieczne będzie oczywiście trochę więcej wysiłku, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Używana w ten sposób była niezastąpiona po basenie, kiedy moje włosy są matowe, splątane i ogólnie pokrzywdzone przez los i wodę basenową. Joanna Argan Oil to cała seria, włącznie z szamponem, maską, jedwabiem w sprayu i odżywką do spłukiwania, ale nie spróbowałam żadnej z nich. Szampon jest na pewno z SLS/SLES, czyli jak dla mnie odpada. Co reszty nie będę się wypowiadać, ale po tym serum mam ochotę dać jej szansę. 
Ach, o mało nie zapomniałabym o zapachu. Pachnie cudownie. Tak jakoś... orzechowo, kakaowo, kokosowo... oj nie wiem jak to opisać, ale kocham takie zapachy. Ciężko mi było powstrzymać się od ciągłego wąchania włosów :D
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 6-7 zł/50 g

Część druga denka w opracowaniu :)

niedziela, 22 czerwca 2014

Niedziela dla włosów IV

To nie jest moja czwarta niedziela dla włosów W OGÓLE, tylko po prostu czwarta opisana na blogu. Tak to było ich o wiele więcej, nawet kilka razy w tygodniu :)

Dzisiejszy post będzie krótko i na temat. Przynajmniej taki mam plan.

1. Do snu, w sobotę wieczorem: odżywka/mgiełka Isana Oil Care w sprayu wzbogacona olejem Alterra Pomarańcza i Brzoza. Dałam naprawdę sporo tego oleju, bo ta mgiełka sama w sobie jest BEZ-NA-DZIEJ-NA. Ale z olejem to już zupełnie inna sprawa! Mimo to nie mogę się doczekać aż ją skończę, żeby móc wykorzystać buteleczkę do mgiełek własnej roboty, bo to dobra buteleczka, atomizer nie zacina się i psika rozsądną ilością. Chociaż jedna zaleta tej Isany :D Jednocześnie wadą jest duża ilość... 400 ml... D:

2. Rano, na ok. godzinę: olejowanie na sucho mieszanką: oliwa z oliwek, olej z pestek winogron i w niewielkich ilościach olej słonecznikowy i rycynowy. 

3. Szampon Gliss Kur Oil Nutritive (z SLS). A to dlatego, że nie wolno mi nakładać takich ciężkich olejowych masek jak te w kolejnym punkcie na przetłuszczony skalp. Zresztą nikomu nie polecam.

4. Maska z żółtka jaja i olei na skalp i na długość. Piekłam jednocześnie super zdrowe i pożywne batoniki owsiane, do czego potrzebowałam piany z dwóch białek. A co z żółtkami? Cóż, w domu włosomaniaczki nic się nie marnuje :D Podzieliłam żółtka na 2 części: do jednej dolałam olej rycynowy, łopianowy ze skrzypem Green Pharmacy i łyżeczkę octu jabłkowego - to na skalp. Na długość: żółtko z olejem łopianowym Green Pharmacy i oliwą z oliwek. Starałam się wykonać masaż skalpu podczas gdy była na nim maska, ale było to trudne, bo mimo rozcieńczenia żółtka z olejami praktycznie 1:1, jego "sklejające" właściwości ani trochę nie zmalały. Nie chciało mi się zakładać czepka foliowego, który się zresztą trochę podarł, więc jajo szybko zaschło na włosach. W związku z tym nałożyłam na to jeszcze hojną porcję tej mojej olejowej mieszanki "oliwno-winogronowej". Oj, było na bogato :D

5. Po 20 minutach zmyłam szamponem Alterra Jojoba i Migdały dla wrażliwej skóry głowy. O dziwo jeden raz wystarczył, żeby wszystko się dobrze domyło.

6. Odżywka Timotei Lśniący Blask z olejem sezamowym z maską Alterra Granat i Aloes, w proporcji 3:1, na ok. 5 minut pod czepek i ręcznik.

7. Płukanka ze skrzypu.

8. Po odciśnięciu włosów z wody: maska Ziai Intensywny Kolor (czerwona, w słoiczku) bez spłukiwania. Na splątane sianko z prawej strony dodatkowo odżywka bez spłukiwania na końcówki Joanna Argan Oil, niestety mało, bo już mi się kończy. 

9. Eliksir Ziołowy przeciw wypadaniu Green Pharmacy na skalp, plus masaż skalpu opuszkami palców. Podkreślam ten masaż, bo naprawdę się do niego przyłożyłam - zwykle przy wcieraniu wcierek robię to dosyć szybko i trochę byle jak.

10. Dałam włosom wyschnąć naturalnie.


I focie "po", wszystkie w naturalnym świetle (słabym z racji 100% chmur i 0% słońca za oknem) i bez lampy:


Nie rozczesywałam włosów przed zrobieniem zdjęć, bo ogólnie czeszę je jak najmniej. Mimo to efekt jest super: widać maksimum blasku, jaki jestem w stanie wydobyć z moich nisko- w stronę średnioporowatych włosów. 

A na poniższym zdjęciu powód, dla którego w odpowiednim świetle ludzie posądzają mnie o bycie blondynką lub robienie sobie pasemek (nigdy nie tknęłam farby! a szamponetki - od co najmniej pół roku):


A tu końcówki i szpan moim liceum, dostaliśmy te koszulki na ukończenie. ZOŚKOWCYYY!


Czo te włosy, tak się falują....
Kiedyś myślałam, że mam falowane włosy. Potem, że proste. A teraz to już nie wiem. Zobaczymy, co będą robić po tym, jak uda mi się pozbyć tego strasznego cieniowania. Na razie nie chce mi się bawić z całym "wydobywaniem skrętu", suszeniem dyfuzorem itd. Chociaż może są i falowane - widzę wiele falowanych/kręconych, które mówią, że "do skrętu potrzebują dużo protein". Ja właśnie poczęstowałam swoje włosy toną protein, więc może?...

:)

Zobacz również: