poniedziałek, 8 września 2014

Maska Biovax Latte - recenzja

Od dawna polowałam na Biovaxa, ale nie mogłam zdobyć się na kupno żadnej z tych masek w pełnej cenie, czyli co najmniej 20 zł. Pewnego słonecznego dnia znalazłam promocję w Naturze, gdzie można je było dostać za ok. 14 zł. Nie było tam jednak żadnej z masek, które mnie interesowały (do włosów jasnych lub zniszczonych lub przetłuszczających się), więc zdecydowałam się na tą z proteinami mlecznymi, bo tak czy siak chciałam wypróbować kosmetyk z tym składnikiem.




Opakowanie: w papierowym pudełku jak zawsze znajduje się plastikowy słoiczek z maską oraz plastikowy czepek i mała saszetka serum z witaminą A i E. Słoiczek nie jest odkręcany, tylko otwierany, a wieczko nie ma możliwości uciec, co jest bardzo wygodne.

Zapach: budyń waniliowo-śmietankowy z odrobiną chemii

Konsystencja: budyniowa :)

Wydajność: dobra

Skład: przyjazny zdrowiu, bez SLSów, parabenów czy wysuszających alkoholi, proteiny mleczne i laktoza dosyć wysoko w składzie. Niestety skład nie jest dostępny na pudełku, tylko na słoiczku, więc trzeba szukać go w internecie albo zapoznać się z nim dopiero w domu, po rozpakowaniu pudełka.

Składniki: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth - 20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Amodimethicone, Isopropyl Myristate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Acetylated Lanolin, Glycerin, Lawsonia Inermis Extract, Mel (Honey) Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Silk, Parfum, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Cinnamal, Potassium Sorbate.


Działanie: po nałożeniu na włosy nie wchłania się natychmiastowo, co bardzo cenię. Włosy są śliskie od maski. Nie potrzeba dużej ilości by dobrze pokryć włosy, dzięki czemu jest dosyć wydajna. Producent zaleca trzymanie jej przez ok. 15 minut lub dłużej - wreszcie ktoś jest świadomy, że 5 minut to generalnie za mało :P  Zalecane jest również użycie dołączonego plastikowego czepka i owinięcie głowy dodatkowo ręcznikiem, co sprawia, że składniki lepiej penetrują włos. 
Maska całkiem dobrze nawilża, chociaż nie spektakularnie. Powiedziałabym, że dobrze jak na swoją cenę. Czy rzeczywiście trwale odbuduje osłabione włosy - przekonamy się, gdy skończę kurację (została mi ilość na jeszcze jedno użycie). Bardzo wygładza włosy, o co podejrzewam płynny jedwab, jednak efektem ubocznym jest przyklap, który jest tym większy, im dłużej trzymamy maskę na włosach, ale nie zrażajcie się - moje włosy są permanentnie oklapnięte, plus te u nasady są w całkiem dobrej kondycji, więc łatwo je obciążyć (nałożyłam maskę na całą długość, aż po skalp). Ale przyznam, że tak ekstremalnej płaskości czupryny nie zauważyłam od dawna :)

Zastosowałam tą maskę w ten sposób:

- przed myciem: maska Biovax Latte na ok. 10 minut, pod czepek i ręcznik
- mycie: żółty szampon Johnson's dla dzieci
- maska: maska Biovax Latte na ok. 25 minut pod dołączony do opakowania czepek foliowy i ręcznik


Efekty (2 pierwsze zdjęcia zostały użyte też w mojej ostatniej aktualizacji włosowej):



Z lampą błyskową: 


Bez lampy błyskowej, w naturalnym (jakkolwiek słabym) świetle:




Oraz w sztucznym świetle żarówek:




Plusy maski Biovax Latte:
  • nawilża włosy w stopniu dostatecznym
  • wygładza
  • nadaje blask
  • prawdopodobnie pomaga odbudować włosy
  • dosyć wydajna

Minusy:
  • przyklap :(
  • końcówki fruwają na wietrze
No właśnie, jak to możliwe, że po tej masce włosy są płaskie i oklapnięte u nasady, a końcówki żyją własnym życiem? ;) Podejrzewam o to glicerynę i bardzo wysoką wilgotność powietrza (humektanty + punkt rosy itd...).

Ogólna ocena: 4/5

Byłoby 5/5, gdyby nie oklap stulecia i gliceryna, w dodatku efekt wygładzenia nie jest aż tak spektakularny jeśli nie użyję szczotki z naturalnego włosia, a zapach jest przyjemny tylko na pierwszy niuch - potem czuć dziwny chemiczny zapaszek, który rujnuje efekt budyniu. Za taką cenę mogłoby być lepiej. Konewka poleciła mi Pilomaxa, który jest tańszy i ponoć lepszy niż Biovax, znacie? :)




czwartek, 28 sierpnia 2014

Aktualizacja włosowa + obecna pielęgnacja

Aktualizacja włosowa, w sumie pierwsza, ale od czegoś trzeba zacząć. Chociaż nie wiem jak często będę mogła zamieszczać aktualizacje, bo ciężko mi zrobić odpowiednie zdjęcia. Teraz akurat mi się udało, więc zamieszczam efekty poniżej.



Te zdjęcia zostały zrobione 2 lipca, kilka dni po podcięciu końcówek (w kształcie bardzo delikatnej litery U) u bardzo miłej fryzjerki chyba z Ukrainy. Nie było nam się łatwo komunikować, ale pani na szczęście doskonale wiedziała, co robi i wszystko było ok :) Cieszę się też, że zapłaciłam za to 10 zł, a nie 40 lub 60, jak w prawie wszystkich innych salonach... No litości, błagam. 

Na tym zdjęciu musiałam wetrzeć w końcówki trochę olejku Alterra Pomarańcza i Brzoza, bo zupełnie nie chciały współpracować. Wyczesałam też włosy szczotką z włosia dzika (taką z dodatkiem grubszych włosów syntetycznych).


Teraz aktualizacja z 22 sierpnia, czyli prawie 2 miesiące później:

Wyglądam tu na rudą :D


A z lampą błyskową kolor jest już normalny. Przed zdjęciem również wyczesałam włosy szczotką z dzika, ale nie wcierałam żadnych olejków.
Niestety mój fotograf nie zna tajników fotografowania włosów dla włosomaniaczek i niestety stoję tu trochę bokiem, co nieco utrudnia ocenę przyrostu, ale moim zdaniem widać różnicę, chociaż włosy nie rosną mi ostatnio jak na drożdżach...

Różnicę widać szczególnie w wyglądzie włosów, czego się nie spodziewałam. Odkąd przyjechałam do Ameryki, czyli od lipca, używam zupełnie innych produktów niż w Polsce, mimo że wiele z nich jest tam dostępnych, a niektóre, np. maska Biovax Latte z proteinami mlecznymi przywiozłam ze sobą. Więc od 2 miesięcy moja pielęgnacja włosów wygląda o tak:
- olejowanie: ekologiczny olej kokosowy (jest tu tańszy!);  Sesa (zakupioną online) - także na skalp (2-3 razy w tygodniu) i przywieziony z Polski olejek Alterra Pomarańcza i Brzoza
- maska: Biovax Latte z proteinami mlecznymi (około 1-2 razy w tygodniu), sporadycznie: maska z żółtek i oleju sojowego lub kokosowego
- szampony: Johnson&Johnson żółty szampon dla dzieci (z rodzaju No More Tears), rosyjski ekologiczny szampon różany marki krzak, przynajmniej dopóki nie ogarnę cyrylicy (zakupiony online), sporadycznie drogeryjny szampon z SLS i SLES Pantene Pro-V Smooth and Sleek (nie jest zbyt mocny)
- odżywki: Herbal Essences Color Me Happy z ekstraktem z róży, Pantene Pro-V Smooth and Sleek, Finesse All Hair Types z lawendą głównie do mycia, OGX Argan Oil of Morocco - malutkie opakowanie, z jakiegoś powodu myślałam, że to odżywka b/s, ale jest d/s; zawiera alkohol izopropylowy. Odżywka bez spłukiwania, ułatwiająca rozczesywanie: Garnier Fructis Style Sleek & Shine Blow Dry Perfector Straightening Balm (ale długa nazwa!)

I porównanie:








Oj ciężko tu cokolwiek porównać, wiem. Ale ja widzę mały przyrost i na pewno dużą różnicę w wyglądzie włosów.

Będę tu jeszcze ok. 3 tygodnie, potem wracam do Polski i starej pielęgnacji. Na pewno zabiorę ze sobą parę rzeczy stąd, bo naprawdę są fajne. Na pewno napiszę też oddzielny post o moich amerykańskich zakupach włosowych i kosmetycznych, bo jest o czym :) 


niedziela, 17 sierpnia 2014

Zmiana składów odżywki Aussie?



Ulubioną odżywką mojego ukochanego jest australijska Aussie 3 Minute Miracle Moist, która działa na jego włosy tak dobrze, że używa jej tylko sporadycznie - efekty (i zapach) utrzymują się całkiem długo jak na odżywkę. Poza tym jest dosyć droga, co również jest powodem do oszczędzania na specjalne okazje. Ponieważ zawartość opakowania zbliżała się do końca, wybraliśmy się do sklepu po nowy zapas. Jak widać na zdjęciu powyżej, zmienił się wygląd (po lewej stare, po prawej nowe). Jednak po przeczytaniu składów w domu okazało się, że zmian było więcej...


Skład starej wersji wygląda cudownie:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Glutamic Acid, Fragrance/Parfum, Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone.

Czyli woda, emolienty, kondycjoner, emulgator, lekki silikon (niekoniecznie w tej kolejności) na wstępie, za nimi mnóstwo dobroci, które w największej mierze przyczyniają się do cudownego działania odżywki, a także jej wysokiej ceny, czyli dobroczynne wyciągi i oleje (zaznaczone na zielono). Potem mamy aminokwas i zapach, czyli zaznaczony na czerwono Fragrance/Parfum. Dlaczego na czerwono? A no dlatego, że składy kosmetyków rządzą się takim prawem, że składniki występują w kolejności według najwyższego stężenia/ilości. W tej wersji odżywki widać, że naturalne wyciągi oraz oczywiście substancje zaznaczone na niebiesko występują w dużej ilości. Zapach jest taką jakby czerwoną granicą, bo jeśli coś jest w składzie po zapachu, to znaczy, że są to śladowe ilości, które nijak nam nie pomogą. Zwykle po zapachu występują głównie konserwanty. Albo wątpliwej jakości olej arganowy w podejrzanie tanich kosmetykach, które chwalą się jego zawartością :P

Tak więc tu wszystko wygląda dobrze. Teraz spójrzmy na skład z nowego opakowania...



Różni się on od starego jednym ważnym szczegółem:

Water, Stearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, DimethiconeFragrance/ParfumAloe Barbadensis Leaf Extract (wyciąg z liści aloesu), Simmondsia Chinesis (jojoba) seed oil, Ecklonia Radiata Extract (wyciąg z alg australijskich), Benzyl Alcohol, EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylizothiazolinone, Glutamic Acid. 

Widzicie gdzie jest zapach? Przed tym, co najważniejsze! Czerwona granica została przesunięta praktycznie na sam początek, tuż po silikonach, emulgatorach i chemicznych kondycjonerach. Poza tym kwas glutaminowy - aminokwas - został przesunięty na samiusieńki koniec. Oprócz tego jeszcze stężenie ekstraktów wydaje się inne: wcześniej pierwszym z ekstraktów był wyciąg z alg, teraz jest on ostatni. Sok z liści aloesu zmienił się w wyciąg.

Czyżby Australijczycy podstępnie zmienili recepturę, by zaoszczędzić na drogich składnikach i zarobić jeszcze więcej pieniędzy? (cena pozostaje taka sama).
I tak i nie.
Z jednej strony może tylko stężenie mieszanki zapachowej wzrosło tak bardzo, że zwyczajnie wyprzedziło wszystko inne? Nie da się zaprzeczyć, że nowa wersja jest o wiele bardziej aromatyczna. Mój luby po jej użyciu pachnie jak mała perfumeria. Nie zauważył on natomiast żadnej znaczącej różnicy w działaniu między starą a nową wersją, no ale nie oszukujmy się, to przecież facet... (Być może różni się od innych typowych facetów w tym, że używa odżywek do włosów, ale ich dobór jest raczej przypadkowy. Nie usłyszę od niego elaboratów na temat różnicy w dociążeniu, nawilżeniu, skręcie itd.) Ja zorientowałam się, że użył tej odżywki właśnie z powodu zapachu, wyczuwalnym już z odległości pół metra ;) ale nie zauważyłam radykalnej różnicy w wyglądzie włosów. Może tylko trochę lepszy skręt. Ale włosy na czubku głowy są nadal spuszone, chociaż odrobinę mniej niż przedtem.

Z drugiej strony rzeczywiście nie da się zaprzeczyć prawom rządzącym zamieszczaniem składów na opakowaniach i temu, że zapachy czy barwniki zawsze występują w bardzo niewielkich stężeniach i to, co pojawia się za nimi, ma stężenie jeszcze niższe, wręcz śladowe. Nawet jeśli w nowej wersji rzeczywiście jest więcej zapachu niż w starej, to nie może go być aż tyle, by było możliwe utrzymanie takich samych stężeń wyciągów roślinnych mimo tego, że są one PO ZAPACHU. Więc moim zdaniem skład uległ zmianie: obniżone zostały stężenia dobroczynnych składników. Nie wiadomo tylko jak bardzo.

Wcześniej kupno tej odżywki było opłacalne, a teraz - nie wiadomo. Bo jeśli rzeczywiście mam płacić dwadzieścia ileś złotych za przeciętną odżywkę z fikcyjnymi ekstraktami nawilżającymi, to mogę równie dobrze kupić coś tańszego, z takim samym początkiem (tym na niebiesko).

Konkluzja: zawsze sprawdzać skład! A najlepiej to do celów nawilżenia kupować po prostu maski, z bogatszym składem, ewentualnie dokupić sobie glicerynę czy butelkę soku z aloesu i dodawać do masek i odżywek.

Wszystko co dobre musi kiedyś się skończyć... :( Aussie, Garnier Ultra Doux Avocado i Karite (dodano wysuszający Isopropyl Alcohol), Jantar (radykalnie odmienna formuła)... Jeśli znacie jakieś inne produkty, których składy zostały cichaczem zmienione, dajcie znać! :)

sobota, 9 sierpnia 2014

Przedwyjazdowe denko cz. 1

Przed moim wyjazdem starałam się "zdenkować", czyli ludzkim językiem zużyć jak najwięcej kosmetyków - nie chciałam, żeby tuziny na wpół zużytych butelek zalegały samotnie w łazience podczas mojej prawie 3-miesięcznej nieobecności.

Zapraszam więc do lektury mojego pierwszego denkowego posta i recenzowanych przy tej okazji kosmetyków :)

Zrobiłam z tego 2 części, bo nikt nie lubi czytać przydługich postów (tylko ja...).


Jak widać większość z nich to kosmetyki włosowe: maski i odżywki; od nich też zacznę.


1. Alberto Balsam Juicy Green Apple - odżywka do włosów normalnych/przetłuszczających się. Kupiłam ją z zamiarem zużycia do mycia głowy i w tej roli spisała się świetnie! Nie pieni się za bardzo, ale mimo to skutecznie odświeża włosy lepiej niż niejeden szampon. Bardzo korzystny skład - brak parabenów czy wysuszających alkoholi (na reszcie się póki co nie znam ;) )


Gdzie kupiłam i za ile: Tesco, ok. 7 zł za 400 ml

2. Alterra maska nawilżająca z granatem i aloesem - chyba nikomu nie trzeba tego klasyka przedstawiać ;) Dla mnie jednak - odpada... Czy to przez zawartość wysuszającego alkoholu izopropylowego, czy przez to, że moje włosy po prostu pragną czego innego - nie wiem. Wiem natomiast, że ta maska zbyt wiele dla moich włosów nie robi i raczej nie kupię jej ponownie. Solo po myciu potrafiła czasem nawet pogorszyć stan/wygląd moich włosów (większa widoczność rozdwojonych końcówek i "białych kulek"), natomiast użyta do zmywania oleju zdziałała cuda (link do tej niedzieli dla włosów tutaj - klik!)
Gdzie i za ile: Rossman (tylko), ok. 10 zł lub 6 zł w promocji / 150 ml

3. Odżywka Gliss Kur Ultimate Oil Elixir - kolejne rozczarowanie! Kupiłam Gliss Kura ze względu na dużą zawartość keratyny, której moje niskoporowate włosy potrzebują... a tu klapa :( Pamiętam mojego pierwszego Gliss Kura - bodajże czarnego. Byłam wtedy zachwycona, bo standardowa ilość odżywki fenomenalnie wygładzała moje włosy i ułatwiała rozczesywanie. Tutaj natomiast takiego efektu nie ma. Tak samo zawiedziona byłam różową i białą wersją. Niebieska i czarna są póki co najlepsze.
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 15 zł/400 ml

4. Joanna Argan Oil serum do zniszczonych końcówek. Świetne serum silikonowe, olej arganowy gdzieś tam sobie siedzi za górami, za lasami... ale to nieistotne! Istotne jest to, że ta odżywka bez spłukiwania działa bez zarzutów i jest megawydajna. Malutka kapka starczy, by na cały dzień zabezpieczyć końcówki. Nieco większa ilość (ale i tak mniejsza niż standardowa porcja odżywki do spłukiwania) nałożona na mokre włosy wygładza i ułatwia rozczesywanie do tego stopnia, że wystarczą dosłownie 3 pociągnięcia grzebieniem, by wszystko ładnie rozczesać :) Przy gęstych/grubych konieczne będzie oczywiście trochę więcej wysiłku, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Używana w ten sposób była niezastąpiona po basenie, kiedy moje włosy są matowe, splątane i ogólnie pokrzywdzone przez los i wodę basenową. Joanna Argan Oil to cała seria, włącznie z szamponem, maską, jedwabiem w sprayu i odżywką do spłukiwania, ale nie spróbowałam żadnej z nich. Szampon jest na pewno z SLS/SLES, czyli jak dla mnie odpada. Co reszty nie będę się wypowiadać, ale po tym serum mam ochotę dać jej szansę. 
Ach, o mało nie zapomniałabym o zapachu. Pachnie cudownie. Tak jakoś... orzechowo, kakaowo, kokosowo... oj nie wiem jak to opisać, ale kocham takie zapachy. Ciężko mi było powstrzymać się od ciągłego wąchania włosów :D
Gdzie i za ile: drogerie, supermarkety, ok. 6-7 zł/50 g

Część druga denka w opracowaniu :)

niedziela, 22 czerwca 2014

Niedziela dla włosów IV

To nie jest moja czwarta niedziela dla włosów W OGÓLE, tylko po prostu czwarta opisana na blogu. Tak to było ich o wiele więcej, nawet kilka razy w tygodniu :)

Dzisiejszy post będzie krótko i na temat. Przynajmniej taki mam plan.

1. Do snu, w sobotę wieczorem: odżywka/mgiełka Isana Oil Care w sprayu wzbogacona olejem Alterra Pomarańcza i Brzoza. Dałam naprawdę sporo tego oleju, bo ta mgiełka sama w sobie jest BEZ-NA-DZIEJ-NA. Ale z olejem to już zupełnie inna sprawa! Mimo to nie mogę się doczekać aż ją skończę, żeby móc wykorzystać buteleczkę do mgiełek własnej roboty, bo to dobra buteleczka, atomizer nie zacina się i psika rozsądną ilością. Chociaż jedna zaleta tej Isany :D Jednocześnie wadą jest duża ilość... 400 ml... D:

2. Rano, na ok. godzinę: olejowanie na sucho mieszanką: oliwa z oliwek, olej z pestek winogron i w niewielkich ilościach olej słonecznikowy i rycynowy. 

3. Szampon Gliss Kur Oil Nutritive (z SLS). A to dlatego, że nie wolno mi nakładać takich ciężkich olejowych masek jak te w kolejnym punkcie na przetłuszczony skalp. Zresztą nikomu nie polecam.

4. Maska z żółtka jaja i olei na skalp i na długość. Piekłam jednocześnie super zdrowe i pożywne batoniki owsiane, do czego potrzebowałam piany z dwóch białek. A co z żółtkami? Cóż, w domu włosomaniaczki nic się nie marnuje :D Podzieliłam żółtka na 2 części: do jednej dolałam olej rycynowy, łopianowy ze skrzypem Green Pharmacy i łyżeczkę octu jabłkowego - to na skalp. Na długość: żółtko z olejem łopianowym Green Pharmacy i oliwą z oliwek. Starałam się wykonać masaż skalpu podczas gdy była na nim maska, ale było to trudne, bo mimo rozcieńczenia żółtka z olejami praktycznie 1:1, jego "sklejające" właściwości ani trochę nie zmalały. Nie chciało mi się zakładać czepka foliowego, który się zresztą trochę podarł, więc jajo szybko zaschło na włosach. W związku z tym nałożyłam na to jeszcze hojną porcję tej mojej olejowej mieszanki "oliwno-winogronowej". Oj, było na bogato :D

5. Po 20 minutach zmyłam szamponem Alterra Jojoba i Migdały dla wrażliwej skóry głowy. O dziwo jeden raz wystarczył, żeby wszystko się dobrze domyło.

6. Odżywka Timotei Lśniący Blask z olejem sezamowym z maską Alterra Granat i Aloes, w proporcji 3:1, na ok. 5 minut pod czepek i ręcznik.

7. Płukanka ze skrzypu.

8. Po odciśnięciu włosów z wody: maska Ziai Intensywny Kolor (czerwona, w słoiczku) bez spłukiwania. Na splątane sianko z prawej strony dodatkowo odżywka bez spłukiwania na końcówki Joanna Argan Oil, niestety mało, bo już mi się kończy. 

9. Eliksir Ziołowy przeciw wypadaniu Green Pharmacy na skalp, plus masaż skalpu opuszkami palców. Podkreślam ten masaż, bo naprawdę się do niego przyłożyłam - zwykle przy wcieraniu wcierek robię to dosyć szybko i trochę byle jak.

10. Dałam włosom wyschnąć naturalnie.


I focie "po", wszystkie w naturalnym świetle (słabym z racji 100% chmur i 0% słońca za oknem) i bez lampy:


Nie rozczesywałam włosów przed zrobieniem zdjęć, bo ogólnie czeszę je jak najmniej. Mimo to efekt jest super: widać maksimum blasku, jaki jestem w stanie wydobyć z moich nisko- w stronę średnioporowatych włosów. 

A na poniższym zdjęciu powód, dla którego w odpowiednim świetle ludzie posądzają mnie o bycie blondynką lub robienie sobie pasemek (nigdy nie tknęłam farby! a szamponetki - od co najmniej pół roku):


A tu końcówki i szpan moim liceum, dostaliśmy te koszulki na ukończenie. ZOŚKOWCYYY!


Czo te włosy, tak się falują....
Kiedyś myślałam, że mam falowane włosy. Potem, że proste. A teraz to już nie wiem. Zobaczymy, co będą robić po tym, jak uda mi się pozbyć tego strasznego cieniowania. Na razie nie chce mi się bawić z całym "wydobywaniem skrętu", suszeniem dyfuzorem itd. Chociaż może są i falowane - widzę wiele falowanych/kręconych, które mówią, że "do skrętu potrzebują dużo protein". Ja właśnie poczęstowałam swoje włosy toną protein, więc może?...

:)

piątek, 20 czerwca 2014

Domowe i zdrowe wody smakowe

Wakacje to okres, w którym wiele osób bierze się za detoks albo idzie na dietę - nic tak nie motywuje jak widok czekającego na nas bikini ;) A nawet jeśli nas to nie dotyczy, nic nie zmienia faktu, że w tym okresie trzeba pić dużo wody, szczególnie podczas upałów. Znam osoby, które nie lubią zwykłej wody, zresztą nie ma co się dziwić - w kółko to samo może się trochę znudzić. Wiele osób sięga wtedy po sklepowe wody smakowe, które zawierają cukier, substancje słodzące, sztuczne aromaty i konserwanty... Jeśli naprawdę zależy nam na zdrowiu i sylwetce, polecam przygotowanie własnej wody smakowej - szczególnie podczas detoksu lub diety oczyszczającej. Dlaczego - zaraz wyjaśnię.



Potrzebujemy:

- dzbanka lub innego sporego naczynia
- oczywiście wody niegazowanej (z kranu jeśli jest ona bezpieczna)
- dodatków, które dodadzą właśnie tego smaku

Wrzucamy dodatki do wody, dobrze mieszamy i zostawiamy na tyle, ile cierpliwość nam pozwoli (najlepiej na noc, ale ja piję już po kilku minutach ;] ).

A jakie te dodatki?
Podzielę je na 2 grupy: oczyszczające (nie mylić z przeczyszczającymi! :P) i pozostałe :)

1. W diecie detoks najlepiej spiszą się:
  • cytryna - to pewnie żadne zaskoczenie :) Sok z cytryny pomaga oczyścić i alkalizować organizm (sprzyja odkwaszaniu).
  • mięta - pomaga na żołądek i w problemach trawiennych. Żeby stworzyć miętową wodę, potrzebujemy kilku świeżych listków. Jeśli nie mamy tej roślinki na parapecie, łatwo możemy ten stan zmienić - wycieczka do supermarketu i 6 zł rozwiąże problem :) W wielu supermarketach na dziale z warzywami i owocami są często półeczki ze świeżymi ziołami w doniczkach, np. rozmaryn, melisa, bazylia czy właśnie mięta. 
  • ogórek - bardziej wszechstronne warzywo, niż by się mogło wydawać! Woda z dodatkiem kilku plasterków świeżego ogórka ma orzeźwiający smak i właściwości przeciwzapalne. Oprócz tego nawadnia organizm lepiej niż sama woda! (porównaj: napoje izotoniczne)
  • imbir - oczyszcza organizm, wspomaga trawienie, dobrze robi na żołądek, czyli właściwie wszystko w jednym :) Ale uwaga, na 1 szklankę wody wystarczy 1 plasterek - imbir długo uwalnia swój aromat. Na początku w ogóle go nie czuć, co kusi, żeby dodać więcej. Kiedy tak zrobimy, mocno potem żałujemy, bo efekt jest piorunujący. Mówię z doświadczenia... :P
(Na podstawie http://www.fitsugar.com/Detox-Lemon-Cucumber-Ginger-Mint-Water-25695903)

Polecam mieszać dodatki. Nigdzie nie jest powiedziane, że należy dodawać tylko 1 rzecz. Wręcz przeciwnie! Najlepiej smakują wody z 2, maksymalnie 3 dodatkami. Oprócz wyżej wymienionych można dodawać owoce i inne zioła. 

2. Owoce i aromatyczne zioła - nie czynią aż tyle dobrego co dodatki z punktu 1, ale świetnie smakują i na pewno nie szkodzą:
  • truskawki
  • jagody
  • owoce cytrusowe, np. pomarańcze, grejpfruty, limonka itd.
  • arbuz
  • ananas
  • maliny i jeżyny
  • rozmaryn
  • szałwia
Możemy mieszać je dowolnie, do wyboru do koloru :) Mi bardzo smakuje moja woda imbirowo-jagodowa:



Jeśli nie macie pomysłu, możecie skorzystać z tych sprawdzonych połączeń:
  • wszystkie cytrusy (pomarańcza + cytryna + grejpfrut + limonka)
  • malina + limonka
  • arbuz + rozmaryn
  • jeżyna + szałwia
  • ananas + mięta
Gotowa woda może stać w lodówce do 3 dni.

(Na podstawie http://www.theyummylife.com/Flavored_Water)

Szkoda, że obecna pogoda nastraja raczej do picia grzańców niż orzeźwiających napojów... Cholerna polska pogoda, jakim cudem w czerwcu może być 14 stopni... Pocieszam się faktem, że za 2 tygodnie będę już w gorącym Teksasie, gdzie najniższa temperatura o tej porze roku to 27 stopni :)



Smacznego! A raczej - do dna! :)

niedziela, 8 czerwca 2014

Niedziela dla włosów - i dla siebie

Uff, wreszcie sesja! Nie, nie zwariowałam :) Dwa tygodnie przed początkiem sesji to był u mnie istny młyn, sajgon i co tam jeszcze - pisanie prac naukowych na łeb na szyję (brzmi dumnie, ale to tylko 12 stron razem ze stroną tytułową, bibliografią itd., a grupa uczestników badania wynosiła jedynie 29 osób... co nie zmienia faktu, że to była moja pierwsza praca badawcza, więc trochę zajęło mi, żeby wszystko rozkminić), uczenie się na 2 zaliczenia przedmiotów dziennie ("zaliczenie" = "egzamin, tylko nie w sesji, więc powiemy, że to zaliczenie, ale będzie śmiesznie"), a na podsumowanie tygodnia wizyta w ambasadzie. Na szczęście już wiem, że niektóre rzeczy poszły dobrze, w tym wizyta w ambasadzie, w związku z czym w te wakacje będę z radością umierała z przegrzania w gorącym jak patelnia Teksasie, jupiiiii! <3
A z nadejścia sesji bardzo się cieszę, bo mam w niej tylko 1 egzamin, i to dopiero za półtora tygodnia, można się wreszcie zrelaksować :) A no i jeszcze jedna praca, ale tym razem prostsza i bardziej przyjemna, bo typowo humanistyczna: socjologia + filmy + historia, o tak.

Wracając do niedzieli dla włosów i siebie. Dlaczego dodałam to "dla siebie"? Ano, od 3 dni boli mnie głowa, praktycznie non stop, bo nawet jak biorę tabletki, to ten ból tylko się zmniejsza, a nigdy tak naprawdę nie ustaje. Dziś rano wręcz obudził mnie ból głowy i przestraszyłam się troszkę. A że ostatnio nie odżywiałam się tak zdrowo, jak byłoby to zalecane, postanowiłam zrobić sobie dzień mini-detoksu, bo a nuż to z tego wynika mój ból głowy? Nawet jeśli nie, to nie zaszkodzi zrobić sobie jeden taki dzień.



Mój plan dnia:

  1. Śniadanie: ogromny kubek zielonej herbaty (pojemność ok. 0,5 l), wafel ryżowy Sonko, owsianka na mleku (tylko ze szczyptą soli, moje kubki smakowe cierpią, bo są przyzwyczajone do owsianki na słodko :c )
  2. WŁOSOMANIA: niedziela dla JASNYCH włosów :) 
  • Umyłam głowę mieszanką szamponów z SLS z... sodą kuchenną. Dodanie do szamponu sody pozwala na usunięcie nadbudowanych substancji na włosach szybciej i efektywniej niż zwykły "zdzierak" z SLS/SLES, ale oczywiście jednocześnie bardziej wysusza i matowi włosy - zdecydowanie nie jest to rozwiązanie dla wszystkich, a jeśli już ktoś się na to zdecyduje, to raz w tygodniu maksymalnie! A najlepiej to jeszcze rzadziej. 
  • Następnie zrobiłam sobie domową pastę rozjaśniającą z cynamonu (2 łyżeczki), 1/4 szklanki naparu z rumianku z łyżeczką miodu, soku z grubego plastra cytryny, plus trochę glutka z siemienia lnianego dla poślizgu i ochrony oraz odżywka Joanna Naturia Miód i Cytryna również dla tegoż celu, a także, by za bardzo nie zmasakrować sobie włosów. Taką mieszankę nałożyłam na mokre, odciśnięte z wody włosy, ale aplikacja sprawiła mi nieco problemów, bo mimo siemienia i odżywki konsystencja mieszanki była bardzo, taka, no, tępa (bez obrazy, mieszanko) przez ten cynamon. Nałożyłam więc tak równomiernie jak byłam w stanie i potrzymałam na włosach przez ok. 20 minut (dłużej się nie odważyłam, przynajmniej na początek). O ile nie macie większej wprawy w nakładaniu specyfików na włosy niż ja, Wasza wanna będzie wyglądała o tak:
Na szczęście łatwo się spłukuje, i radzę to zrobić w miarę szybko, inaczej domownicy mogą zacząć Was podejrzewać o różne dziwne rzeczy ;)
  • Spłukałam ciepłą wodą (spłukiwało się prawie jak szamponetka, czyli dłuuugo), nałożyłam trochę odżywki Timotei Róża z Jerycha Lśniący Blask (z olejem sezamowym), odcisnęłam nadmiar wody i nałożyłam mieszankę oleju z pestek winogron i oliwy z oliwek na długość, a na skalp i włosy u nasady olejek Green Pharmacy Łopian i Skrzyp Polny. Związałam w kok, potrzymałam ok. 45 minut i zmyłam odżywką: najpierw Joanna Naturia Miód i Cytryna, a potem jeszcze balsamem zielone jabłuszko do włosów normalnych i przetłuszczających się od Alberto. Oleje rzeczywiście się domyły, ale to zasługa głównie zielonego Alberto - naprawdę dobrze myje :)
  • Po odciśnięciu z wody nałożyłam serum do zniszczonych/suchych końcówek Joanna Argan Oil - wyśmienicie ułatwia rozczesywanie i jest dosyć wydajne, kosztując przy tym naprawdę niewiele, jak na Joannę przystało. Spryskałam skalp i włosy u nasady Eliksirem wzmacniającym przeciw wypadaniu Green Pharmacy.
  • Dałam włosom wyschnąć naturalnie. Zajęło to więcej niż np. wczoraj, mimo że dziś jest jeszcze cieplej, więc winą za taki stan rzeczy obarczam wysuszenie włosów - włosy zniszczone i przesuszone schną dłużej niż zadbane i nawilżone. Po wyschnięciu efekt jest taki:
Efekt rozjaśnienia, jakkolwiek delikatny, jest. Co ciekawe, rozjaśnienie nie poszło w stronę blondu (jak np. po rumianku), tylko jakby jaśniejszego brązu. Oprócz tego włosy zyskały trochę cieplejszy odcień, podczas gdy po rumianku moje włosy mają raczej chłodny, nawet żółtawy odcień. Różnicę w temperaturze brązu widać na tle mojej brązowej koszulki, która jest zdecydowanie zimnym brązem. Ale poczekajmy, może to tylko pozostałości cynamonu nadają im taki odcień, a po następnym myciu wszystko wróci do swojej chłodnej normy?

3. W międzyczasie: popijanie wody z plasterkiem cytryny i imbirem, a później to samo tylko że ze świeżymi truskawkami :)

4. Przekąski: świeże truskawki, sałatka z truskawek i jabłka, samo jabłko, brzoskwinie "ufo", nasiona słonecznika i pestki dyni.

5. Obiad: wafle ryżowe Sonko (smuteczek :c)

6. Kolacja: ryż pełnoziarnisty na mleku, bez cukru, ale z odrobiną soli.

Oraz - inhalacje Inhalolem, żeby odetkać zatoki i przyspieszyć odkrztuszanie wydzieliny (trochę pokasłuję). Jest to olejek do inhalacji parowych, mieszanka olejku sosnowego, tymiankowego, miętowego i w największym stężeniu: terpentynowego. Wystarczy szklanka gorącej wody i dobre chęci. Polecam, pomaga w przeziębieniu i grypie lepiej niż niejeden syrop wykrztuśny. W dodatku to sama natura, a ostre opary pomagają wytępić wszelkie ślady wrogiego życia w gardle :) Kosztuje ok. 10 zł, do kupienia w praktycznie każdej aptece.


Rączki brudne od truskawek.

Dzień jeszcze się nie skończył, ale ból głowy prawie odszedł. No właśnie, prawie, niestety. Mam nadzieję, że to jednak już ostatni dzień. Mam też nadzieję, że wytrzymam na tej mojej diecie do wieczora i nie skuszę się na żadne ciasto czy mięso albo chleb...


Zobacz również: